Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Filmy’ Category

Byłem na nowym Blade Runnerze.
Wczoraj.
Nie podobał mi się.

Nawet nie wiem, od czego zacząć ból dupy, a fakt, że od trzech miesięcy nic nie napisałem, nie pomaga w zebraniu myśli. Bądźcie więc łaskawi dla tego tekstu przez wzgląd na to.
Chyba polecę ze SPOILERAMI, z góry uprzedzam.

Pierwsza rzecz, jaka mi w filmie nie pasowała, to to, że akcja dzieje się w dzień. Film zaczyna się od tego, że bohater grany przez Ryana Goslinga przylatuje na farmę białka (skoro można uprawiać wilgoć, to tym bardziej białko, c’nie?) i jest jasno. I nie pada.
Na rzeczonej farmie funkcjonariusz ma za zadanie wysłać na emeryturę wytropionego replikanta. Po krótkiej szamotaninie policjant wpakowuje zbiegowi kulkę, kończąc swoje zadanie. Zanim jednak doszło do walki, poszukiwany wyjawia widzom ważną informację – przybyły po niego policjant również jest replikantem – przedstawicielem nowszej, doskonalszej generacji o niezachwianym posłuszeństwie.
I ja wtedy – ale co? już? Niezbyt subtelne. Chociaż z drugiej strony – udawać, że Ryan Gosling jest prawdziwym człowiekiem – to byłoby trochę niepoważne.

Jednak w kolejnych minutach kwestia replikantności głównego bohatera zaczęła dla mnie nabierać sensu. Ba! stwierdziłem, że w tej fabule, gdzie nacisk rozłożony jest tak, a nie inaczej, nie byłoby czasu na stawianie pytań o naturę oficera K. Potem jednak wszystko zaczęło się rozmywać i kolejne gwoździe zaczęły być przybijane do wieka trumny z głośnym hukiem.

Nim jednak przejdę do omawiania poszczególnych wątków i postaci, kilka słów na temat mojego stosunku do wynoszonego w niektórych kręgach na piedestał oryginału – Blade Runnera Ridleya Scotta z 1982 roku.
Pierwszy raz obejrzałem go kilka lat temu, jeszcze w szkole… i stwierdziłem, że jest przegadany.
Przed chwilą obejrzałem go po raz drugi, o wiele bardziej doceniłem warstwę techniczną i wizualną (no ale to akurat nie powinno dziwić – Ridley Scott do dzisiaj umie te aspekty dopiąć na ostatni guzik), zakochałem się w brudnym, retrofuturystycznym klimacie i naprawdę doceniłem subtelnie prowadzoną fabułę i otwarte zakończenie. Wciąż nie uważam go za najlepszy film, jaki w życiu widziałem, nawet nie za najlepszy film tego reżysera, ale cieszę się, że zdecydowałem się na ponowny seans, gdyż to podejście, z nieco dojrzalszej perspektywy, pozwoliło mi docenić walory tej produkcji.
Potęgując moje negatywne odczucia do kontynuacji.

Skoro tak płynnie powróciłem do wątku głównego tego tekstu, to pozwolę go sobie kontynuować.
Jest jasno. Więcej niż raz. Nie wiem dlaczego, ale nijak mi to nie pasuje. W dodatku jedna z sekwencji ma miejsce w opuszczonym po wybuchu brudnej bomby mieście, gdzie wszystko jest jaskrawopomarańczowe od skażenia, bo… zielony zajął Hulk swoim promieniowaniem gamma?
Są też – rzecz jasna – sceny dziejące się w nocy, w brudnych uliczkach rozświetlanych blaskiem neonów, gdzie prostytutki i posiadacze spektrometrów(?) świadczą swoje usługi, ale po pierwsze – jest tego za mało, a po drugie – kłóci mi się to stylistycznie z tymi dziennymi scenami, kiedy jest pomarańczowo albo chłodno-szaro, ale jednocześnie rdzawo.

Poważnym problemem jest również występ Harrisona Forda. O ile jego powrót w The Force Awakens do roli, która wprowadziła go na salony, przypadł mi do gustu, to tutaj to jakaś autoparodia. Z łatwością mogę sobie wyobrazić, że pragnący żyć w spokoju aktor ukrywa się w jakimś opuszczonym hotelu, gdzie słucha starych piosenek, pije drogie alkohole i nocami czyta książki. Strzela do wszystkich, którzy w jakiś sposób mu w tym przeszkadzają – do fanów, dziennikarzy, agentów i ludzi próbujących wymóc na nim zapewniony w kontraktach udział w kolejnych częściach filmów, w których grał lata temu. W ogóle, te sceny z nim wyglądają nie jak sceny, tylko jakby faktycznie filmowcy wydybali go w jego kryjówce, nakręcili tam tyle, ile mogli i siłą zawlekli do studia na nagranie rozmowy z Jaredem Leto.

No bo właśnie – Jared Leto jest w tym filmie.
W trakcie seansu zdążyłem o tym raz kompletnie zapomnieć, ponieważ miał jedną scenę jakoś na początku, w której złowieszczo opowiadał o tym, że pragnie zapładniać replikant…ki (sic!), następnie na długi czas zniknął i potem pojawił się jeszcze raz, by porozmawiać z Deckardem o zapładnianiu replikantek. Dosyć monotematyczny typ. No ale taki jest jego cel, jako złowieszczego szefa złowieszczej korporacji – umożliwić replikantom rozmnażanie, by znacznie szybciej zwiększać ich liczbę, ponieważ potrzeba więcej rąk do pracy. Pieprzy przy tym poetycko o jakichś aniołach, które nie mają skrzydeł, wysyłaniu swojego potomstwa do gwiazd – takie typowe, górnolotne frazesy, jakimi wycierają sobie gęby złowieszczy prezesi złowieszczych korporacji w filmach science-fiction.

W ten sposób przechodzimy w tym tekście do głównego wątku filmu – w toku śledztwa okazuje się, że gdzieś tam lata temu replikantka faktycznie urodziła dziecko. Strony konflikty ruszają tym tropem i każda z nich ma swój cel – korporacja chce pokroić tego urodzonego replikanta, by nauczyć się, jak umożliwić swoim produktom rozmnażanie, policja natomiast, chcąc zachować stary porządek, wysyła K, by zlikwidował cel i wszelkie ślady po nim. Jest jeszcze trzecia frakcja, ale jej wątek pojawia się w trzech scenach i chyba – no nie wiem – liczyli na to, że będzie kontynuacja, w której będą mogli rozwinąć ten motyw. A śmierdzi on jakimś chorym dzieckiem Matrixa i Westworldu.

Z tym dzieckiem i odkrywaniem jego tożsamości związane są zwroty akcji tego filmu. Najpierw nie mamy pojęcia, o kogo może chodzić (heh), potem dostajemy kolejne poszlaki, by w końcu film dosyć wyraźnie potwierdził nam, że mieliśmy rację, co ma nieco sensu, jest jednak jedno ALE – wszystko dzieje się za szybko – więc orientujemy się, że jednak coś chyba jest nie halo i istotnie – przychodzi kobieta bez oka i mówi – Serio? Serio dałeś się nabrać? Co ty, masz cztery lata?
Te zwroty akcji wyskakują w pewnym momencie jeden za drugim i jest to trochę męczące.

Jared Leto może pojawić się tylko w dwóch scenach w filmie, ponieważ budżet pozwalał tylko na tyle przez większość czasu korporację reprezentuje jego prywatna replikantka, która chodzi po mieście, zabija funkcjonariuszy na posterunku (nie mają tam kamer?), strzela do ludzi rakietami z satelity i jest lodowatą suką, która ma ewidentnie jakiś kompleks powodujący u niej pragnienie przypodobania się „ojcu”. Jest to niesamowicie jednowymiarowa i nudna postać. Nie mam nic więcej do powiedzenia na jej temat. Ona też nie powiedziała nic, co mogłoby chociaż próbować mierzyć się z „łzami na deszczu”.

