Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Bruce Willis’

Nie pałałem miłością do pierwszej części Stallone’owskiego projektu, dzięki któremu w jednym filmie zebrana została grupa gwiazd kina akcji lat ’80. Niezniszczalnych obejrzałem raz i stwierdziłem, że lepiej oglądać klasyki. Albowiem „klasyka rządzi”, jak powie kilkukrotnie Jason Statham w kontynuacji.

Początek drugiej części zrobił na mnie o wiele większe wrażenie niż cokolwiek, co pamiętam z pierwszego filmu. Jest akcja, specjalistyczny sprzęt, spluwy, czaderskie pojazdy rodem z mokrych snów każdego siedmioletniego fana militariów, mnóstwo wybuchów i ogólnie pojęta zajebistość w starym, dobrym amerykańskim stylu.

Niestety, czar zupełnie pryska, gdy po powrocie drużyny na własny teren, Liam Hemsworth zaczyna opowiadać o tym, jak to on nie kocha tej swojej Miley Cyrus i zadajemy sobie pytanie, skąd on się w ogóle wziął w tym filmie. Poważnie, jego rozterki i wszystkie późniejsze bezsensowne gadaniny, zupełnie nie pasują do tonu filmu. Bo brutalna prawda jest taka, że nie po to włożyliśmy płytkę do odtwarzacza.

Mam też problem z samą esencją tej produkcji. Bo kiedy strzelają, to jest ekstra, nie zastanawiam się nad sensem ich strzelania, śmieję się wręcz z tego, jak głupio wygląda. Ale kiedy przestają, to jest strasznie. Wiecie, jeśli ściśle tajne i niebezpieczne zadanie zlecone przez CIA sprowadza się do trzymania drzwi, które zamykają się same dzięki zamontowanej sprężynie, to coś tu jest nie halo.

Upchanie takiej liczby sław w jednym filmie również rodzi pewne problemy. Występ kilku z nich sprowadza się do czegoś w stylu machnięcia do widza.
– Patrzcie, jestem Jet Li. Spadam, cześć!
No i – oczywiście – wstrętne deus ex machina, które jeszcze w przypadku Chucka Norrisa przejdą, bo to Chuck Norris, czyli człowiek, który w pojedynkę rozwali oddział najemników i ich czołg (i tego typu internetowe żarty stanowią charakterystykę jego postaci w tym filmie), ale już dla takiego Arnolda nie będę miał litości. Moment, w którym uratował ekipę Stallone’a, był po prostu słabo napisany. O nagminnym odnoszeniu się do klasyków nie muszę chyba wspominać.

W Niezniszczalnych 2 świetne jest strzelanie, wszelkie potyczki i sceny akcji. Reszta jest niestrawna i raczej mało zabawna. Poza jednym jedynym dialogiem, który nawiązuje się po wskazaniu wiekowego samolotu, którym oddział ma wrócić do domu:
– Powinien być w muzeum.
– Jak my wszyscy.
Nie twierdzę, że powinniśmy zamknąć w gablotach tych aktorów i pozostać przy oglądaniu ich starych filmów, ale nowe nie powinny być – moim zdaniem – tworzone w taki sposób.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

G.I. Joe: Odwet jest jak zajebistość, której ktoś nadał kształt i postawił przed kamerami. Niestety nie jest to film idealny. Jedziem.

Jako film akcji sprawdza się dobrze, gdyż zawiera sporo świetnych sekwencji oraz kilka kapitalnych pomysłów na postacie (nie oszukujmy się, chodzi głównie o „tych złych”). Nie jestem w stanie stwierdzić, na ile twórcy wykazali się oryginalnością, a na ile zerżnęli z pierwszego filmu i kultowej serii zabawek, podejrzewam, że gros projektów skądś zaczerpnięto, jednak wyszło całkiem nieźle.

