Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2015

Dzisiaj obejdzie się bez reklam, ponieważ nikt nie wykupił miejsca.
Miejmy to już za sobą. ;)

Pierwszym w historii internetów aktorem wyróżnionym Jaskierem w kategorii Mała rola w filmie popcornowym zostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>

Evan Peters za rolę Quicksilvera w filmie X-Men: Days of Future Past

Przykład tej roli uczy nas, że nie wolno oceniać po wyglądzie. Kiczowaty kostium oraz absurdalna fryzura zostały przyćmione przez humor, kreatywność i energię tryskające na widza z ekranu za każdym razem, gdy Pietro jest na nim obecny. Nie mówię tu tylko o scenie w windzie i zdaniu „Moja mama znała kiedyś takiego gościa”, po którym wszystkie nerdy zaczęły w kinie fapać. Po prostu jest w takiej interpretacji Quicksilvera coś świeżego, co sprawiło, że nie da się zapomnieć jego sekwencji.
I dało mu w tym roku Laurę Pierwszeństwa w wyścigu po Jaskiery.

Pierwszym w historii internetów zdobywcą Jaskiera w kategorii Duża rola w filmie popcornowym zostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>

Chris Pratt za rolę Star-Lorda w filmie Strażnicy Galaktyki

Może nie zasłużył sobie* na miano Harrisona Forda naszych czasów, ale wyróżnienia na pewno jest godzien. Jego przykład potwierdza, że adaptacje komiksów to nie miejsce, w którym na pierwszym planie brylują aktorzy, którzy zdobyli już uznanie, lecz są one szansą na wywindowanie nie mniej utalentowanych ludzi. Albo drogą powrotną na szczyt dla marnotrawnych synów Hollywood.
Dzisiaj wszyscy kojarzą Pratta, oprócz Strażników Galaktyki w 2014 pojawił się również w The LEGO Movie i w małej roli w Ona**, można rzec, że tamten rok minął pod jego znakiem. W tym już za kilka miesięcy pojawi się w Jurassic World, no i tylko czekać kolejnych informacji o angażach.

Trzecim w historii filmem nagrodzonym w kategorii Film popcornowy zostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>

Guardians of the Galaxy w reżyserii Jamesa Gunna

Disney w tym roku pozamiatał, jeśli chodzi o kino rozrywkowe. Petarda, jaką okazała się być ta produkcja, wybuchła w odpowiednim momencie i z odpowiednim hukiem, dając widowni masę frajdy. Chyba już wystarczająco dużo napisałem o tym filmie, więc jeśli jeszcze nie widzieliście, to zapewne nie macie zamiaru, a cała reszta może potwierdzić moje słowa. Jeżeli wytwórnia utrzyma tendencję zwyżkową, to czekają nas naprawdę syte lata. :)

***

Cóż, tak wyglądał poprzedni rok w kinie rozrywkowym. Kolejne Jaskiery za około dwanaście miesięcy, może następną edycję uda się zorganizować w nieco bardziej odpowiednim terminie. Miejmy nadzieję.

A co Wam spodobało się w kinie w 2014 najbardziej?

Jaskiery

*jeszcze

**Polska premiera – 14.02.2014r.

Read Full Post »

Dzisiejsza lista nominowanych tytułów kończy tę część Jaskierów. Przed nami będzie już tylko ogłoszenie wyników, po tym wreszcie będę miał podsumowanie z głowy, więc ochoczo zabiorę się za coś innego. :P

Wybranie pięciu spośród ubiegłorocznych tytułów nie było łatwe. W zasadzie dobrze, że TASM 2 okazał się zawodem, a DC śpi, gdyż chyba trzeba by było robić osobną kategorię dla filmów o superbohaterach. Nie wiem, co to będzie w edycji na 2016 rok (Batman v Superman, Civil War, Doctor Strange, nowi X-Men, Deadpool – same potencjalne hity, a to przecież nie wszystkie zapowiedziane produkcje, będę musiał jakieś losowanie zorganizować :P). Nie wybiegajmy jednak aż tak do przodu.
Oto lista pięciu filmów, które – moim zdaniem – znajdują się w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o popcornowe kino A.D 2014. No, najpierw reklama.

***

(Kolejność według polskiej premiery)

Kapitan Ameryka: Winter Soldier (26.03.2014r.)