W zasadzie najciekawszy jest wątek sztucznej inteligencji, którą kupił sobie K. Joi, bo tak ma na imię program, na każdym kroku wspiera głównego bohatera, gotowa jest nawet ulec skasowaniu, czyli de facto zginąć, byleby tylko nie wpaść w ręce ludzi idących tropem jej ukochanego, którzy mogliby wykorzystać jej kod do znalezienia K.
Tak się też dzieje, nośnik, na którym zapisana jest Joi, zostaje zniszczony i trochę to dziwne, ale w filmie o sztucznie wytworzonych ludziach, który teoretycznie powinien zadawać pytanie o to, czy należy traktować ich jak ludzi, ja przejmuję się znacznie mniej ludzką postacią – rzeczoną Joi, która nie jest nawet żywą istotą. No właśnie – nie jest?
Czy jej miłość do K nie czyni z niej człowieka?
Ale czy jej uczucie było w ogóle prawdziwe, czy to tylko oskryptowane zachowanie zaprogramowane przez autora kodu?
Czy Joi naprawdę kochała K?
Pytanie te nasuwają się pod wpływem gigantycznej reklamy, którą już po śmierci ukochanej widzi główny bohater. Wielkie cyfrowe pośladki nie są może najsubtelniejszą formą przekazu, ale o ile lepszy byłby ten film, gdyby był po prostu o K wracającym codziennie do domu po ciężkim dniu wysyłania innych replikantów na emeryturę i godzinach testów psychologicznych, do domu gdzie czeka na niego ukochana w postaci sekwencji zer i jedynek. Bez tej całej intrygi z rozmnażaniem replikantów, bez złowieszczego Jareda Leto, bez zmęczonego życiem Deckarda.
Takie Her, tylko mniej gejowskie.

***

Podsumowując: dwóch zmarnowanych Dave’ów Bautistów na pięć i Jared Leto był w tym filmie?
Aha, całkiem sporo wirtualnych cycków i tyłków, także więc fani dziwnych japońskich pornosów będą zadowoleni.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

Po pierwszym seansie Spider-Man: Homecoming wyszedłem z kina z myślą: „Bardzo fajny, zdecydowanie najlepszy jak dotąd film o Pająku”. Nie sądziłem, by był przełomowy dla produkcji superbohaterskich i może byłem nawet lekko zawiedziony tym, że to po prostu bardzo fajny film. W tym sensie, że nic ponad to. Coś* jednak kazało mi wybrać się na kolejny seans. Po drugim obejrzeniu filmu uważam, że jest naprawdę świetny – moja opinia od „fajny” podskoczyła do „CHCĘ WIĘCEJ FILMÓW ZE SPAJDERMENEM!1!!11!!”

Tym razem postawiono na aktora, który faktycznie wygląda na nastolatka. Tom Holland jest co prawda tylko rok młodszy ode mnie, aczkolwiek w przeciwieństwie do Tobey Maguire’a albo Andrew Garfielda, czy też całej masy innych pełnoletnich aktorów, którzy na przestrzeni lat wcielali się w licealistów, łatwo można uwierzyć, że grany przez niego bohater faktycznie ma piętnaście lat. W sumie to naprawdę jego wiek mnie zdziwił, gdy przed chwilą sprawdziłem go w Internecie.
No ale – nie chodzi tylko o aparycję aktora. O wiele bardziej liczą się przecież umiejętności i tych Hollandowi zdecydowanie nie brakuje. Jego wersja Petera Parkera to trochę ciapa, nieśmiały, acz niezwykle inteligenty i uzdolniony chłopak, który ma urocze, typowo licealne problemy w życiu prywatnym, codziennie czeka na ostatni szkolny dzwonek, by móc założyć kostium i ruszyć na patrolowanie swojej dzielnicy. Tom Holland potrafi oddać zarówno nieporadność i niepewność Parkera, jak i jego ekscytację z możliwości walki ze złem i pomagania ludziom.

Peter zakłada maskę w ramach współpracy ze Tonym Starkiem, który po wydarzeniach z Civil War pozwolił chłopakowi zachować kostium. Parker nakręcony tamtą misją rwie się do akcji, ale brutalna nowojorska rzeczywistość powoli ściąga go na ziemię – zamiast walczyć z superprzestępcami, kosmitami albo wielkimi robotami, zajmuje się drobnymi kradzieżami, pomaga turystom odnaleźć drogę, czyli – jakby to ująć alegorycznie – ściąga koty z drzew.

Wszystko zmienia się, gdy trafia na trop gangu zajmującego się handlem bronią wzmocnioną za pomocą superzłomu, który wala się po ulicach po każdej superbohaterskiej nawalance. Niepomny na przestrogi Starka, chłopak postanawia zająć się tym na własną rękę, udowadniając swoją wartość, chcąc potwierdzić, że zasługuje na miano bohatera i miejsce w zespole Avengers. Niestety, brak doświadczenia sprawia, że nawala, Stark traci do niego zaufanie, a i sam Peter zaczyna chyba powątpiewać we własne możliwości.
Mimo to bohaterska natura i potrzeba czynienia dobra biorą górę i gdy sytuacja tego wymaga, chłopak postanawia stanąć do walki z łotrem. Bez zaawansowanego kostiumu, uzbrojony jedynie we własne zdolności, spryt i prototypowe wyrzutnie sieci** staje naprzeciw bezwzględnego złoczyńcy i niemal ginie. Wtedy coś w nim pęka. Bo widzicie – przez cały film, w każdej ze scen akcji Peter gada jak najęty. Rzuca sucharami, komentuje, dodając sobie w ten sposób animuszu. Tutaj jednak, gdy wydaje mu się, że przegrał, że jego przeciwnik zatryumfował, a jemu grozi śmierć, zaczyna wołać o pomoc, płakać. Gdy jednak pojmuje, że jest zdany wyłącznie na siebie, zbiera siły i udaje mu się wydostać spod gruzu. To jest najważniejsza i jedna z lepszych scen w filmie – pokazuje, że Peter się czegoś nauczył – że jest jest prawdziwym bohaterem, że stał się dojrzalszy.

Dlatego finał, który jest ciemny i bardzo dynamiczny, chaotyczny, wypada nieco słabawo. Jesteśmy po najważniejszym momencie i na końcu doczepione jest obowiązkowe mordobicie.

Głównym złoczyńcą filmu jest Adrian Toomes, szef gangu zajmującego się wytwarzaniem i handlem bronią ulepszoną supertechnologią. Mam z tą postacią pewien problem – z jednej strony kreowany jest na ojca rodziny, człowieka, który zszedł na złą ścieżką tylko po to, by zapewnić byt rodzinie po tym, jak został oszukany przez możnych tego świata na potężny hajs. Z drugiej natomiast strony jest pieprzonym psychopatą – gdy stracił cierpliwość do jednego z podwładnych, to go rozwalił, postanawia zabić Pająka za mieszanie w jego biznesie, zaślepia go żądza bogactwa, tłucze jakiegoś przypadkowego zioma, który akurat stał na jego drodze.
Odczuwam niekonsekwencję w kreowaniu tej postaci, ale przeżywający renesans kariery Micheal Keaton daje z siebie w tej roli wszystko i jego charyzma sprawia, że w trakcie seansu zapomina się dwóch twarzach granego przez niego łotra. Poza tym, to jest niesamowite, co się przez ostatnie kilka lat dzieje z tym aktorem. Jego powrót do pierwszej ligi odbył się w takim stylu, że głowa mała. W pierwszej chwili aż było go żal do roli „tylko” Vulture’a, ale chyba mają co do tej postaci jakieś plany na przyszłość.

