Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Styczeń 2017

Najnowsza animacja studia Illumination (Minionki, Sekretne życie zwierzaków domowych) opowiada historię tonącego w długach misia koali Bustera Moona, który chcąc ratować swój teatr przed totalnym bankructwem i zlicytowaniem, organizuje w nim konkurs piosenki. Nagroda ma przyciągnąć talenty, a one mają zapełnić widownię i uratować głównego bohatera przed stratą sensu życia, jakim jest prowadzenie tego miejsca.
No i zwierzęta śpiewają.

Fabula splata losy uczestników konkursu. W przeciwieństwie do głównego bohatera (zaraz do niego przejdę), te zwierzaki naprawdę da się lubić. Scenariusz bierze zgrane motywy, wątki i pomysły, wyciąga z nich najistotniejsze elementy historii każdej z drugoplanowych postaci i spaja w jedną całość. Ile to razy widzieliśmy filmy o tym, że ktoś jest lekceważony, że czyjś talent jest niedoceniany przez środowisko, najbliższych? W zasadzie wystarczy jedna taka postać i można klepać film, który poleci później w niedzielę rano w stacji na „P”. Tutaj, dzięki temu, że bohaterów jest cała gromadka, udaje się uniknąć dłużyzn i monotonii, ponieważ najpierw trzeba ich wszystkich z osobna przedstawić, potem trzeba ich zebrać w jednym miejscu, muszą się nauczyć ze sobą współpracować i na koniec widzimy, jak to się wszystkim opłaciło.
To naprawdę przyjemna część filmu, każdą z tych postaci da się lubić – Rosita jest świnką domowa, PILF, która całe dnie haruje w pocie czoła, dbając o dwadzieścioro pięcioro dzieci i męża, Ash ma talent, ale jej egoistyczny chłopak nie pozwala się jej rozwijać, Johny chciałby śpiewać, ale ojciec planuje go wkręcić do swojego gangu, Mike jest pogardzanym przez wszystkich dupkiem i snobem, ale głos ma naprawdę nieziemski, a Meena ma poważne problemy z pewnością siebie i nie potrafi wydać dźwięku, gdy stoi na scenie, mimo iż głos ma anielski.
Ta zgraja tworzy iście wybuchową mieszankę i każdemu kibicujemy, i kiedy już wszyscy zostają nagrodzeni w sposób, o jakim marzyli, cieszymy się ich szczęściem.

Problem mam tylko z Busterem Moonem. To jest ten miś koala, który zarządza teatrem i… on jest po prostu nieznośny. Może tego tak nie widać w trakcie seansu, ale jak się nad tym zastanowić, to nie robi nic, tylko cały czas cwaniakuje, kręci, oszukuje i na koniec zostaje gwiazdą wieczoru, niejako pasożytując na talencie śpiewających zwierzaków. Przez lata narobił sobie długów, doił kasę od swojego przyjaciela, doprowadził teatr do ruiny – to są jego osiągnięcia. I kiedy uświadomisz sobie, że jego ojciec przez całe życie ciężko harował, myjąc samochody, żeby odłożyć pieniądze i kupić mu ten teatr, w którym Buster zakochał się jako dziecko, to jest ci przykro. Mi było. To jest taki mały krętacz, któremu w życiu nic nie wyszło i ostatnią deską ratunku jest dla niego okłamanie uczestników konkursu. Nie płaci rachunków za prąd, wbija do restauracji i nic nie zamawia, nie wypłaca pensji technicznym – nie potrafię z nim sympatyzować. Mam takie wrażenie, że nie zasłużył na nagrodę, jaką otrzymał na koniec.
No, skoro już ponarzekałem na głównego bohatera, to przejdźmy dalej.

Komizm sytuacyjny i postaci w tym filmie jest bezbłędny. To, jak rozwiązano kwestię różnego rozmiaru poszczególnych gatunków zwierząt, za każdym razem jest trafione. Uwielbiam też postacie poboczne – sekretarkę Bustera, dwustuletnią iguanę ze szklanym okiem, jego kumpla owcę z bogatego domu, który całe dnie leży w domku przy basenie i gra na konsoli, a psycholog radzi mu raz w tygodniu wynosić śmieci i odwiedzać babcię. Nawet karykaturalna niedźwiedzio-rosyjska mafia jest zabawna.
Byliśmy na dość późnym seansie i na widowni siedziało naprawdę dużo dorosłych osób, które śmiały się jeszcze głośniej ode mnie. Nawiasem mówiąc, wcześniejszy seans był typowo dziecięcy, bo zwlekali z otwarciem sali, a i tak nie udało im się wszystkiego posprzątać. Straszny syf został na podłodze.