Ten film przedstawił Kapitana Amerykę jako bohatera, z którym trzeba się liczyć. Twórcy umiejętnie spletli thriller szpiegowski z historią „człowieka z minionej epoki”, zmuszonego do dostosowania się do życia w nowych – diametralnie różnych od tego co pamięta – czasach. Intryga naprawdę jest intrygą i wywraca całe MCU do góry nogami. Nie można też pominąć faktu, iż ta produkcja postawiła serial Agenci S.H.I.E.L.D. na nogi – dopiero wpływ wydarzeń z filmu sprawił, że seria nabrała rozpędu i przestała być gejowską wersją Z Archiwum X.
Świetnie spisali się także aktorzy – ci powtarzający swoje role (m.in. Evans oraz nominowana przedwczoraj Johansson), a także nowi w świecie Marvela – Anthony Mackie (Falcon), Frank Grillo oraz Robert Redford (który to już hollywoodzki wyjadacz w tym uniwersum?).
Zarzut można mieć jedynie o obecność tytułowego zabójcy – było go zdecydowanie za mało, jak na film zawierający jego kryptonim w tytule. Dla niektórych wadą może być również kierunek, w którym podążyli twórcy, pisząc zakończenie. Po tylu „zwykłych” scenach akcji można się było spodziewać czegoś mniej wybuchowego.
Jednakże – w swoim tekście sprzed dziesięciu miesięcy napisałem, że to najlepszy film MCU od Avengers i do pewnego czasu była to prawda.

Strażnicy Galaktyki (01.08.2014r.)Do czasu premiery tej produkcji.
James Gunn, reżyser kina klasy B, autor scenariuszy do Świtu żywych trupów Snydera oraz dwóch części Scooby-Doo, został wpuszczony na „salony” i dokonał cudu. Z komiksu, który obchodził 2,7% maniaków tego medium, zrobił film, który zarobił kilkaset milionów (a pewnie drugie tyle zarobiły gadżety). Ludzie pokochali żywiołowego Chrisa Pratta oraz gadającego szopa o głosie już wcześniej kochanego Bradleya Coopera (jak na ironię obaj byli/są typowani na nowego Indianę).
I co się dziwić? Strażnicy Galaktyki to bardzo solidny blockbuster. Niepozbawiony wad, lecz wciąż bardzo solidny. Gunn potrafił połączyć luz, klimat minionej epoki, wyważoną porcję kiczu, świetną ścieżkę dźwiękową, scenografię i efekty specjalne, wszystko to zmiksować i zrobić z tego coś złotego.
Miejmy tylko nadzieję, że druga część ustrzeże się błędów swojej poprzedniczki (przede wszystkim przeciwnicy – byli kiepscy) i będzie filmem jeszcze bliższym ideałowi.

Więzień labiryntu (19.09.2014r.)

7601693-3
No i stało się – Więzień labiryntu to moje Igrzyska śmierci. Czyli ekranizacja pierwszej książki z serii z gatunku YA*, która mnie totalnie kupiła i napalony czekam na jej kontynuację. Świat, który mnie wchłonął i naprawdę zaintrygował. Ja CHCĘ wiedzieć, jaki plan jest tam realizowany, co kryje się za tytułowym labiryntem, dlaczego ktoś zadał sobie tyle trudu, by to wszystko zorganizować.
Jak tak teraz o tym myślę, to może poczekam na tę drugą część i napiszę, dlaczego według mnie jest to seria lepsza od Igrzysk śmierci.
Podoba mi się to, że jest tu ta tajemnica, że widz jest zmuszony do główkowania. Jak też napisałem w swoim tekście, do którego link znajdziecie nad plakatem, nie spodziewałem się, że film tak mi się spodoba. W końcu to YA…
A tu taka miła niespodzianka.
Jeśli przegapiliście, to czas nadrobić. ;)

Gość (31.10.2014r.)