Bogatą przyszłość i przeszłość ma również inna postać pojawiająca się w tym filmie – Tony Stark. To jest w ogóle kosmos, jak potężnie bohater grany przez Roberta Downeya Jr. został rozwinięty na przestrzeni – nie bójmy się słów – dekady. Droga filmowego Starka od playboya-przemysłowca do playboya-superbohatera zasługuje na osobny, obszerny wpis. Może w 2018 z okazji dziesiątej rocznicy premiery Iron Mana
No ale Homecoming. Uprzedzając pytania i piętnując ból dupy sprzed premiery – wbrew zwiastunom i całej kampanii marketingowej, Tony’ego wcale nie ma aż tak dużo w tym filmie. To NIE jest Iron Man 4: Spider-Man: Homecoming.
Stark pełni tutaj ojcowsko-mentorską rolę wobec Petera. Tylko że tak naprawdę on sam potrzebuje tej relacji o wiele bardziej niż Parker. Z racji własnej trudnej historii z ojcem i tego, że czuł się przez niego niedoceniany (do czego jest odniesienie w tym filmie, ale wiemy to również z poprzednich), ma potrzebę bycia dla kogoś wzorem i oparciem, jakiego sam w młodości pragnął. I upatrzył sobie Petera do roli podopiecznego. Z tym że Stark nie bardzo umie w relacje międzyludzkie, dlatego miota się od chwalenia do karcenia, najpierw daje chłopakowi kostium, instaluje w nim pierdyliard ukrytych opcji, potem z powodu samowolki mu go zabiera, żeby na koniec stwierdzić, że Peter tego właśnie potrzebował, by nauczyć się własnej wartości.
Ostatecznie jednak to właśnie Spider-Man podejmuje dojrzałą decyzję, pokazując, że jest bohaterem i mimo iż będzie działał na małą skalę, trzymał się ziemi, pomagał maluczkim, to będzie to robił samodzielnie, będzie stał na własnych nogach, a to jest właśnie to coś, czego potrzebuje… przynajmniej przez pewien czas.

***

Warto wspomnieć jeszcze o kilku postaciach:
„Dodatkowi” łotrzy, którzy budzili niepokój przed premierą, okazali się być tylko tłem. Shocker to w gruncie rzeczy losowy rabuś, który akurat ma rękawicę. Jest to więc Shocker idealny. Tinkerer to tylko grubasek, który zajmuje się produkcją sprzętu. Nie widzimy go inaczej jak tylko w warsztacie, gdzie projektuje i buduje ekwipunek.

Ciocia May wypada bardzo dobrze (hehe). Martwi się o Petera i z dość zrozumiałych powodów może być przewrażliwiona i zbyt łatwo wpadać w panikę, ale kiedy trzeba, to rzuca wszystko, żeby pomóc chłopakowi.

Potężny ból dupy był także o Flasha, który tutaj nie jest łobuzem-sportowcem, tylko pozorem. Początkowo miałem wątpliwości, ale już po pierwszym obejrzeniu filmu stwierdziłem, że taka postawa ma w obecnych czasach o wiele więcej wspólnego z dokuczaniem w liceum niż bycie osiłkiem i kradzież drobnych młodszym uczniom albo spuszczanie im głowy w kiblu. Jestem w stanie uwierzyć, że bogaty, chamski typek z wybujałym ego potrafi zajść za skórę nawet bardziej niż przekonany o własnej wyższości kapitan szkolnej drużyny.

Obiekt westchnień Petera – czyli Liz – jest właśnie taka, jaka powinna być. To starsza wcześniej urodzona koleżanka ze szkoły, w której chłopak jest zakochany. Szkolna klasyka. Dodatkowo – jest ratowana tylko raz i to nie w finale, a cały film nie kręci się wokół tego, czy Peter ma z nią być, czy ma być Spider-Manem. Więc miłosny wątek jest na swoim miejscu – jest dość istotny dla Petera, no bo chłopak ma piętnaście lat, a dziewczynie, w której jest zadurzony nie jest obojętny, ale film nie robi z tego megadramy i nie opiera na tym całego swojego ciężaru, jak robiły wszystkie poprzednie produkcje ze Spider-Manem.

Inna dziewczyna – Michelle  – grana przez Zendayę, co do której zarzuty wyglądały tak, że ktoś wyprodukowany przez Disney Channel jest totalnym dnem, pełni w filmie raczej marginalną rolę. Moja dziewczyna zwróciła mi po seansie uwagę, że ból dupy przed premierą nie miał sensu, bo prawie tej postaci nie ma. Jasne, należy do tej samej paczki co Peter, ale raczej trzyma się na uboczu. Więc tutaj została tylko wprowadzona i najprawdopodobniej jej rola zostanie rozwinięta w kontynuacjach. Czy natomiast stanie się tutejszą wersją MJ? Może. Nie wiem. Naprawdę było jej na tyle mało, że ciężko prorokować. Na pewno wypada na plus, wbrew pochopnym opiniom sprzed premiery.

***

To naprawdę jest film o Spider-Manie, na jakie czekaliśmy i na jaki zasługujemy. Sam Spider-Man zasługiwał na taki film. Nie ma tutaj miłosnej dramy, nie ma wałkowania genezy (żadnych retrospekcji!), humor, dowcipasy i sceny akcji są idealnie zrównoważone z emocjonalnymi momentami.
Przede wszystkim jednak bohater przechodzi jakąś drogę – od niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania i udowodnienia wszystkim i sobie własnej wartości do nieco dojrzalszej wersji niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania. Biorąc pod uwagę to, że MCU jest projektem długoterminowym, nie mogę się doczekać, dokąd Petera zaprowadzi droga, na której pierwszy krok uczynił w tym filmie.

***

*Być może to, że na pierwszy spóźniłem się piętnaście minut i ominęło mnie całe wprowadzenie.
**Uwielbiam projekt tego własnoręcznie stworzonego kostiumu i niezmiernie się cieszę, że pojawił się w filmie.

Jaskier

PS Kto Was bardziej ucieszył – Pepper Potts czy Mac Gargan?

Read Full Post »

Oto i mój spóźniony tekst dotyczący najnowszej wersji legendy arturiańskiej. Czy film Guya Ritchie’ego zasłużył na zmasakrowanie, jakie spotkało go zarówno ze strony krytyków (28% na RT), jak i widowni (słabiutki wynik w box office’ie)? Przeczytajcie tekst, a dowiecie się, co sądzę na ten temat.

Informacja o tym, że Ritchie planuje nakręcić film o królu Arturze, krążyła po sieci już lata temu. Chyba byłem jeszcze przed maturą, kiedy pierwszy raz o tym przeczytałem. Potem jednak jakoś tak przycichło na ten temat i w pewnym momencie projekt wydał mi się martwy, aż tu nagle w zeszłym roku zobaczyłem zwiastun i po krótkiej chwili konsternacji – A jednak to nakręcił – pomyślałem sobie, że warto będzie się wybrać do kina, ponieważ a) nie ma za dużo filmów fantasy, b) Guy Ritchie ma unikalny styl kręcenia filmów, który bardzo mi odpowiada.
Te dwie kwestie film zrealizował elegancko – to bez wątpienia kawał solidnego fantasy, ale jednocześnie czuć rękę reżysera. Średniowieczny romans został przez niego przekuty na opowieść o zemście, powrocie prawowitego władcy, który przejmuje należny mu z racji pochodzenia tron. I jest londyńskim gangsterem. :D

***

Historia zaczyna się narracją, opowieścią o tym, jak to ludzie i magowie żyli sobie obok w dobrobycie, pokoju i harmonii. Pewnego dnia jednemu z czarowników jednak odjebało i postanowił odwalić Saurona/Voldemorta/Imperatora, zdobyć władzę nad światem, podporządkowując sobie królestwa ludzi. Ostatni jego łupem miał paść zamek Camelot, gdzie jednak uzurpator poległ z ręki króla Uthera. Zniesmaczony porażką, knujący za plecami władcy brat króla samodzielnie dokończył dzieło, dokonując przewrotu. Z rzezi ocalał jedynie syn króla, którego nurt rzeki zaniósł do miasta Londinium, gdzie chłopiec dorastał, imając się najróżniejszych zajęć.