Kwestię dubbingu polski dystrybutor rozwiązał bardzo ciekawie i moim zdaniem słusznie – w dialogach słyszymy Ewę Farnę, Małgorzatę Sochę, obowiązkowego Jarosława Boberka i innych, jednak piosenki zostały w oryginalnej wersji językowej. Niektóre seanse w ogóle są z oryginalną obsadą i napisami zamiast dubbingu. Miło, że widzowie w Polsce dostali możliwość wyboru.

***

Film podobał mi się dużo bardziej niż poprzednie dwa tego studia, które widziałem – Minionki były słabe, a Sekretne życie zwierzaków domowych to była jakaś pomyłka. Sing ogląda się przyjemnie, mimo iż wciąż z tyłu głowy pląta się Zwierzogród, który dla animacji o humanoidalnych zwierzętach poprzeczkę zawiesił naprawdę wysoko. Produkcja studia Illumination zdaje egzamin z dostarczania frajdy i radochy, chociaż lekcja, jaką niesie, jest w połowie co najmniej kontrowersyjna.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

Hachette w ubiegłym tygodniu wystartował z kolejną kolekcją komiksów. Tym razem nazywa się po prostu Superbohaterowie Marvela i zawierać będzie zbiór historii dotyczących konkretnej postaci lub drużyny. Jeden heros/zespół – jeden tom. Pierwszy numer to – a jakżeby inaczej – Spider-Man.
Nim przystąpię do jakiegoś, powiedzmy, szerszego omówienia zawartości oraz jakości wydania tego albumu, kilka słów o samej kolekcji.



Jest to trzecia już tego typu kolekcja wydawana w Polsce, po prekursorskiej Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, która szturmem zdobyła kioski i salony prasowe miesiąc po starcie mojego bloga (czyli w grudniu 2012 roku, liczy obecnie ponad sto tomów, najprawdopodobniej dociągnie do stu pięćdziesięciu) i Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics, która pojawiła się na rynku kilka miesięcy temu.
U schyłku 2012 roku możliwość regularnego kupowania komiksów w pobliskim kiosku w  drodze do pracy lub ze szkoły była czymś niezwykłym. Jakby ktoś nie pamiętał, to to był mniej więcej ten czas, gdy lubienie spajdermenów i batmanów stawało się glamour, wszyscy wciąż byliśmy pod ogromnym wrażeniem filmowych Avengers, sieciówki zaczęły ścigać się w ofercie koszulek z nadrukami, które jeszcze kilka lat wcześniej przystawały jedynie dzieciom… albo grubym nerdom. Nawiasem mówiąc – męskie są zaskakująco dobrej jakości, wciąż noszę te, które kupiłem sobie w trzeciej klasie gimnazjum.

Sukces WKKM, w który początkowo mało kto wierzył (poczytajcie dyskusje na forach z okresu rzutu próbnego) Hachette zawdzięczało dobremu wyczuciu rynku albo łutowi szczęścia. Ziarno padło na ziemię żyzną i wydało plon. Nakręcani kolejnymi filmami MCU, rzuciliśmy się do kiosków. To znaczy, ja nie – mam może z dziesięć tomów, na wakacjach opchnąłem trzy, nie zależało mi na skompletowaniu całości, ładnym obrazku na regale, nic z tych rzeczy. Wnioskując jednak z komentarzy przeczytanych na fanpejczu kolekcji, ludzie kupują tomy regularnie i kwestia posiadania całości panoramy nie jest błaha.

Jest jednak pewien problem z tymi kolekcjami. I zejdźmy może z WKKM, żeby nie było, że faworyzuję jednego wydawcę (Hachette) i wydawnictwo (Marvel). WKKDCC (wydawana przez Eaglemoss) oferuje naprawdę świetne historie. Mam z niej co prawda tylko Batman: Hush, ale niedawno wypożyczyłem i przeczytałem starsze polskie wydania dwóch innych tytułów – Green Arrow: Kołczan i Batman: Długie Halloween i zrobiły na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Pod względem objętości jest to sześć tomów kolekcji, więc połowa z dotychczas wydanych, toteż można powiedzieć, że start seria ma bardzo dobry.