Najlepszymi postaciami są dwaj ninja – Snake Eyes i Storm Shadow oraz Firefly, facet od wybuchowych świetlików. Jak łatwo się domyślić, większość z nich stoi po stronie Kobry. Nie wiem, jak oni to robią, ale zabawkowi źli po prostu zawsze wyglądają lepiej. W ogóle, film zaczyna się jak reklama nowej linii zabawek.
To znaczy najpierw jest jakaś akcja, w której widzimy, jakimi uberkozakami są członkowie oddziału G.I. Joe, ale potem jest kilka zdjęć, jakieś gówniane tło fabularne i przedstawienie postaci rodem z kreskówek z lat ’90. Wiecie, widzimy faceta, narrator mówi nam, jak on się nazywa i jakie są jego moce. Całkiem nieźle się to komponuje z resztą filmu.

Która jest szaloną jazdą bez trzymanki.
Jeśli lubisz takie aż do przesady efektowne sceny, to będziesz usatysfakcjonowany. Moją ulubioną jest walka wojowników ninja na górskich ścianach. Nie ma ona co prawda sensu… w ogóle, ale kogo to obchodzi? Tego typu filmy powinny zawierać sekwencje, które potrafią wymyślić dzieci podczas zabawy figurkami żołnierzy, kosmitów i potworów. Tutaj nie ma tych dwóch ostatnich grup, ale i tak jest zajebiście, jak ująłby to Laska.

Ponarzekać muszę natomiast na bohaterów i fabułę.

Mamy Rocka, który gra żołnierza G.I. Joe. Jakoś się tam nazywa, ale to nie ma znaczenia. Jest duży, ma wielki karabin i w ogóle. Zbędna w jego przypadku jest scena, w której mówi o swojej trudnej przeszłości. Kogo to obchodzi? Dawać Storm Shadowa na ekran!
Dalej jest ta dziewczyna, również nie ma znaczenia, jak się nazywa. Modelowa twarda kobieta, której ojciec chciał mieć syna… chyba, jakoś się rozproszyłem, gdy o tym mówiła. Wstąpiła więc do wojska, by wreszcie był z niej dumny.
No i Bruce Willis, który gra generała Joe Colona, czyli twórcę tego tam elitarnego oddziału. I jest na ekranie całe, bo ja wiem, siedem minut? Z czego przez ponad połowę nie strzela. Jest na emeryturze i nie może wspomóc szukających wsparcia żołnierzy, wysyła ich tylko do kogoś, dzięki komu zdobędą potrzebne informacje. Potem się trochę odkuwa, bo okazuje się, że ma w domu istny arsenał (to także jest megakozackie, bo np. trzyma granaty w misie z owocami) i wreszcie wyrusza na ratunek. Kurde, dali go w centrum plakatu, a tu taka lipa. :/
Dodam jeszcze, że ciekawie zaprezentował się Jonathan Pryce, który gra prezydenta USA. Miał nawet niezłe żarty. Zwłaszcza te o Korei Północnej.

Fabuła… No cóż, są ci źli, chcą przejąć władzę nad światem. Koniec? Tak to mniej więcej wygląda.

W sumie było całkiem fajno, dobrze się paczy te szalenie efektowne sceny akcji, kilku bohaterów jest naprawdę interesujących. No i te pojedynki wojowników ninja. Jeśli nie przeszkadza Ci to, że facet jest w tym filmie w stanie przeciąć mieczem lecącą w niego kulę i masz ochotę na jakiś lekki akcyjniak, to szczerze polecam.
Tylko ten niedobór Willisa. I nijaka fabuła.

Jaskier

PS SPOILER Channing Tatum ginie na początku, więc jeśli nie jesteś jego fanem i z tego powodu film olałeś, to możesz śmiało oglądać.

Read Full Post »

Złapałem wczoraj na moment Kinomaniaka na TV4. Akurat leciała recenzja filmu RED 2. Powiedzieli, że fajne, więc postanowiłem nadrobić część pierwszą.