W pierwszej chwili świat przedstawiony wzbudził we mnie konsternację. No bo tak – jest ta niby-Brytania, ewidentnie postrzymska, wybitnie multikulturowa, gdzieś w tle przewijają się wikingowie, stanowiący zagrożenie dla królestwa, nie ma mowy o krucjatach etc. Jakoś próbowałem to sobie ogarnąć, umiejscowić gdzieś na osi czasu, lecz po chwili zastanowienia stwierdziłem, że przecież nie ma to sensu. W przeciwieństwie do poprzedniej adaptacji legend arturiańskich, ta wersja odbiega od realizmu i historycznej poprawności jak to tylko możliwe. I świetnie.

Scenariusz przebiera spośród typowych schematów, motywów i postaci światów fantasy, dorzuca do tego garść elementów historycznych, jak choćby tych Normanów lub nazwę miasta, miesza wszystko, w efekcie czego otrzymujemy co prawda prostą i niezbyt odkrywczą, ale za to porywającą, historię o walce prawowitego następcy tronu z uzurpatorem. Zupełnie jak w Królu lwie. :D

Jednocześnie film unika banałów i dłużyzn – na przykład nikt nie wątpi w prawo Artura do tronu. Początkowo w zasadzie on sam jest najmniej przekonany do błękitności swojej krwi i nawet to, że był w stanie wyjąć miecz z kamienia, nie zmienia jego zdania. Reżyser bardzo sprytnie poradził sobie również z epicką wyprawą, która miała pozwolić głównemu bohaterowi odnaleźć siebie i takie tam. W dynamicznie zmontowanych ujęciach widzimy, jak przez kilka dni przemierza magiczną, mroczną krainę, gdzie walczy z bestiami oraz własnymi słabościami, aż w końcu wycieńczony dociera do celu podróży.
Również do sceny formowania sojuszu twórcy podeszli w bardzo kreatywny sposób. Główny bohater, ze swojej gangsterskiej przeszłości znający życie od podszewki, tłumaczy rebeliantom, jak wyglądałoby spotkanie z potencjalnymi sojusznikami, którzy mieliby udzielić im wsparcia militarnego. Zamiast tego proponuje zupełne inne rozwiązanie – o wiele bardziej cwane i szalone, wymagające brawury i odrobiny głupoty.

Taki właśnie jest grany przez Charlie’ego Hunnama Artur – cwany i do szaleństwa odważny. Reżyser nawet bowiem nie udaje, że jedynie wykorzystuje quasi-średniowieczne dekoracje i kostiumy – fabuła równie dobrze mogłaby bowiem opowiadać o porachunkach brytyjskich gangsterów, a młody Artur mógłby walczyć ze stryjem o wpływy w przestępczym światku Londynu, a nie sprawiedliwość oraz dobrobyt mieszkańców królestwa.

Z tego co zobaczyłem w recenzjach, o to ludzie mają ból dupy – pomimo solidnej dawki fantastyki, produkcja jest mocno odbaśniowiona. Typowo współczesne zachowania oraz język, jakim posługują się postacie, przeszkadza krytykom. Ja mam zupełnie odmienne podejście – ahistoryzmy przypadły mi do gustu, film ma dzięki nim nieco wiedźmińskiego posmaku.
Miejcie jednak to na uwadze – to NIE jest epopeja, jakiej teoretycznie można by spodziewać się po tym tytule. To rozminięcie z oczekiwaniami stanowić może największy zawód.

Za to zwrócić uwagę muszę na kulejące efekty specjalne. Scena oblężenia Camelotu, kiedy widać z góry nacierającą armię i obrońców na murach, przypomina przerywnik z jakiejś gry. Również wszystkie orły i węże, którymi kierują magowie, wyglądają niesamowicie sztucznie, wręcz biednie. Także finałowy pojedynek między dzierżącym Excalibura Arturem, a jego naćpanym czarną magią stryjem, przypomina sekwencję z gry.
Także za efekty specjalne minus.

Wyjątkowo nie przeszkadzała mi multikultorowość społeczeństwa zamieszkującego świat przedstawiony. Z łatwością byłem w stanie uwierzyć, że przyjacielem Artura mógł być bękart murzyńskiej prostytutki, a i czarnoskórego dostojnika w świecie zamieszkanym przez potwory i magów dość łatwo kupiłem.

***

Polecam wszystkim tęskniącym za fantasy w kinie. Jest to najlepszy przedstawiciel gatunku od czasu pierwszego Hobbita. O wiele łatwiej wskoczyć do tego świata niż do ubiegłorocznego Warcrafta i nie ma eragonowego smrodu, jaki czuć było chociażby w Siódmym synu dwa lata temu.
Moim zdaniem Guy Ritchie odwalił kawał dobrej roboty.

Jaskier

Read Full Post »

Niesamowicie pozytywne przyjęcie Wonder Woman przez krytyków (początkowo 97% na RT), pomimo niepokojąco długiego embarga nałożonego na recenzje, wprawiało w zdumienie. Jak to? DC/Warner w końcu zrobił porządny film?

I tak, i nie. Zapraszam do przeczytania tekstu, by zapoznać się z moją opinią.

***

Komiksowa Wonder Woman nie jest mi zbyt dobrze znana. Z racji tego, że zaczęła być wydawana w Polsce regularnie dopiero w ramach Nowego DC, to myślę, że mój stan wiedzy odzwierciedla statystycznego polskiego kinomaniaka. Korzystając jednak z zasobów biblioteki, zapoznałem się z kilkoma tomami serii z New 52. Przypadło mi do gustu zwrócenie się w mitologiczną stronę świata tej postaci, zbudowanie relacji z greckimi bóstwami, przedstawienie najróżniejszych krain. Jest to coś naprawdę wartego uwagi i mam nadzieję, że jakoś zostanie ta kwestia poruszona również i w ewentualnej kontynuacji, która po wspomnianym sukcesie recenzenckim (a także kasowym, spadek podczas drugiego weekendu wyniósł zaledwie 44,6%, po drugim weekendzie film miał już na koncie 205mln $ z USA) jest raczej pewna.

To są jednak póki co czcze marzenia i dywagacje. Co prawda film, który dostaliśmy, nie wstydzi się mitologicznych korzeni bohaterki, a w świecie przedstawionym faktycznie istnieli greccy bogowie, aczkolwiek fabuła nie skupia się na przemierzaniu fantastycznych krain lub walce z antycznymi bestiami, a raczej na przedstawieniu tytułowej księżniczki Amazonek szerszej widowni.
Co się zdecydowanie udało.