7648804-3
Wyjątkowo link nie prowadzi do mojego tekstu, a do recenzji na jutubie, na kanale Urwanego Filmu. Cóż, sam nie zdążyłem nic swojego na temat tej produkcji wyprodukować, a to właśnie dzięki tym chłopakom Gościa obejrzałem, więc jak im zrobicie dwa wyświetlenia więcej, to będzie fajnie.
W zasadzie im mniej wiecie na temat fabuły, tym lepiej, dlatego też nie będę wiele zdradzał. David to kolega z oddziału zabitego na wojnie młodego mężczyzny. Przybywa do rodzinnego domu przyjaciela i staje się jednym z jego mieszkańców. Goszczenie się przedłuża, a w mieście zaczynają się dziać dziwne rzeczy.
Wojna zmienia ludzi. I tyle.
Idźcie obejrzeć.
Trzyma w napięciu, natężeniu, oporze, pojemności kondensatora i w ogóle.
W sumie do końca nie wiadomo dlaczego. Po końcu też tak naprawdę nie wiemy. Ani dlaczego, ani jak.
Kupcie sobie DVD.

John Wick (05.12.2014r.)
10885262_776742032419797_8068948766905356021_n

John Wick to film nie z tej epoki. Pod względem scenariuszowym to karykaturalna opowieść o gościach, którzy wkurzyli gościa, którego wkurzać nie powinni. A jeśli wiecie, że ci „goście” to ruska mafia, to zdajecie sobie sprawę z tego, jakim przemadafaką musi być ten „gość”.
Wykonanie jest natomiast świetne, ubawiłem się na scenach akcji i szalonych pomysłach (np. hotel dla zabójców, na terenie którego obowiązuje wieczne embargo na zabijanie). Szkoda, że niektórzy pragnący wskrzesić ducha lat ’80 się tak nie przykładają (tak, Stallone, na Ciebie patrzę).
Fajnie, że ktoś jeszcze robi takie oldskulowe w warstwie fabularnej filmy. Powstaje ich coraz więcej i póki co moim prywatnym ich królem jest Liam Neeson. Czy Keanu Reeves go zdetronizuje? Czas pokaże, chociaż szczerze w to wątpię.

***

Listy z nominacjami za nami. Który film posiądzie Laurę?
Wyniki niebawem.

Jaskier

*Pewnie po powieści nigdy nie sięgnę, wiecie – różniczki, całki, macierze etc. byłyby zazdrosne.

Read Full Post »

Dzisiaj mam przyjemność zaprosić Was do zapoznania się z kolejną listą nominacji. Także więc zapraszam.

***

Scarlett Johansson za rolę Czarnej Wdowy w filmie Kapitan Ameryka: Winter Soldier

Scarlett Johansson w ubiegłym roku wystąpiła w bardzo dobrym oraz raczej zdecydowanie gównianym filmie akcji. W przypadku tego drugiego mowa, rzecz jasna, o produkcji Luca Bessona – Lucy. Co prawda nie zobaczymy jeszcze przez jakiś czas solowego filmu Czarnej Wdowy, ale w drugiej części przygód Kapitana Ameryki dostała całkiem sporo czasu. Chyba nawet więcej niż w Avengers. Natasha idealnie spełnia się jako wsparcie dla głównego protagonisty (poprzednio w drugiej części Iron Mana), a Scarlett Johansson bardzo dobrze pasuje do roli superagentki. W świecie nadludzi i superszpiegów trzeba umieć się odnaleźć, a ta wersja Czarnej Wdowy z pewnością to potrafi.
Z niecierpliwością czekam na kolejne filmy z Marvel Cinematic Universe z udziałem tej aktorki.

Evan Peters za rolę Quicksilvera w filmie X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ucharakteryzowanego Petersa, na jednej z okładek Empire, powiedziałem sobie, że to nie może wypalić. Nie da się zrobić z tego czegoś dobrego. Wielkie więc było moje zdziwienie, gdy siedząc na sali kinowej, pierwszy raz ujrzałem Quicksilvera w akcji.
Od pojawienia się, gdy grał sam ze sobą w ping-ponga, do kapitalnej sekwencji uwolnienia Magneto – postać ta kradnie show i aż smutno się robi, że bohaterowie nie zabierają go ze sobą na następną misję.
Czy pojawi się w Apocalypse? Oby choć w jednej scenie, bo już udowodnił, że tyle mu wystarczy, by rządzić na ekranie.