Szczerze się ubawiłem. Wątek romansowy gra i ma sens, aktorzy się spisują, intryga jest całkiem niezła, a żarty naprawdę dobre. Śmiałem się dosyć często – zarówno z sytuacji, jak i z samych tekstów.
Bruce Willis wciąż wymiata jako twardziel (o czym zresztą pisałem już kilka razy, m.in. w opiniorecenzji Loopera), Malkovich natomiast to klasa sama dla siebie. On się do tego typu ról urodził.

Niestety nie wiem, kiedy i czy w ogóle kontynuacja będzie puszczana w, że się tak wyrażę, moim kinie, bo na stronie widnieje rozkładówka jedynie do końca lipca (o Wolverine’ie również nic :f).
Pewnie będę miał – złoty róg i czapkę z piór.

Istnieje oczywiście „lekka” obawa o to, że autorzy „nieco” przedobrzyli podczas tworzenia kontynuacji i, zachłyśnięci ciepłym przyjęciem pierwszej części, tę po prostu spieprzyli. Aczkolwiek chciałbym się osobiście przekonać, jak jest.

Notkę można potraktować jako rozszerzenie tekstu o wakacyjnych premierach. Tak jakoś ten tytuł wtedy pominąłem.

Jaskier

Read Full Post »

Ej, wrzucam, bo w miejscu, gdzie był wrzucony wcześniej chyba go szlag trafił, przez co link prowadzący do niego wygasł.
Zasiadając do seansu Szkoły zgorszenia, spodziewałem się kolejnej sztampowej i do bólu oklepanej historii o chłopaku, który z pośmiewiska staje się szkolnym celebrytą, zdobywa najgorętszą laskę, w finałowej scenie nokautując miejscowego macho. Nawet pobieżny opis fabuły udostępniony przez dystrybutora na to wskazuje, ale nic bardziej mylnego.

W głównej roli dziennikarza szkolnej gazetki występuje Reece Thompson, wcielając się w wyśmiewanego przez wszystkich Bobby’ego Funke. Francesca Fachini (w tej roli Mischa Barton) zleca mu rozwiązanie zagadki skradzionych testów. Koniec śledztwa był pierwszym zaskoczeniem – w „normalnym” filmie należącym do gatunku teen film Bobby plątałby się wokół tej zagadki przez półtora godziny, bylibyśmy raczeni gagami, nieudolnymi i najprawdopodobniej poprawnymi politycznie żartami, a w finale chłopak doszedłby do rozwiązania, zdobył dziewczynę etc. – NUDA! Tutaj natomiast jest to jedynie wstęp do kolejnej afery, która ma miejsce w szkolnych murach, ponieważ Szkoła zgorszenia jest bardziej filmem kryminalnym, co prawda o raczej prostej intrydze, ale wciąż to bardziej kryminał, niż głupawa komedia.

Wyjadaczowi kryminałów może się ten film wydać nawet bardzo prymitywnym, nie wiem, nie pytałem nikogo takiego. Humor z kolei również jest odmienny od tego, co zazwyczaj dostajemy w produkcjach z młodzieżą szkolną w roli głównej. Nie do końca trafił w moje gusta, aczkolwiek dowcipy są znacznie bliższe temu, co można usłyszeć w szkole, co jednak nie świadczy o tym, że przyjaźnię się z nimfomanką i narkomanami. W ogóle nawet postacie są nieco głębsze niż zazwyczaj i nie przypominają wyciętych z kartonu archetypów.

Zdziwił mnie natomiast sposób pracy Bobby’ego. Również bawię się w pisanie do szkolnej gazetki, ale po obejrzeniu tego filmu dochodzę do wniosku, że w moim przypadku jest to dosłownie zabawa. Film traktuje ten temat bardzo poważnie, przygotowania do napisania artykułu przypominają śledztwo przeprowadzane przez profesjonalnego detektywa. Zastanawia mnie, czy rzeczywiście w ten sposób to w Stanach wygląda.