Nie sposób nie odnieść się do poprzednich… prób studia, które rozpaczliwie pragnie załapać się na popularność superbohaterów w kinie i wypluwało do tej pory same koszmarki  pokroju Suicide Squad i Batman v. Superman. W tamtych produkcjach jak na dłoni widać było wtrącanie się studia, karygodne błędy montażowe, szatkowanie nakręconego materiału lub doklejanie czegoś, żeby zwiększyć ogólnie pojętą fajność produkcji.
Niestety, jest to widocznie również i w tym filmie, chociaż w znacznie mniejszym stopniu. W pewnym momencie pojawia się zabójcze nagromadzenie kiepskich żartów, których próbkę mogliśmy już zobaczyć w zwiastunie. Jest to przede wszystkim związane z przybyciem Diany do Londynu, ponieważ kompletnie nie odnajduje się w realiach pierwszej połowy XX wieku. Mimo iż scena z dobieraniem sukienki i kapelusza jest okropna, to jednak popularny motyw bohatera wyrwanego z własnego środowiska i zmuszonego do funkcjonowania w nowym naprawdę się tutaj sprawdza.
Na tym polu widać największą zaletę produkcji i coś, co w końcu studio zrobiło dobrze – Wonder Woman nie ma bólu dupy, nie zastanawia się, czy być superbohaterem, czy nim nie być, nie ma mowy o jakimkolwiek dylemacie związanym z wyruszeniem na misję ratowania świata. Została nauczona, że ludziom należy współczuć, pomagać im w potrzebie, nie nadużywać własnej siły, nie krzywdzić innych. Brzmi to banalnie, niczym z Małego Księcia albo odcinka wieczorynki, ale na tym właśnie polega superbohaterstwo…
A nie na staniu w deszczu w nocy na skraju dachu i głębokim rozważaniu filozoficznym nad sensem istnienia własnego i wszystkich innych.

Także naprawdę podoba mi się sposób, w jaki została przedstawiona Wonder Woman. Gdyby ten film powstał osiem lat temu, to dzisiaj na pewno wspominany byłby z wielkim sentymentem i wybaczyłoby mu się liczne potknięcia. Bo mimo iż sama bohaterka wypada naprawdę dobrze, zarówno pod względem scenariuszowo-rozwojowym, jak i aktorskim (kto by podejrzewał, że Gal Gadot będzie nie tylko fenomenalnie wyglądać w kostiumie WW, ale i aktorsko stanie na wysokości zadania?), to fabularnie można sporo tej produkcji zarzucić.

No bo fabuła leci tak:
* Na magicznej wyspie Temiskerze mieszkają Amazonki, których zadaniem jest zgładzenie boga wojny Aresa, który czai się gdzieś tam, w zewnętrznym świecie ludzi.
* Na wyspę trafia żołnierz Steve Trevor (Chris Pine), który informuje społeczność, że trwa obecnie I wojna światowa.
* Diana, księżniczka Temiskery, słysząc opowieści o okropieństwach, dodaje dwa do dwóch i wychodzi jej, że za całą tą wojną stoi Ares, więc postanawia wyruszyć, by skopać mu tyłek, wypełniając tym samym obowiązek swojego ludu.
* Naszprycowana ideałami staje twarzą w twarz z okropną rzeczywistością, orientując się, że może to wszystko to niekoniecznie bezpośrednia wina Aresa.
* Stwierdza jednak, że ludzkość mimo wszystko jest warta uratowania.

W zasadzie wszystko gra przez pierwszą część filmu. Widzimy Dianę w dzieciństwie, jej szkolenie w walce. Wyspa wygląda naprawdę przepięknie, jest to świeże spojrzenie na fantastykę w kinie. Właśnie między innymi dlatego mi szkoda, że jednak nie poszli całkowicie w tym kierunku. Może kiedyś.
Przybycie Steve’a rozpoczyna jednak problemy produkcji – pojawiają się żarciki związane z tym, że na Temiskerze nie ma żadnych mężczyzn, płyną do Londynu, gdzie akcja zwalnia, ma tam miejsce jakieś biedackie zbieranie drużyny, która ma wykonać misję na tyłach i film zaczyna grzęznąć w błocie, niczym ten powóz, który bohaterowie mijają, podróżując w stronę frontu.
Niby są dobre pomysły, jak ten moment ze zwiastuna, kiedy Wonder Woman wychodzi z okopu, ściąga na siebie ogień Prusaków i żołnierze mogą ruszyć do ataku, zdobywając kawałek ziemi. Ona robi to dlatego, że nie może już znieść bezczynności i podchodów, woli stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem.

A propos stawania twarzą w twarz z przeciwnikiem i scen akcji w ogóle – w tym filmie jest zdecydowanie za dużo slow motion. Sama choreografia walk jest naprawdę w porządku, ale dlaczego co chwila zwalniają akcję, zatrzymując się na sekundę na bohaterce z podniesionym mieczem czy tam napiętym łukiem? Efekt ten jest tutaj nadużywany i to skrajnie.

Pochwaliłem sceny akcji, ale sam finał muszę zganić. Jest do bólu kliszowy, walka wygląda jak starcie z bossem w jakiejś grze. Główny przeciwnik nie został należycie przedstawiony. W sumie to mi szkoda. Chyba wolałbym, by zostawili go do następnego filmu, a tutaj okazałoby się, że za wojną wcale nie stał Ares. Że to tylko ludzie. To mi przyszło do głowy, gdy wydłubywałem palcem salsę, jaka została mi po nachosach. O ile lepszy byłby ten film, gdyby na samym końcu nie pojawił się bóg wojny i nie zaczął wykrzykiwać, jaki to on jest potężny i zniszczy ludzi, bo tak.
W dodatku związany z nim zwrot akcji przewidziałem godzinę wcześniej. Także tu popełnili błąd.

***

Żeby podsumować – Wonder Woman w bardzo dobry sposób przedstawia swoją tytułową bohaterkę i nie wstydzi się komiksowego pierwowzoru. Najważniejszą więc rzecz wykonuje w sposób więcej niż poprawny. Myślę, że reszcie filmu można przez to wybaczyć braki. Marvel też zaczynał przeciętnie, stawiając na bohaterów, chociaż to akurat nie jest żadna wymówka. Trzeba czekać, żeby zobaczyć, jak na ten sukces zareaguje studio, jaką nauczkę z tego wyniesie.
Wydaje mi się, że po tym filmie WW stanie się powszechnie rozpoznawalną postacią. Już widziałem memy porównujące hit Halloween 2016 i 2017 – kostium Harley Quinn i właśnie Diany.
Także więc cieszymy się – kto pół roku temu spodziewał się, że film o Wonder Woman dobrze sportretuje tytułową bohaterkę?

Czy DC wstaje z kolan?
Nie odważę się potwierdzająco odpowiedzieć na to pytanie, nie na kilka miesięcy przed premierą Justice League.

Jaskier

Read Full Post »

Naprawdę nie wiem, co mam napisać o tym filmie, ponieważ z jednej strony był zabawny, dostarczył mi masę frajdy i rozrywki, nie zasnąłem na nim, mimo iż był środek nocy, kiedy go oglądałem, a od strony technicznej prezentuje się wprost fenomenalnie, z drugiej jednak po seansie miałem wrażenie, że zobaczyłem tylko jakąś reklamę. Była trzecia w nocy, siedziałem w kinowym fotelu i zadawałem sobie pytanie – No dobra, to było fajne, ale gdzie jest film?

Mam z tą produkcją taki problem, że nie ma w niej fabuły, jest za to zlepek scen pokazujących widzom to, jak fajne są poszczególne postacie i jakie niepokonane, silne, nieustraszone. Poniżej będzie SPOILERowe przedstawienie punktów… filmu, więc jeśli jeszcze go nie widzieliście, a nie chcecie się dowiedzieć, co się w nim dzieje, to omińcie ten fragment tekstu.

  • Drużyna gdzieś tam w kosmosie wykorzystuje swoje zwycięstwo z pierwszej części do robienia kasy. Która kosmiczna frakcja nie chciałaby wynająć Strażników Galaktyki do ochrony własnego mienia?
  • Ponieważ bohaterowie wciąż jeszcze nie potrafią w pełni ze sobą współpracować, to wpadają w poważne tarapaty.
  • Z opresji ratuje ich broda Kurta Russella, który przychodzi i mówi do Star-Lorda: Jestem twoim ojcem… i międzygalaktycznym bogiem-Hitlerem…
    I zabiłem twoją matkę.
  • Quill musi pogodzić się z tym, że jego nowo odnaleziony ojciec jest psychopatą. Walczą w stylu pojedynków z Dragon Balla.
  • Yondu umiera, ale w sumie jest szczęśliwe zakończenie, ponieważ poświęcił się dla Petera.