Problemem nie jest więc dobór historii. I jednocześnie jest.
O ile jest to świetna sprawa, że za relatywnie małe pieniądze można sobie takie Długie Halloween lub Old Man Logan sprawić, przeczytać, z dumą postawić na półce, to jednak dla przerażającej liczby komiksów model wydawniczy, który sprawdza się w przypadku statków do składania lub figurek, nie ma za wiele sensu. Najbardziej niesamowita, zarówno w przypadku Marvela, jak i DC Comics, jest długowieczność postaci. Niektóre z nich istnieją dekady i ich przygody wydawane są nieustannie. Wiąże się z tym pewna płynność, zmiany, a także zagłębianie się, obrastanie, wręcz grzęźnięcie w kontekście wydarzeń z innych serii. Nie ma siły, żeby jakakolwiek kolekcja mogła zagwarantować takie wsiąknięcie w uniwersum, jeśli czytamy jeden tom o Spider-Manie Straczynskiego, potem jest dziesięć numerów z innymi bohaterami, a następny ze Spidey’m to Ultimate Bendisa. To po prostu niemożliwe.

Wiadomo, gdzieś trzeba zacząć czytać komiksy, jeśli się nam to zamarzy, aczkolwiek dowolny, tom dowolnej kolekcji jest równie dobry, jak każdy zeszyt lub album.
Może jednak o czytaniu komiksów i w ogóle miejscach ich zdobywania innym razem, hm? Dajcie znać w komentarzach, czy Was coś takiego interesuje.

***

Jakość wydania tomu stoi na naprawdę wysokim poziomie, okładka jest gruba, papier kredowy, kartki klejone, a tusz nie cuchnie, tylko cudownie pachnie drukarnią. Niestety, miałem jakiegoś megapecha i po wyplątaniu tomu z folii okazało się, że okładka jest poważnie uszkodzona.

Dolny róg grzbietu jest naderwany, w kilku miejscach okładka jest lekko wgnieciona. Lipa, będę musiał zadzwonić do BOK-u.

ZAWARTOŚĆ SBM #1:

Amazing Fantasy #15

Pierwszą historią w tomie jest legendarny już piętnasty numer periodyku Amazing Fantasy z 1962 roku. Zawiera on rzecz jasna debiutancki występ Spider-Mana. Niby wszystko spoko – dobrze było zapoznać się z tą historią, na własne oczy zobaczyć, jak dziwacznie i nieporadnie wystartował ten bohater w czasach, w których zamaskowani stróże prawa wyrastali jak grzyby po deszczu i tylko nieliczni z nich przetrwali próbę czasu. Spider-Man był bohaterem innym niż większość obecnych wówczas na rynku i tym właśnie przyciągnął czytelników, którzy mogli utożsamiać się z nieporadnym i nieśmiałym Peterem, który zakładając czerwoną maskę, stawał się potężnym superbohaterem.
I też – wiecie – ciekawie jest zobaczyć, jak ta pierwotna geneza z biegiem lat została rozbudowana o dodatkowe sceny, ale jednocześnie w swojej esencji pozostała niezmieniona. Peter był nieśmiały, pomiatany przez rówieśników, został ugryziony przez radioaktywnego pająka i wskutek tego zyskał supermoce (ach, to science-fiction z lat ’60). Zachłysnął się swoją potęgą i odebrał trudną lekcję, która wyrobiła mu kręgosłup moralny do końca życia.
Poważną wadą tego fragmentu tomu jest zmieniona warstwa graficzna. Wszystko pociągnięte jest komputerowym pędzlem, który naprawdę wiele odbiera doświadczeniu obcowania z tak starym komiksem, ponieważ klasyczna kreska Steve’a Ditko gdzieś tam ginie i rozpływa się pod syntetycznymi barwami. Szkoda.