Emma Stone za rolę Gwen Stacy  w filmie The Amazing Spider-Man 2

Jeżeli za czymś z zawieszonej niedawno serii z Andrew Garfieldem będziemy tęsknić, to na pewno za pojawiającą się w niej interpretacją Gwen. Panna Stacy, w którą dwukrotnie wcieliła się Emma Stone, nie bez powodu znalazła się na mojej liście pięciu najlepszych filmowych dziewczyn superbohaterów. Jak mało która z piękności pojawiających się na ekranach, za którymi uganiają się faceci w rajtuzach, Gwen nie jest typową damsel in distress. Stanowiła realne wsparcie dla Petera i jeśli trzeba było, to potrafiła sama o siebie zadbać.
Prawie płakałem na jej śmierci. Ups, SPOILER.

Eminem jako on sam w filmie Wywiad ze Słońcem Narodu

Najbardziej złoty fragment filmu. Tu w zasadzie nie ma co komentować. Oglądajcie. ;)

Lee Pace za rolę Thranduila w filmie Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

Ostatnia część Hobbita dla mnie stała tylko aktorstwem. Od samego początku filmy te brylowały pod tym względem (obie poprzednie edycje Jaskierów wyróżniły aktorów grających w tej serii, Martin Freeman nawet zdobył nagrodę), lecz wszytko inne w finale trylogii nie zagrało.
Lee Pace dostał w tej części największą rolę i był jednym z jej jaśniejszych punktów. Nie było łatwo wybrać spośród wachlarza świetnych postaci, a wybór padł na króla elfów z prostego powodu – kto inny ma na koncie szarżę na orków na bojowym łosiu? Oprócz tego miał kilka kozackich scen (nieprzesadzonych, w przeciwieństwie do sekwencji Legolasa), no i świetnie oddał pogardę dla innych ras oraz wyniosłość charakterystyczną dla elfów.
Wielka szkoda, że oprócz aktorów nic nie zadziałało prawidłowo.

***

Niebawem lista pięciu filmów.

Co sądzicie o dzisiejszych nominacjach?

Jaskier

Read Full Post »

Wchodzę raz do baru, a tam znajomy pyta mnie, kiedy będą tegoroczne Jaskiery.
Naprawdę.

[tu_wrzuc_jakies_intro]

Zaczynamy czymś nowym – postanowiłem w tym roku podzielić obowiązującą dotychczas kategorię Aktor w filmie popcornowym na dwie – Duża rola i mniejsza rola. Jak to będzie działało? No cóż, absolutnie despotycznie i zdecydowanie nieobiektywnie będę dobierał nominowanych do obu kategorii, polegając na moim własnym wyczuciu, czyja rola była bardziej większa, a czyja bardziej mniejsza. Doprowadzi to może do różnych dziwnych sytuacji, gdy ktoś będący na ekranie przez niemalże cały seans będzie rywalizował z kimś, kto pojawił się w jednej sekwencji, ale cóż. Przecież mogę, nikt mi nie zabroni.

Nie przedłużając, zapraszam do przeczytania listy pięciu aktorów nominowanych przeze mnie w kategorii Duża rola w filmie popcornowym. ;)

Michael Fassbender za rolę Erica Lensherra aka Magneto w filmie X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Michael Fassbender należy do wąskiego grona Niemców, których lubię. Absolutnie się z tym nie kryję i często wspominam o tym, że cenię tego aktora. Dowodem tego niech będzie nominacja sprzed dwóch lat za występ w kupowym Prometeuszu, którego był jednym z nielicznych jasnych punktów.
W serii X-Men wciela się w młodego Magneto, postać tragiczną, w ubiegłorocznym filmie już w pełni ukształtowaną światopoglądowo. Jego relacja z Xavierem była największą zaletą Pierwszej klasy, tutaj wciąż świetnie się ją ogląda.
Uwielbiam również sposób, w jaki kreuje superłotra, jakim bez wątpienia jest grany przez niego mutant. Magneto nie musi rzucać groźbami, być karykaturalny w swoim zachowaniu – dzięki Fassbenderowi ani na chwilę widza nie opuszcza przekonanie, że patrzy na kogoś potężnego, gotowego na wszystko w imię wyznawanych idei.
Świetna rola, już nie mogę się doczekać kolejnego filmu z serii, w którym Michael Fassbender również się pojawi.