Koniec sekcji SPOILERowej, możecie wrócić do czytania.

Pomiędzy te punkty powtykane są sceny, w których:
a) Yondu jest OP;
b) Rocket jest OP;
c) Baby Groot promuje zabawki;
d) Drax jest kretynem, ale uroczym w swojej głupocie;
e) Star-Lord ma problem z tym, kto tak naprawdę był jego tatą;
f) ci żółci goście zachowują się dziwacznie;
g) kosmiczni piraci dostarczają całą maaaaasę dowcipasów;

I to nie jest problem natury takiej, że – O matko, co za gówno. Nie jest to też nudne czy coś. Po prostu mam wrażenie, że James Gunn zachłysnął się wolnością twórczą, jaką studio mu zaoferowało i cały czas tylko ciśnie – Patrzcie, jaki Yondu jest super. Patrzcie teraz, jaki Rocket jest błyskotliwy. Patrzcie, jaki Baby Groot jest słodziaszny (figurki po jedyne 19,99$). Nie ma tutaj miejsca na jakieś upadki, bohaterowie są niezniszczalni, a nawet jeśli, na ten przykład, dostają się do niewoli, to szybko uciekają, robiąc przy tym rozpierduchę. Nie chce mi się tego teraz szukać, na pewno ktoś to policzył albo w najbliższej przyszłości policzy, Yondu za pomocą swojej sterowanej gwizdaniem strzały (sic!) zabija w tym filmie ze sto osób, samemu w zasadzie będąc niezniszczalnym.

Sceny z Grootem (chyba wszystkie, musiałbym obejrzeć jeszcze raz, żeby to ocenić) są męczące. Na początkowych napisach urokliwie tańczy, później, za każdym razem, gdy się pojawia, to jest podkreślane, jaki to on nie jest uroczy i słodki, i w ogóle. Nie wyskakujcie w komentarzach* z tekstami, że to miało stanowić parodię postaci będących w filmach maskotkami – moim zdaniem, jeśli taki był zamiar reżysera, to mu nie wyszło.

Nawet część dowcipów jest albo przeciągnięta, albo po prostu słaba. Na przykład ten kosmiczny pirat z głupim imieniem. Ciągną to w nieskończoność. Żart z Grootem, który nie potrafi pojąć, co ma przynieść i znosi do bohaterów śmieci, również niemiłosiernie się ciągnie. Rozwaliła mnie także scena podróży kosmicznej, kiedy postacie dokonują na pokładzie statku sekwencji kilkuset skoków (czymkolwiek by one nie były). Nauka za tym stojąca sprawia, że zaczynają się zniekształcać, oczy wychodzą im z orbit etc. Wygląda to jak w Masce albo Looney Tunes i bierze się po prostu znikąd.

Również muzyka wypada słabiej niż w pierwszej części. Awesome Mix Vol.1 po obejrzeniu filmu słuchałem w kółko, wciąż lubię sobie puścić. Tutaj nic nie zapadło mi w pamięć. Najlepsze było Fox on the Run ze zwiastuna, którego jednak nie pamiętam z filmu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ta piosenka w ogóle nie pojawia się w filmie.

***

Dwie rzeczy naprawdę mi się podobały i uważam, że w tym filmie zagrały perfekcyjnie.

Pierwsza to postać Draxa. Dave Bautista urodził się do tej roli. Jest w niej bezbłędny, wypada nawet lepiej niż w części pierwszej. Jego Drax jest bezpośredni, szczery do bólu, naiwny, żyje w swoim świecie, ale jednocześnie to naprawdę wierny kompan.

Druga rzecz, którą chcę pochwalić, to – uwaga, zaskoczenie – wątek romansowy. Podobało mi się to, jak została rozegrana relacja Petera i Gamory. Naprawdę. To jest taki typowy motyw, przebiegający zgodnie ze schematem – O, nie cierpię cię! Ja ciebie bardziej! A na końcu i tak jest: Hail to the king, baby. Podobały mi się te minisprzeczki i Gamora zgrywająca twardzielkę, tak naprawdę bojąca się otworzyć oraz finał, kiedy to w obawie przed utratą Petera, zrywa tę maskę i pokazuje, że mu na nim zależy. No bo ze strony Star-Lorda nie należy się spodziewać ukrywania czegokolwiek. Stanowią oni oczywistą parę, ale ja nie mam nic przeciwko takim przyciągającym się przeciwieństwom.

***

Tak to wygląda. Jeśli podobała się Wam część pierwsza, to pewnie już widzieliście kontynuację i macie o niej wyrobione zdanie, jeśli nie, to nie sądzę, żeby druga część przypadła Wam do gustu. Jest to więcej tego samego, tylko rozciągnięte, gdyż w miejsce fabuły James Gunn mógł powpychać te wszystkie scenki, o których pisałem w tekście.
Nie zrozumcie mnie źle – Guardians of the Galaxy vol.2 nie jest żenująco słabe ani nic z tych rzeczy. Jest jedynie fajne, nie spełnia oczekiwań, jakie w nim pokładałem.

***

*Trochę naiwnie wierzę, że tekst ten przeczyta ktoś, komu będzie się chciało komentować w ten sposób.

Jaskier

Read Full Post »

Po dwóch niezbyt udanych próbach zawładnięcia kinami oraz latach emitowania kolejnych serii, Power Rangers zaliczyli ponowny występ na wielkim ekranie, tym razem stanowiący reboot marki, dodatkowo będący remake’iem pierwszego sezonu, czyli kultowego Mighty Morphin Power Rangers.

Jak wyszło?
Cóż, ja liczę na to, że powstanie kontynuacja z historią Tommy’ego Olivera, czyli Ritą kontrolującą szóstego Rangera, który później przechodzi na właściwą stronę. Niestety, dane z box office’u nie nastrajają pozytywnie – film zarobił w USA marne 83mln$ i raptem 47lmn$ na zewnętrznym rynku*, nie natrafiłem również na żadne informacje dotyczące planów na kontynuację. Niby nie szukałem, ale zazwyczaj tego typu doniesienia wyskakują mi na tablicy facebooka. Najwidoczniej problemy produkcji oraz dłużyzny w pierwszym i drugim akcie przeważyły nad naprawdę satysfakcjonującą końcówką.