Sinister Six

Historia nieco świeższa i mocniej osadzona w uniwersum Marvela, z czasów, kiedy Pajęczak dorobił się już pokaźnej galerii łotrów. Z wszystkich trzech komiksów zawartych w tomie przypadła mi do gustu najbardziej – jest taki niepowtarzalny urok w kiczowatych dialogach, nawet wszechobecne przemyślenia z minionej epoki pisania scenariuszy mi wyjątkowo nie przeszkadzają. Ciocia May, która wiecznie przejmuje się stanem zdrowia i samopoczuciem Petera, nie toleruje slangowego słownictwa i nie rozumie, że została porwana przez złoczyńcę, jest z dzisiejszej perspektywy postacią archaiczną, groteskową i wręcz obraźliwie stereotypową, ale należy brać poprawkę na to, że kilkadziesiąt lat temu nikomu do głowy nie przyszło, by pisać ją inaczej.
Uwielbiam tych głupkowatych łotrów, którzy mimo iż dostali łomot od Spider-Mana, to nie potrafią się na poważnie zorganizować i pycha jeszcze jeden raz doprowadza ich do porażki. Cudowne jest to, że siedzą w jakimś brudnym mieszkaniu, czekają na spóźnialskich i ciągną losy, rozstrzygając, w jakiej kolejności będą pojedynkować się ze Spider-Manem. Octopus zakładający akwalung i wskakujący do wielkiego akwarium ze słowami – Zapoluję na ciebie jak prawdziwa ośmiornica, to istna wisienka na torcie. Jeśli współpraca Marvel i Sony doprowadzi do powstania Sinister Six, to elementy z tego komiksu powinny się znaleźć w scenariuszu tego filmu.
Podczas czytania radochę sprawia również bezpretensjonalne reklamowanie innych tytułów – co kilka stron pojawia się jakiś bohater, na kadr lub dwa, przechodzi, nie robi NIC związanego z fabułą, znika, a wydawca łaskawie nas informuje, gdzie możemy przeczytać o jego przygodach.
Przykład z Thorem macie poniżej.
W zasadzie najsłabiej w tym komiksie wypada problem Spider-Mana. Traci on swoje moce i już sobie człowiek zaczyna myśleć, że to tak na poważnie, że będzie musiał kombinować, żeby posłać tych sześciu klaunów za kratki, ale po kilku stronach okazuje się, że no – jednak nie. Kiedy tylko przychodzi mu zmierzyć się z pierwszym z łotrów, ot tak je odzyskuje. Po prostu.
Słabe, w to miejsce wolałbym więcej przekomarzania się członków Sinister Six.

Wszystkiego najlepszego

Finał tomu to kilka zeszytów z serii Straczynskiego i Romity Jr.
Spider-Man ma urodziny, ale musi walczyć z jakimiś ludźmi-odbytami z innego wymiaru, cośtam, przenosi się w czasie i podróżuje przez niego od momentu ugryzienia przez pająka do teraźniejszości. I ratuje świat przed Dormammu. Ponownie doświadcza wydarzeń ze swojego życia, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie to porwało jakoś specjalnie.
Potem jest zeszyt skupiający się głównie na cioci May, która stała się w międzyczasie postacią z krwi i kości, a nie tylko nieświadomą niczego staruszką, którą trzeba co chwila ratować. Peter walczy z jakimś nowym przeciwnikiem, który wygląda, zachowuje się i ma takie moce, jakby powstał w wyniku działania funkcji zwracającej klasę Zloczynca o parametrach wylosowanych z pewnej zadanej puli.
Następny jest zeszyt o krawcu, który świadczy usługi zamaskowanym bohaterom oraz ich antagonistom. Gdyby wszystkie pięć zeszytów było o tym facecie, to byłby to o wiele lepszy komiks. Tak to tylko pretekst do moralizatorskiej gadki o tym, że jeżeli możesz coś zrobić, ale tego nie robisz, to jesteś współwinny cudzej krzywdy, bo tak powiedział dziadek krawca, który doświadczył piekła niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Rysunki to John Romita Jr. Co tu więcej mówić. Można lubić, można nie lubić. Osobiście żadnych poważnych zastrzeżeń do jego stylu nie mam.

***

Są jeszcze materiały dodatkowe w postaci jakichś galerii rodem z Magazynu Spider-Man z chińską zabawką, kulisy powstania postaci, jak to Stan Lee sam temi ręcoma stworzył, zaprojektował i tchnął życie w bohatera oraz liczące kilka stron streszczenie historii postaci, z podkreśleniem najważniejszych wydarzeń.

Po negatywnym odzewie, jaki pojawił się w Internecie odnośnie jakości tłumaczenia oraz ilości błędów, spodziewałem się prawdziwych okropności. No i faktycznie nie jest idealnie, powiedziałbym nawet, że nie jest dobrze, ale tragedii nie ma. Najwięcej zastrzeżeń mam do wstępu od wydawcy, potem faktycznie zdarza się zdecydowanie zbyt dużo literówek, a samo tłumaczenie miejscami jest dość pokraczne, aczkolwiek nie krwawią od tego oczy. A jak wiecie – albo i nie – ja jestem dosyć mocno uczulony na wszelkiej maści błędy.