Angelina Jolie za rolę Diaboliny w Czarownicy

Film był raczej meh, zwłaszcza w chwili, gdy skończyły się momenty à la Władca Pierścieni, ale Disney powrót Angelinie Jolie na ekrany zafundował zaiste zacny.
Co prawda większość jej kwestii to westchnięcia oraz pogardliwe prychanie, ale gdy tylko się pojawia, to kradnie show. Cały ten film jest w gruncie rzeczy o tym, jak ta aktorka jest super. Wszystko inne – wspaniała scenografia oraz kostiumy, efekty specjalne, latynowski Maciek Musiał, prosta historia o sile prawdziwej miłości – wszystko to blednie w obliczu świetności Angeliny Jolie.
Cóż poradzić? Daje radę. I to bardzo.

Dwayne The Rock Johnson za rolę Herkulesa w filmie Hercules
Z jednej strony Hercules nie okazał się być tym, czym mógłby być, z drugiej wcale mnie nie zawiódł. Jakoś bardzo. A grający tytułowego herosa Johnson był kapitalny. No bo wiecie, dali mu tę brodę, płaszcz z lwa nemejskiego, wielką maczugę – czego chcieć więcej?
Moim zdaniem jednym z wyznaczników fajności danej roli jest to, jak długo się ją pamięta. Idę o zakład, że tak ucharakteryzowanego Rocka nie da się zapomnieć NIGDY. Dlatego też emerytowany zapaśnik zostaje przeze mnie zrównany z tymi wszystkimi świetnymi aktorami.
Wygląda na to, że zaczynam się do niego przekonywać.

Chris Pratt za rolę Petera Quilla aka Star-Lorda w filmie Strażnicy Galaktyki

Czy Pratt jest nowym Harrisonem Fordem? Z odpowiedzią na to pytanie należałoby się wstrzymać co najmniej do premiery Jurrasic World, a jeszcze lepiej byłoby zaczekać na tego nowego Indiana Jonesa, jeśli rzeczywiście powstanie i Pratt w nim zagra.
Co rozumiem przez „bycie nowym Fordem”? Widzicie, jest ta scena ataku oddziału Rebelii na placówkę* Imperium w Powrocie Jedi, w której Han Solo biegnie w stronę szturmowców albo ucieka od wybuchu, coś w tym stylu. I mój Tata (który jest autorytetem w każdej dziedzinie) powiedział kiedyś, widząc Forda w tej właśnie scenie, że wszędzie gra tak samo. Miał na myśli to, że Indiana Jones i Han Solo są podobnymi postaciami, w które Ford włożył pewne identyczne elementy, które uczyniły je kultowymi, a jemu pozwoliły się wybić.
Uważam, że nie ma nic złego w przypuszczaniu, że Chris Pratt może w jakimś stopniu oddać to, co robił Ford. Raczej nie na taką samą skalę, ale może się okazać, że aktor ten jest nośnikiem podobnego rodzaju energii i brawury.
Fajnie by było, nie?

Keanu Reeves za rolę Johna Wicka w filmie John Wick

Keanu Reeves przeszedł dłuuuugą drogę od mesjasza w Matrixie, do superzabijaki w tej produkcji. Paradoksalnie, wolę Johna Wicka od Neo.
Postać Johna nie jest niczym nowym, widzieliśmy to już pierdyliard razy, tak samo jego historię, aczkolwiek ubiegłoroczny tytuł i główna rola mają w sobie jakąś taką niespotykaną grację. W dodatku Reeves jakoś tak potrafił zrobić, że się chce wierzyć w to, że taki z niego madafaka i nikt mu nie podskoczy.
Ta autentyczność jest tak ujmująca, że ośmielę się stwierdzić, iż można by go przyrównać do Liama Neesona. W każdym razie – jak dla mnie John Wick mógłby skopać dupska całej ekipie Niezniszczalnych.

***

To by było na tyle dzisiaj. Na dniach kolejne nominacje i mam nadzieję, że przed końcem miesiąca uda się wrzucić werdykt. Bo pewnie się nie możecie doczekać…

Co sądzicie? Kto Wam spodobał się w minionym roku najbardziej?
:)

Jaskier

*Ważne, żeby nie zrobić tu literówki.

Read Full Post »

Korzystając z trwającej na uczelni międzysemestralnej przerwy, postanowiłem zabrać się za nadrabianie zaległości. Między innymi tych serialowych z katalogu stacji CW. I tak – Flasha obejrzałem do tego momentu, w którym na jaw wychodzi, kto kryje się za żółtą maską Reverse Flasha, natomiast Arrow zaliczyłem do powrotu Olivera do Starling City po połowie sezonu.
I tego, będą SPOILERY, czujcie się ostrzeżeni.