Co z tym filmem jest więc nie tak?
Niestety sporo. O ile zrozumiałe jest to, że w przeciwieństwie do serialu w filmie przemiana z nastolatków z odpowiednią postawą w Power Rangers musi chwilę potrwać, to mimo wszystko dzieje się to za wolno. Przez większość czasu obserwujemy tworzenie się relacji w drużynie i jasne – to jest ważne, a serial miał kilkadziesiąt odcinków, więc w pilocie mógł na to srać, ale siedziałem w kinowym fotelu, wyczekując chwili, gdy Jason krzyknie ITS MORFIN TAJM, przywdzieją swoje kiczowate kostiumy i ruszą tłuc kitowców, a dzieje się to dopiero pod koniec, ponieważ wcześniej nie mieli dostępu do Morphin Grid, ponieważ nie potrafili się dogadać, przez co ich chi było rozbalansowane. Czy coś.
Z zapowiadanego w zwiastunach The Breakfast Club też niestety niewiele się ostało. Ot, Jason i Billy poznają się właśnie podczas odbywania kary, ale potem i tak muszą jechać do jakiegoś kamieniołomu, gdzie zupełnym przypadkiem natrafiają na Zacka, Trini i Kimberly, ponieważ opuszczone kamieniołomy to supermiejsce do włóczenia się, gdy jesteś amerykańskim nastolatkiem. Ten cały początek spokojnie można by przemodelować, pozwolić im wszystkim się spotkać w kozie, skąd – zamiast pisać jakieś głupie wypracowanie – postanawiają się urwać. W międzyczasie Zordon odkrywa, że Rita po dziesięciu tysiącach lat w końcu jest wolna milionach lat powraca i znów stanowi zagrożenie, każe Alphie sprowadzić piątkę nastolatków. BANG! jesteśmy w domu po piętnastu minutach filmu. Rozwój bohaterów, scenę ogniska z wyznawaniem win, kolejne weekendy w kozie można by było dać już po tym.
Zamiast tego wyjeżdżają z jakimś przeznaczeniem, bo znaleźli monety, więc to oni są predestynowani do zostania nową drużyną. Dlaczego po prostu nie zostali przeteleportowani do centrum dowodzenia, dlaczego nie dostali morferów i nie ruszyli kopać tyłków? Koncept Power Rangers jest tak kretyński, że tego typu próby urealnienia go muszą zawieść. To jest problem, z jakim kino superbohaterskie uporało się już kilka lat temu. (Albo raczej tylko jego marvelowska część… jak widać). Mimo tego mhocznego tonu, film wielokrotnie odnosi się do swoich kiczowatych korzeni. Jest tutaj na przykład mowa o zordach, że zadziałały trochę jak transformersy i po przybyciu na Ziemię przybrały kształt najpotężniejszych żyjących ówcześnie istot – dinozaurów. Chuj tam z pterodaktylem, który dinozaurem nie był, ale mastodont i tygrys szablastozębny pojawiły się na świecie miliony lat później. Jest to oczywiste nawiązanie do pierwszego sezonu, gdzie zostało to w niemalże identyczny sposób ujęte.
Tego typu mrugnięć okiem jest znaczenie więcej, aczkolwiek wszystko się przez to rozjeżdża. Z jednej strony robią Kronikę, ból istnienia i nastolatków z różnej maści problemami w domu, z drugiej próbują robić laskę fanom, niczym Disney z nowym kanonem SW.

Odnośnie głównych bohaterów:
Jason jest typem kapitana drużyny, który w wolnych chwilach zostaje królem balu. Jednak za swoje wybryki rodem z Niecnych uczynków zostaje zawieszony, wyrzucony z drużyny, ma elektroniczny dozór i może zapomnieć o karierze sportowej, czym sprawia olbrzymi zawód ojcu.
Billy jest genialnym, ale nieco zwichrowanym chłopakiem. Nie umie w zdolności międzyludzkie i ma problem z pogodzeniem się ze śmiercią ojca. I jest czarnoskóry.
Kimberly to królowa balu, dziewczyna z idealnego domu, ale odwaliła niezłą imbę, wysyłając swojemu byłemu zdjęcie jego nowej dziewczyny. Takie, wiecie +18.
Zack jest szalony i lubi wagarować, ale ma dobre serce, bo opiekuje się chorą matką. I jest Azjatą.
Trini również ma problemy z akceptacją ze strony rodziców. Konserwatywna matka nie umie pogodzić się z tym, że jej córka jest lesbijką.

Jak widzicie, postacie może i nie są jakoś niesamowicie rozbudowane, ale nakreślone w dość precyzyjny sposób. Każda ma swoją archetypiczną rolę. Na plus zasługuje również pokazanie więzi i relacji z rodzicami. Obejrzałem jakiś czas temu siedemnaście odcinków pierwszego sezonu i w żadnym z nich nie pojawia się członek rodziny faktycznie mieszkający z którymś z Rangersów – za to pełno jest wyjętych z dupy wujków i kuzynów, którzy akurat przyjeżdżają w odwiedziny.

Drugi plan stanowią Zordon i Rita.
Zordon (twarz Bryana Cranstona) jest chujkiem, który chce bezwzględnie wykorzystać naiwność piątki młodych ludzi, by wrócić do pełni sił i samemu stanąć do walki z zagrożeniem ze strony Rity. Jak się nad tym zastanowić, to brzmi bardziej jak plan złoczyńcy. Wiadomo jednak, że Zordon w odpowiednim momencie zdecyduje nie robić w wała drużyny i zostanie gadającą twarzą ze ściany. No i cóż, to Bryan Cranston, ciężko powiedzieć o nim coś złego.
Natomiast grająca Ritę Elizabeth Banks błyszczy. Ta rola przepełniona jest kiczem oraz teatralnością. Aktorka doskonale bawi się na planie ubrana w ten groteskowy strój prosto z mokrych snów trzynastolatka. Filmowa wersja Rity znacznie różni się od serialowego pierwowzoru i to nie tylko pod względem wyglądu. Faktycznie stanowi zagrożenie, jest w stanie mordować zwykłych ludzi, a nawet uśmierca jednego z Rangerów… ale potem mu się polepsza, więc spoko. Jeśli coś z tego filmu jest warte zapamiętania, to jest to rola tej aktorki.

Za zmianą tonu poszła zmiana stylistyki – zordy i stroje Rangersów nie przypominają tego, co można było oglądać w serialu. Kostiumy są o wiele bardziej futurystyczne, przypominają zbroje. Jest oczywiste, że w wysokobudżetowym filmie bohaterowie nie mogą biegać w spandexie i hełmach, chociaż prywatnie bym wolał, by akurat tego nie zmieniano.
Zordy natomiast to osobna sprawa. Są spoko i jak tylko (w końcu) się pojawiają w akcji i przez chwilę gra kultowe Go Go Power Rangers, to są ciary, uśmiech od ucha do ucha, a wewnętrzne dziecko każe wstać z fotela i skakać z radości i ekscytacji. Również są o wiele bardziej futurystyczne niż odpowiedniki z pierwszej serii, ale troszkę dziwaczne. Musiałem w Internecie poszukać, czym jest zord Zacka, bo ni cholery nie rozpoznałem w nim mastodonta. W końcu też walczą zordami samodzielnie, zamiast od razu zmontować je w jednego wielkiego robota.

***

Summa summarum, Power Rangers nie było dla mnie wielkim rozczarowaniem. Ostatnie dwadzieścia minut – walka najpierw w zordach, późniejsze uformowanie megazorda, cała ta akcja – zrekompensowały mi dłużyzny pozostałej części filmu. Ewentualna kontynuacja nie byłaby już genezą, więc można by było od razu przejść do mięska, ale chyba się na nią nie zanosi.
W pewnym sensie jest to jednak zmarnowana okazja, ale zawsze pozostaje niemalże ćwierć setki sezonów serialu. Ten film niestety się gdzieś po drodze pogubił, nie umiał znaleźć własnej tożsamości i ostatecznie poległ w starciu z innymi marcowymi premierami.

*Za boxofficemojo.com.

Jaskier

PS Które sezony pamiętacie z dzieciństwa?
Ja oglądałem na stacji na „p” rano w sobotę i w niedzielę:
Mighty Morphin Power Rangers 1-3
Power Rangers Zeo
Power Rangers Turbo
Power Rangers in Space
Power Rangers Ninja Storm
Power Rangers Dino Thunder
Power Rangers Lost Galaxy

Czy ta seria stanowiła dużą część Waszego dzieciństwa?
Może byście byli zainteresowani przeczytaniem mojego nerdzenia i wspominania budowanych z LEGO zordów, wspartego odświeżeniem sobie serialu?
Dajce znać w komentarzach. ;)

Read Full Post »

Kong: Skull Island to fabularyzowany paradokument potwierdzający teorię pustej Ziemi, zamieszkanej wewnątrz przez gigafaunę. Jest to kolejny film z serii takich hitów jak: Mega Shark, Mega Shark vs. Crocosaurus, Mega Shark vs. Giant OctopusMega Shark vs. Mecha Shark i wielu, wielu innych.
Nurt ten został zapoczątkowany przez francuskiego pisarza, niejakiego Julesa Gabriela Verne’a w jego powieści Podróż do wnętrza Ziemi.