***

Cóż, ja pasuję, kupiłem pierwszy numer i w gruncie rzeczy się rozczarowałem. Oryginalną genezę dostałem przekolorowaną, nowożytna historia nie była zbyt angażująca, w zasadzie tylko Sinister Six dostarczyło mi tego, czego oczekiwałem.

W Polsce jest obecnie zatrzęsienie komiksów i trzeba czasem i (przede wszystkim) pieniędzmi na nie dysponować z głową. Moim zdaniem Hachette zrobiło dobrą robotę z WKKM, ale kolejna kolekcja nie jest potrzebna. Tym bardziej, że za osiem dyszek miesięcznie można mieć Marvel Unlimited i jeszcze zostanie na wybrany album Marvel NOW! od Egmontu.

Jaskier

Read Full Post »

Jakiś czas temu obejrzałem w końcu tę komedię. Muszę przyznać, że jest naprawdę zabawna… w pewnym sensie. Momentami bowiem trafia w punkt i te sceny są przekomiczne, jednak jest tu też masa żartów, które są najzwyczajniej w świecie niesmaczne… i burzą nieco głębszy przekaz tego filmu.
Przekaz, którego raczej nikt się nie spodziewał.

Zacznijmy od początku – o czym to jest? z czym to się je*?
Otóż, bohaterami są produkty zamieszkujące półki supermarketu – słoiki z dżemem, musztardy, keczupy, napoje gazowane, chipsy, warzywa i owoce. Sensem ich życia jest oczekiwanie na bycie wybranym przez tajemniczych bogów, którzy zabierają ich w Wielkie Nieznane, do mistycznej krainy, w której będą mogli wreszcie opuścić opakowania i spędzić szczęśliwie resztę życia.
Swoją wiarę traktują naprawdę poważnie, każdy dzień zaczynają pieśnią o tym, jak dobrze byłoby być już wybranym, znaleźć się w tym Wielkim Nieznanym, opuścić sklep u boku jakiegoś boga, ustrzec się od niezachowania świeżości.

Więc, no cóż, cały żart w teorii polega na tym, że te wszystkie parówki, bułki i precle nie wiedzą o tym, co czeka je po opuszczeniu sklepu. I cała intryga, fabuła skupione są wokół odkrywania owej tajemnicy. Wszyscy mieszkańcy sklepu są święcie przekonani, że czeka ich coś wspaniałego, jednak od czasu do czasu pojawia się ktoś, kto twierdzi coś innego. Produkty niepsujące się i zwracani na półkę zdają się wątpić w słowa pochwalnej pieśni, najwyraźniej coś wiedzą.

Obok tego film robi cudowną, niepoprawną politycznie robotę, piętnując stereotypy, których personifikację stanowią bajgel – taka żydowska bułka z dziurką – i arabski chlebek. To znaczy mówią na niego „Lawasz”, a według Wikipedii jest to produkt regionalny z Armenii, został nawet wpisany na listę UNSESCO (sic!) jako element tamtejszej kultury, ale ewidentnie są to postacie, których relacja (poza samym zakończeniem) oddaje stosunki Izraela z sąsiadującymi z nim państwami arabskimi. Bez przerwy się kłócą, wyzywają, a kiedy okazuje się, że jednak mają ze sobą coś wspólnego, to zamiast powiedzieć „Hej, skoro przyjaźnisz się z hummusem i ja także przyjaźnię się z hummusem, to może zostańmy przyjaciółmi?”, Lawasz rzuca tylko „Spierdalaj” i kończy rozmowę, zdając sobie sprawę z bezsensu wrogości, nie potrafiąc się jej jednocześnie wyrzec. To było naprawdę trafione w punkt, uśmiech na twarzy wywołuje również widok sąsiadujących ze sobą regałów produktów kuchni żydowskiej i arabskiej, z których – niczym z trybun na stadionie – przedstawiciele jednej i drugiej strony wzajemnie sobie urągają i złorzeczą.
A potem robi Ci się głupio, ponieważ przypominasz sobie, że w rzeczywistym świecie nie kończy się na wyzwiskach.