***

Flash – niestety – wciąż kurczowo trzyma się formuły potwora tygodnia, obrzucając widza tymi oklepanymi archetypami superzłoczyńców. Meta-ludzie kontrolujący elektryczność, ogień, sterujący umysłami, zamieniający swoją skórę w metal – nic, czego byśmy nie widzieli już wcześniej.

Na szczęście (dla widzów, nie głównego bohatera) tajemnica człowieka w żółtym kostiumie staje się coraz mniej tajemnicza, co pozwala mieć nadzieję na rozwijanie jakiejś prawdziwej historii, gdyż ciężko w ten sposób nazwać odcinki o tym, że Barry traci moc albo musi zmierzyć się ze swoim szkolnym prześladowcą, który w wyniku wybuchu akceleratora również zyskał nadludzkie zdolności.

W zasadzie, jeśli teraz co druga osoba w Central City jest meta-ludziem, to może powinni się w kilku skrzyknąć i zmierzyć się z Flashem w grupie? I tak co tydzień wrzucają nowego łotra, który kiedyś tam pojawił się na dwóch kadrach w jakimś komiksie. Czy tak trudno napisać dwuodcinkową fabułę, w której pojawia się pięciu lub sześciu takich gości, przez co będą stanowić wyzwanie nie tylko na zasadzie musimyznaleźćnaukowysposóbnapokonanietegonowegoprzeciwnika? Taką bowiem formę przyjmuje większość odcinków.

Jeśli chodzi o postacie, to Barry wciąż jest tym słodziasznym nerdem w trampkach, straszniebardzo mi się dobrze na Granta Gustina w tej roli patrzy. Na podobnej zasadzie pasował mi Andrew Garfield jako Parker, przy czym serialowy Allen jest autentyczniejszy i ma więcej entuzjazmu. Co właśnie w tej postaci cenię.
Iris wciąż jest cholernie niepotrzebna. Jej obecność podyktowana jest wymaganiami amerykańskiego rynku – hamburgerojady lubią oglądać miłosne perypetie, nawet jeśli historia jest o superbohaterach. Natomiast wszyscy rozsądni widzowie* klną pod nosem, zdając sobie sprawię, że po wycięciu tego kretyńskiego nieudanego romansu byłoby więcej czasu i pieniędzy na naprawdę istotne sprawy.
Wsparcie Flasha w postaci trójki naukowców ze S.T.A.R. Labs jest głównie po to, żeby wymyślać naukowe sposoby na pokonanie meta-ludzi. Doktor Wells, który im doktoruje jako najmądrzejszy z mądrych, wciąż jest jedynym, który interesuje widza. Chociaż ciężko uznać, że chęć zrozumienia, dlaczego facet jest taki dziwy, świadczy o tym, iż posiada głębię albo charakter.

***

Trzeci sezon Arrow natomiast zaczyna się jednym wielkim WHAT THE FUCK?! Oliver wyznaje miłość Felicity (sic!), okazuje się, że dziewczyna odwzajemnia jego uczucie (sic!), lecz on nie może być w związku, bo coś tam się mu wydaje, czym strasznie ją rani. Co za pierdolenie! Po pierwsze – to się wzięło znikąd! ZNIKĄD! Nie było żadnych przesłanek ku takiemu rozwojowi sytuacji, a jedynie pobożne życzenia trzynastoletnich fanek serialu. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak to potem ciąży i razi w niemalże każdym odcinku.
Troszkę mniejsze WTF jest takie, że Thea ścięła włosy. Chlip. ;(

Motorem napędowym sezonu jest śmierć Sary (która to już raz ta dziewczyna umiera? trzeci?) – Oliver i jego zespół muszą dowiedzieć się, kto ją zabił, bo raz – była ich przyjaciółką i dwa – Liga Zabójców się bardzo zeźli z powodu straty ukochanej córki ich przywódcy**.

Obok tego wątku rozwija się postać Raya Palmera, nowego właściciela Queen Consolidated – wizjonera, człowieka niezwykle zainteresowanego nowoczesnymi technologiami, w tym miniaturyzacją (to przyszły Atom, jakbyście nie załapali!). Gra go Brandon Routh i jest świetny. Nie spodziewałem się, że eks-Superman tak dobrze spisze się w roli ekscentrycznego biznesmena-wynalazcy, Tony-ego Starka. Szkoda tylko, że jak każdy w tym serialu musi mieć mroczną przeszłość, która pchnie go na superbohaterską ścieżkę. Nie każdy jest Batmanem. A już na pewno nie ten energiczny, gadający technobełkotem przystojniak.