Tym razem jednak z produkcją związane były o wiele większe pieniądze, a co za tym idzie – w obsadzie pojawiają się prawdziwi aktorzy, a efekty specjalne nie wyglądają jak robione na zaliczenie projektu z grafiki komputerowej w noc przed terminem wysłania plików do prowadzącego. W końcu Hollywood postanowiło spojrzeć prawdzie w oczy i pokazać światu, że tak naprawdę nie ma żadnego płynnego jądra, a wnętrze Ziemi zamieszkane jest przez nieznane ludzkości gatunki zwierząt.

Są takie produkcje, od których nie oczekujemy wiele więcej poza potężną dawką rozrywki i radochy z rozwałki dziejącej się na ekranie. Jeśli akcja jest spektakularna, to jesteśmy w stanie wybaczyć sztampową, przewidywalną fabułę a także postacie, które są najczęściej archetypowe i marginalizowane. Tego typu produkcji na pęczki jest w każdym koszu z przecenionymi tytułami direct to DVD dostarczonymi widzom głodnym wrażeń przez SyFy czy kogoś tego pokroju.
Odnoszę jednak wrażenie, że ostatnimi czasy wraca moda na wysokobudżetowe produkcje z wielkimi stworami. Niech no wymienię kilka tytułów z ostatnich lat – Pacific Rim, Jurassic World, Godzilla Garetha Edwardsa*, tegoroczne Power Rangers (mam nadzieję). No i Kong: Skull Island, który z wymienionych tutaj podobał mi się najbardziej. Środek ciężkości w tej produkcji położony jest tam, gdzie położony być powinien – na monstrualnych rozmiarów potworach, w starciu z którymi ludzie nie mają najmniejszych szans.

Przez ekran przewija się cała plejada stworów**, które między sobą mogą walczyć, ludziom natomiast pozostaje tylko ucieczka lub nędzne próby zakończone niechybną śmiercią. Co więcej – zdecydowana większość tych scen dzieje się w dzień. I nie pada. Widzimy Konga naparzającego z pięści te jaszczuro-węże, widzimy jak wielka kałamarnica próbuje go utopić, nic nie jest ukryte w mroku albo strugach deszczu. To był chyba mój największy problem z Pacific Rim – tam wszystko działo się w nocy w czasie ulewy. No i jest tego naprawdę dużo, widać, że twórcy chcieli i mogli zrobić film z potworami. Kong, nie licząc prologu, pojawia się zaraz po przybyciu ekspedycji ludzi na wyspę. Nie jest chowany przed widzami przez kilkadziesiąt minut, jak miało to miejsce w wersji Jacksona albo jak Godzilla w… Godzilli.
Ten element filmu, stanowiący jego filar, został zrobiony na piątkę z plusem. Myślę, że warto wybrać się do kina tylko po to, by zobaczyć ten spektakl przerysowanej brutalności. A właśnie – zapomniałbym – wszystkie starcia, włącznie ze strzelaniem do Konga i innych stworów z karabinów – to wygląda jak jakaś kreskówka. W tym sensie, że na przykład Kong bierze takie wielkie drzewo i rozbija je na drzazgi, uderzając nim o głowę potwora. A ten nic i dalej walczą. Albo żołnierze strzelają serią i widać, że ranią stwora, ale on nic sobie z tego nie robi i dalej szarżuje. To trochę wygląda tak, jakby czyjś syn bawił się figurkami dinozaurów i żołnierzykami, ktoś to zobaczył i stwierdził, że zrobi z tego wysokobudżetowy film.
Osobiście kupuję to w stu procentach, przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Taka przerysowana, niemalże karykaturalna estetyka jest cudowna, idealnie pasuje do tego filmu i w ogóle całego gatunku.

Napisałem, że postacie ludzkie są marginalizowane i to jest prawda. Stanowią one przede wszystkim połączenie dla widza – ludzie przybywają na wyspę ze świata nam znanego do zupełnie nowego ekosystemu, razem z nimi zachwycamy się i trwożymy podczas poznawania go. Każdy z bohaterów ma jakąś rolę do odegrania, nawet jeśli polegać ma ona na byciu pożartym przez jakiegoś potwora.
Wybija się Samuel L. Jackson. Po seansie napisałem na fanpejczu, że Kong wjechał jego bohaterowi na i tak już podminowaną ambicję. No i jebło.
Aktor gra tutaj bowiem dowódcę z Wietnamu, któremu przed powrotem do domu zostaje przydzielona misja eskortowania badaczy na wyspę. Powierzone mu zadanie traktuje bardzo poważnie i z pewnych – dość oczywistych – powodów ukatrupienie Konga staje się dla niego osobistym celem, który ma mu wynagrodzić porażkę USA w Wietnamie. Przez cały czas narasta w tej postaci obłęd. Nie potrafi odpuścić, dać za wygraną, a to staczanie się w objęcia manii i szaleństwa trąci trochę Jądrem ciemności albo, idąc tropem czasu i miejsca akcji, Czasem Apokalipsy.

Powyższe dwa, dosyć rozbudowane, fragmenty wiążą się z rzeczą, o jakiej chciałem wspomnieć. Nie ma tutaj żadnego holenderskiego żeglarza, który przekazuje komuś mapę wyspy. Nie – ludzie namierzają ją dzięki rozwojowi technologii, satelita robi zdjęcie i w ten sposób poznają jej położenie. Lecą na wyspę i zrzucają materiały wybuchowe, by badać podłoże skalne pod nią, krótki fragment z żołnierzami przywodzi z kolei na myśl jakiś Top Gun – jesteśmy silni, jesteśmy potężni – zdają się krzyczeć sceny na lotniskowcu, zmontowane do chwytliwej piosenki. Piosenka gra również podczas „badania” wyspy, wyszczerzone zęby pilota bojowego śmigłowca nasuwają na myśl jeden cytat – „Uwielbiam zapach napalmu o poranku”.
W tym kontekście, całej tej technologii, którą się tak pysznimy i z której jesteśmy dumni, słabość ludzi w starciu z którymkolwiek ze stworów daje do myślenia, czyż nie?

Na zakończenie jeszcze łyżka dziegciu w tej beczce miodu. Trzy ceny, które mi się nie podobały, które wybijały nieco z rytmu:

  • Śmierć naukowca:
    • W pewnym momencie bohaterowie zostają zaatakowani przez latające stwory i jedna z postaci zostaje przez nie porwana w powietrze i rozerwana na strzępy.
  • Szarża Toma Hiddlestona w slow motion:
    • Strasznie kiczowaty moment, gdy bohater brytyjskiego aktora biegnie z maską przeciwgazową i kataną, przedzierając się przez stado tych samych latających potworów, by uratować żołnierza.
  • Bohaterska śmierć, by opóźnić atak potwora:
    • Podczas ucieczki przed jaszczuro-wężem jeden z żołnierzy zostaje z tyłu, wyciąga granat i chce się poświęcić, by pozostali zyskali na czasie. Nic z tego jednak nie wychodzi, gdyż potwór jednym uderzeniem wyrzuca go daleko na jakieś skały i dopiero tam granat wybucha.

***

A teraz tak na sto procent poważnie – fabuła tego filmu jest pretekstowa, postacie może niezbyt skomplikowane, ale dzięki utalentowanym aktorom wyraziste i dające się lubić, natomiast to, co jest najważniejsze w tego typu filmach – widowiskowe starcia gigantycznych potworów – są złotem. Czego więcej nam potrzeba? :D

***

*Linki do moich tekstów dotyczących tych filmów:
Pacific Rim
Jurassic World
Godzilla

**Wszystkie zostały pokazane w zwiastunach. Liczyłem na to, że zostawili chociaż jednego na deser.

Jaskier

 

Read Full Post »

Older Posts »