Prócz tego bezczelnego parodiowania konfliktu z kraju położonego w Palestynie, stereotypowo przedstawieni są również:

  • Indianie, których reprezentuje tutaj wiecznie jarający zioło Woda Ognista;
  • Meksykanie, z całym menu składającym się m.in. z tacos, guacamole oraz tequili, siedzący bez przerwy w barze żywcem wyciągniętym z jakiegoś starego westernu;
  • Niemcy, którym przewodzi musztarda chrzanowa z charakterystycznym wąsikiem;
  • Chińczycy, którzy przedstawieni są jako sos sojowy z długaśnymi wąsami, oczami skośnymi jak w kreskówkach z lat ’40 i nakrętką w kształcie charakterystycznej czapki;

Jest jeszcze cała masa innych, którzy pojawiają się w filmie tylko na kilka sekund, nie będę wymieniał wszystkich. Dość powiedzieć, że… no jest to mało subtelny, często obraźliwy sposób przedstawienia danej kultury lub państwa.
I to jest w tym filmie cudowne. Twórcy kompletnie nie bali się pokazać tego w taki właśnie sposób.

Cała kontrowersyjna strona filmu skupiona jest wokół jego przewodniego przekazu, finału i podsumowania. Myślę, że dla każdego jest oczywiste, co naprawdę dzieje się z produktami spożywczymi, kiedy już opuszczą sklepowe półki i trafią do kuchni, dlatego też nie potraktuję tego jako jakiegoś okropecznego spoilera. No bo okazuje się – co za szok – iż bogowie są źli. Torturują i pożerają, zamiast dbać i pielęgnować.

Sausage Party podchodzi krytycznie do tematu religii, traktując ją niczym opium dla mas, wymyślone by kontrolować naiwnych. Dowiadujemy się, kto i dlaczego stworzył pieśń pochwalną, od której rozpoczyna się każdy dzień, utwierdzającej mieszkańców sklepu w słuszności ich wiary, dochodzi również do ujawnienia okropnej prawdy o życiu w fałszu.
Byłoby to… no w porządku, taki głos w dyskusji na temat kontrolowania mas, tym bardziej, że pojawia się – mało subtelna – krytyka ustrojów totalitarnych, przejawiająca się modyfikowaniem słów pieśni przez poszczególne działy. Regał niemiecki śpiewa na przykład o eksterminacji soków – sprytne (?). Jest z tym jednak jeden, moim zdaniem poważny, problem.

O ile uważam, że relacja parówek i bułeczek, seksualne napięcie pomiędzy nimi, chęć parówek, żeby wsunąć się w bułkę, pragnienie znalezienia parówki, która warta będzie tego, by się dla niej rozsunąć – to gra. Rozumiem i kupuję to, jest to dosyć oczywista alegoria. Zupełnie nie rozumiem natomiast tego, dlaczego po ujawnieniu, że bogowie są źli i po opuszczeniu sklepu nie czeka na nikogo raj i siedemdziesiąt dwie oliwy z pierwszego tłoczenia, wszystkie produkty rozpoczynają orgię. Pękają wszelkie bariery – każdy z każdym i na każdy możliwy sposób. To jest tak, jakby wszyscy myśleli tylko o seksie, ale bali się, że obrażą bogów i sprowadzą na siebie ich gniew, jeśli zrealizują swoje marzenia przed dotarciem do Wielkiego Nieznanego. Marzenia w sensie fantazje seksualne. Powtórzę – dla parówek i bułeczek to gra, ale czy inni nie powinni mieć swoich własnych marzeń i ambicji? Nie wiem no – banany mogłyby na przykład chcieć się obrać ze skórki, ktoś tam marzyłby o karierze sportowej albo artystycznej. Ale nie – nie ma żadnych ograniczeń, więc trzeba się pieprzyć, szarpać jak Reksio szynkę albo jak dzika kuna w agreście.

***

No, to by było na tyle. Film robi robotę i jest naprawdę zabawny, być może komuś da też nieco do myślenia, ale lepiej by było, gdyby skończył się nieco wcześniej, finał jest obrzydliwy i przedobrzony. Jest tu jednak masa świetnych pomysłów i dla nich warto przecierpieć te miej apetyczne momenty.

Aha – jest jeszcze wątek z takim typowym szwarccharakterem, który chce się zemścić na głównych bohaterach, ale prawda jest taka, że równie dobrze mogłoby go nie być. Trochę nie pasuje do reszty filmu, sama opowieść drogi o podróży przez supermarket na własne stoisko i część satyryczno-komediowa w zupełności by wystarczyły.

***

Tu macie piosenkę z otwarcia:

*hehe

Jaskier

Read Full Post »