Wspomnieć należy jeszcze o roli Bruce’a Willisa, który gra tutaj emerytowanego komandosa, obecnie dyrektora szkoły i muszę przyznać, że poprzez lekką autoironię to jest naprawdę zabawne. Choć ostatnio w „Looperze” aktor ten dał dobry popis, potwierdzając swoją pozycję wielkiego kozaka i zabijaki, to jednak trzeba przyznać, że role twardzieli kina akcji powinny zacząć powoli przechodzić do aktorów z młodszego pokolenia (co oczywiście nie znaczy, że Arnold ma być we wszystkich remake’ach zastąpiony Adrianem Brody’m). Miło było dla odmiany zobaczyć, jak niepokonany John McClane musi zmierzyć się uczniami liceum.

Film odebrałem pozytywnie i to, czym okazał się być, było miłym zaskoczeniem dzięki swojej odmienności od tego, co zazwyczaj prezentują sobą filmy, w których nastolatki są głównymi bohaterami. Raczej do niego nie wrócę, bo w dużej mierze przyjemność z oglądania go związana jest z powoli odkrywanym rozwiązaniem afery, ale nie uważam poświęconego mu czasu za stracony.

Jaskier

Read Full Post »

G.I. Joe jako marka nie miała w moim życiu jakiegoś honorowego miejsca. Prawdę powiedziawszy, bez Internetu nie wiedziałbym nawet, że takie coś istniało, serio. Ale teraz wiem i stwierdzam, że to jest genialne.
Kurwa! ninja, żołnierze, komandosi, śmigłowce, bomby!

Taka kompilacja może być kiczowata i tandetna, ale także może być czymś świetnym i zapewniającym rozrywkę na wysokim poziomie, a o to Hollywod chodzi. To znaczy chodzi o nasze pieniądze, ale wolę wierzyć, że zależy im też na zapewnieniu rozrywki.

Film mnie kupił Bruce’em Willisem i trailerem.
Willis nie wygląda w filmach akcji śmiesznie, Stallone już w latach ’80 był… dziwny, a Arnold to zupełnie inna bajka (do spółki z niekoniecznie poprawnie mówiącym po angielsku Van Damme’em). Dalej widać, że to kawał sporego skurczybyka, spokojnie mógłby wyskoczyć ze swoim kultowym „Yippee-ki-yay, motherfucker”.

Dwayne Johnson, ee… facet wygląda dziwnie. Taki Schwarzenegger bez uroku. No i tego genialnego akcentu.

Reszty nie kojarzę. Patrząc w kinie na plakat, byłem pewien, że ten biały Chińczyk to Jay Chou, ale jednak nie. Oni wszyscy są identyczni.

Byłem na Parku Jurajskim w czyde. Na dniach opinia, bo mnie od tego czyde głowa boli, więc teraz nie dam rady.

Jaskier

Read Full Post »

Klikać w obrazek ==>

Nie chcę wyjść na marudzącego, bo takie akcje są raczej dobre (Hurra! wygrałem bilet do kina, a najbliższe, w którym mogę go zrealizować jest 80km stąd!), ale po co zmuszać ludzi do zakładania kolejnego bloga, na którym będą pisać swoje niefachowe opinie o filmach, przy okazji najprawdopodobniej popisując się brakiem szacunku dla rodzimych zasad pisowni? Serio, wklepcie sobie „blog o filmach” w Google, tego jest od groma.
Zdaję sobie sprawę z tego, że to hipokryzja, bo przecież widzicie, że sam najczęściej piszę o filmach, ale skoro ludzie z tej akcji szukają kogoś, kto chce i trochę umie pisać o kinie, to powinni się rozejrzeć wśród już działających i poprosić ich o przesłanie materiałów, a nie mnożyć strony poświęcone temu tematowi. Może nawet nie rozejrzeć, bo zgłoszenie się powinno być istotne dla zainteresowanych, a po prostu rzucić hasło o akcji i czekać na odzew i linki do blogów. A przynajmniej mi się wydaje, że tak byłoby logiczniej.