Ostatnie odcinki, które widziałem, dotyczyły planu Danny’ego Brickwella aka Bricka, który przy pomocy armii oprychów zamierzał przejąć Glades i prawie by mu się to udało, gdyż Arrow przez dłuższy czas był poza miastem i czyimkolwiek zasięgiem.

Co jakiś czas wracają migawki z przeszłości Olivera. (Na końcu poprzedniego sezonu dowiedzieliśmy się, że nie spędził tych pięciu lat na wyspie. Pewien okres przebywał w Hong Kongu, gdzie wykonywał zadania dla Amandy Waller.) Pełnią jakąś tam rolę, wyjaśniają pewne rzeczy, jednak – szczerze powiedziawszy – wolałem sekwencje z wyspy. Stanowiły miłe urozmaicenie poprzez odmienną scenerię.

Śmierć Sary spowodowała, że maska Canary ostała się bez właściciela i okazję tę za wszelką cenę chce wykorzystać Laurel. Kiedy Oliver odmawia jej treningu, kieruje kroki do sali treningowej niejakiego Teda Granta – byłego boksera i emerytowanego zamaskowanego mściciela w jednej osobie, obecnie pomagającego ludziom się wyżyć poprzez krew i pot wylane na ringu.
Polubiłem tego gościa i mam nadzieję, że się jeszcze pojawi.

Wciąż w serialu jest za dużo z melodramatu. To wcale nie pomaga, jedynie zabiera cenne minuty.

***

Część rzeczy ciężko mi ocenić, niektóre wątki dopiero nabierają rozpędu. Nie mam zamiaru rezygnować z oglądania, całkiem przyjemne te seriale. Flash dzięki temu, że jest taki bezpretensjonalny i zdaje sobie z tego, czym jest, a Arrow mimo tego, że tyle tam bezsensownego gadania o miłości, poświęceniu i przeznaczeniu.

Fakt, iż serialowe uniwersum zapełnia się kolejnymi postaciami, jest zaiste złoty. Stwarza to nowe możliwości i daje okazję do pokazania na ekranie drugoligowych postaci z kart komiksów.

Jaskier

*Podejrzewam, że u Wujka Sama również ich nie brakuje.
** Fanfiki dotyczące związku Sary i Nyssy muszą być interesujące.

Read Full Post »

Obejrzałem kilka pierwszych odcinków. Spasowałem.

Constantine bardzo przypomina mi inne seriale o pogromcach potworów – Supernatural i … Scooby-Doo. Ten drugi nawet bardziej, gdyż każdy odcinek stanowi osobną historię: John wyrusza, by spacyfikować duchy w kopalni, rockową płytę lub zamknąć dżina w butelce. Oglądając ten serial, mam po prostu wrażenie wtórności, w dodatku możliwe, że te klimaty przestały mnie już tak mocno kręcić (na przygody braci Winchesterów natknąłem się wszak sześć lat temu), gdyż ani nie mam chęci paczeć tej serii dalej, a samo Supernatural wspominam o wiele cieplej (tam spasowałem dopiero w bodajże szóstym sezonie).

Niezaprzeczalnym plusem jest Matt Ryan w tytułowej roli zblazowanego egzorcysty. Zmiata kreację Neo z pełnometrażowego filmu. Aczkolwiek on sam nie jest w stanie pociągnąć dla mnie tej serii, przykuć mnie do ekranu na kolejne odcinki. Ponownie – Dean od samego początku miał Sama, a później doszedł do nich jeszcze Castiel.
Nie miałbym nic przeciwko, gdyby zagrał on* Constantine’a także w realizowanym przez Guillermo del Toro filmie Justice League Dark. O ile ten kiedykolwiek zostanie nakręcony – wszyscy wiemy, że w notesie tego reżysera jest więcej tytułów wykreślonych niż ukończonych.

Także tego – mam do nadrobienia początek trzeciego sezonu Arrow, z oglądaniem The Flash przystopowałem przed crossoverem z tym pierwszym, wciąż śledzę Gotham i Agent Carter, a niebawem na antenę wracają Agents of S.H.I.E.L.D., toteż i tak mam co oglądać, a przecież czasu na to wcale nie ma nie wiadomo ile.