Oczywiście dodałem swój wpis, bo mam ferie, jestem chory i nie mam, co robić, przeczytać go możecie o tu, o.

Przy okazji, wczoraj nie było wpisu, bo były walentynki i nawet Internet mnie olał i postanowił nie działać. O tym konsumpcjonistycznym zwyczaju możecie poczytać tutaj. Dzisiaj natomiast wypada dzień mówienia sobie: „Zostańmy przyjaciółmi”.

EDYTA:
Wpis szlag trafił i link prowadzi donikąd. Ludzie ogarniający tę akcję po prostu złożyli swój stragan i sobie poszli. Na szczęście miałem kopię na dysku i dzięki temu możecie ten tekst paczeć TU.

Jaskier

Read Full Post »

Tak, będzie mainstreamowo, bo film nowy, bo z Bruce’em Willisem, a co za tym idzie, bo film akcji.

Za reżyserię i scenariusz odpowiada Rian Johnson, którego filmów nie znacie, sam też żadnego nie widziałem, więc polecać nie będę. Poradził sobie tutaj całkiem sprawnie, nie jest głupkowato, wszystko to się jakoś trzyma, świat skonstruowany jest całkiem sensownie, choć, jak to w przypadku motywu podróży w czasie bywa, nasuwają się pewne pytania. Czy wydarzenia ciągną się równolegle na nieskończenie wielkiej liczbie osi czasowych  i byłyby rozgrywane za każdym razem w ten sam sposób, gdyby nie wpływ z innej osi? Czy po cofnięciu się w czasie i zabiciu własnego dziadka przestaniemy istnieć? Czy wywoła to katastrofalne skutki w obrębie całego Wszechświata? Czy wydarzenia, które już miały miejsce, mogą zaistnieć ponownie, jeśli cofniemy się w czasie?

W głównych rolach zobaczymy Bruce’a Willisa i Josepha Gordona-Levitta, którzy wcielają się w postać jednego mężczyzny – odpowiednio w jego starszą i młodszą wersję. Bruce Willis z karabinami w rękach zalicza obowiązkową rzeźnię, choć moim zdaniem ustępuje to podobnemu motywowi z Piątego elementu. Tam dawało to trochę większą frajdę, może dlatego, że główny protagonista nie był łysy.
Joseph Gordon-Levitt powinien być Wam znany chociażby z ostatniego filmu o Batmanie i Incepcji. I zapewne zobaczymy go również w kolejnych filmach Nolana. Został w tym filmie ucharakteryzowany, żeby przypominać młodego Willisa i nie do końca to rozumiem. OK, na pewno wygląda inaczej, w wywiadach mówił, że z lustra patrzyła na niego obca twarz, ale nie wygląda jak Bruce Willis w Die hard czy wymienianym wyżej Piątym elemencie. Nie potrzebowaliśmy tego, uwierzylibyśmy, że to jeden i ten sam facet, nawet bez charakteryzacji na jego twarzy.
Jak już pisałem, wszystko trzyma się kupy, akcja cały czas prze do przodu, poznajemy kolejne informacje odnośnie świata przyszłości, który w gruncie rzeczy jest dystopią rządzącą się prawami Dzikiego Zachodu. Niestety jest tu kilka dłużyzn, które skutecznie spowalniają akcję, można byłoby się bez nich obejść, ale zakończenie, mówiące wszystkim hollywoodzkim zakończeniom „walcie się”, niweluje negatywne odczucia związane ze zbyt przegadanymi scenami. Bo w tym filmie jest mnóstwo gadania, właściwie to nawet więcej, niż scen akcji. Gadają o podróżach w czasie, o swoich planach, o swojej przeszłości. Trochę tego za dużo było.

Aczkolwiek nie uważam, żeby oglądanie tego filmu było w moim przypadku marnowaniem czasu i z czystym sumieniem mogę go Wam polecić.

Jaskier

Read Full Post »