Constantine’a mogę polecić wyłącznie tym osobom, które cierpią na niedostatek paranormalnych klimatów i dziarskich, dużych chłopców, którzy te paranormalne klimaty zwalczają.
O ile ten niedostatek nie może być zneutralizowany przez Supernatural.

Przykro mi, John, musisz się jeszcze wiele nauczyć.

Jaskier

*Znaczy się Matt Ryan, nie Misha Collins.

PS Papa Midnite to całkiem fajny motyw, tylko szkoda, że na ekranie pokazał go już Disney.

Read Full Post »

e8a3eb76bf4f150eaafc23e5cf6aaba3_xl
The Interview* narobił mnóstwo zamieszania przed premierą. Władze Korei Północnej domagały się zaprzestania produkcji, grupa hakerów, najpewniej ciągnąca dotację z Pjongjang**, zagroziła atakami bombowymi kinom, które będą go wyświetlały. Ostatecznie produkcja została udostępniona w internetach na różnej maści serwisach VOD. Cała ta akcja zapewne doprowadzi do tego, że Barack Obama dostanie możliwość kontrolowania sieci i trzeba będzie go zasasynować, by wróciła normalność.

Póki jednak jeszcze możemy, przyjrzyjmy się tej komedii.
Dave Skylark (James Franco) prowadzi talk-show, gdzie rozmawia z gwiazdami oraz celebrytami. Kto, z kim i dlaczego – standardowy, głupkowaty, amerykański program, dzięki któremu amerykańska gawiedź może poczuć się, jakby złapała Boga za palec. Jednak jego producent, Aaron Rappaport (Seth Rogen) zaczyna chcieć czegoś więcej, pragnie być prawdziwym dziennikarzem, a nie dostarczać widzom gównianej rozrywki. Nadarza się okazja – Kim Dzong Un okazuje się być wielkim fanem programu. Okrężną drogą dziennikarze kontaktują się władzami w Pjongjang i otrzymują zgodę na przeprowadzenie wywiadu.
Swoją szansę dostrzega tu także CIA, które już następnego dnia po zapowiedzi rozmowy z dyktatorem odwiedza Dave’a i Aarona, składając im propozycję, którą ciężko odrzucić – mają wymierzyć amerykańską sprawiedliwość i zabić Kim Dzong Una.
Jednakże po przybyciu do Korei Północnej panowie zaczynają się zastanawiać, czy aby świat ich nie oszukał – w drodze do rezydencji dyktatora widzą przytulny warzywniak, przed którym stoi grube, uzbrojone w lizaka dziecko, natomiast sam Kim to całkiem w porządku facet. Uwielbia Firework Katy Perry, popija margarity, zabiera Dave’a na prywatne boisko do koszykówki, a później idą wspólnie na dupy. Spoko gość. Czy to oznacza, że cały świat dał się nabrać propagandzie, która zrobiła z niego tyrana i mordercę?
Obejrzyjcie, żeby się przekonać. ;)

Niestety, ponieważ Dave to zboczony idiota, to spora część żartów w jakiś sposób dotyczy seksu. Na szczęście wszystkie pozostałe gagi, żaluzje, dowcipasy oraz żarciki to rekompensują. Ironia odnośnie świata celebrytów, sposobu działania CIA, obraz Korei Północnej w krzywym zwierciadle – dla mnie do działa, dzięki czemu dobrze mi się The Interview oglądało. Jeśli jednak nie trawicie Jamesa Franco i Setha Rogena, to nie macie czego tutaj szukać, oni są cały czas w centrum akcji, to wokół tych postaci kręcona jest beka i pod nie pisane są żarty.

Polecam z powodów wymienionych wyżej. Może i żarty z seksualnym podtekstem przestają bawić po pierwszym kwadransie, ale ja lubię Franco i Rogena.
No i jest tu jeszcze ta złota dawka ironii.

Ulubiona piosenka Kima. ;)

Jaskier

*Wybaczcie, będę stosował oryginalny tytuł, bo tak.
**Poważnie, to oficjalna polska wersja pisowni nazwy stolicy tego komunistycznego kraju, posiadająca pieczątkę Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej.

Read Full Post »

Older Posts »