Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Michael Cera’

Z seansem filmu LEGO Batman wstrzymywałem się trzy tygodnie, żeby mieć możliwość obejrzenia go z oryginalnym dubbingiem, licząc na to, że taka wersja wciąż będzie emitowana w kinach na przełomie lutego i marca. Poszczęściło mi się – w Krakowie była*. Co prawda w jednym kinie, jeden seans dziennie, ale udało się obejrzeć, o czym meldowałem na fanpejczu.
Dystrybutor produkcji mocno u mnie zaplusował tym, że w ogóle udostępnił widzom taką wersję, w kwestiach animacji niestety przeważnie jesteśmy pozbawieni wyboru. Fajnie też, że Cinema City trzymało taką raczej niszową wersję przez cztery tygodnie. Mam nadzieję, że frekwencja dopisała i ludzie odpowiedzialni za decyzje będą od teraz wciskać choć jeden seans animacji z napisami w dzienny grafik kin.

Wiedząc, że The LEGO Movie wypaliło, spodziewałem się, że i solowy film Batmana nie okaże się porażką. Z tony materiałów promujących widziałem tylko kilka zwiastunów i jakimś cudem prezentowane w nich żarty nie były suche ani drętwe, więc to też pozwalało mieć wysokie nadzieje i oczekiwania wobec produkcji. Końcowy efekt przerósł jednak moje przewidywania – LEGO Batman to nie tylko najlepszy film o Mrocznym Rycerzu od czasów – nomen omen – Mrocznego Rycerza, nie tylko jest lepszy od LEGO PRZYGODY – to po prostu i aż animacja tak dobrze przemyślana, zaplanowana i zrobiona, że ciężko dopatrzeć się w niej jakichkolwiek minusów.

Film jest w głównej mierze o tym, jak niesamowity, spektakularny i niezwyciężony jest Batman. Kopie tyłki całym zastępom wrogów, mieszkańcy Gotham City uwielbiają go, ma doskonale wyćwiczone ciało i przewidujący wszystko, analityczny umysł. Ma tylko jedną wadę – boi się współpracować: nie gra w drużynie, działa sam, lęka się nawiązania więzi, wypiera uczucia. Na tym właśnie – na lekcji, którą musi odbyć główny bohater – oparta jest fabuła. Musi nauczyć się, że bliscy stanowić będą dla niego wsparcie, że nie musi cały czas mieć na sobie maski ponurego twardziela, który ze wszystkim radzi sobie sam, że strach przed ponowną stratą rodziny nie może nim rządzić.
Tak, to brzmi banalnie i w gruncie rzeczy takie jest, ale tutaj wykonano to naprawdę perfekcyjnie. I w dodatku tak dobrze pasuje to do postaci/konceptu Batmana. Paradoksalnie, w animowanych, plastikowych minifigurkach ujęto o wiele więcej emocji i prawdziwie ludzkich uczuć, niż w jakimkolwiek aktorskim filmie z tego uniwersum nakręconym w tym tysiącleciu.

Wielka w tym zasługa ludzi, którzy tchnęli życie w postacie – najmocniej wybija się tutaj Will Arnett (tak, tak – ten sam Will Arnett, który nieudolnie podbijał do Megan Fox w TMNT), powtarzający rolę Człowieka Nietoperza po LEGO PRZYGODA. Jest fenomenalny jako Batman i jako Bruce Wayne, mam nadzieję, że również do nie-LEGO-wych animacji zostanie zaangażowany.
Pozostałym również ciężko cokolwiek zarzucić, każda z postaci jest charakterystyczna, każda ma swoje momenty. Po prostu ciężko mi nie wyróżnić pracy Arnetta.

Żartów jest cała masa i są naprawdę przednie – od takich wynikających z natury klocków LEGO, przez nawiązania do innych produkcji z Batmanem (tak mocne kopanie tyłków, że aż pojawiają się onomatopeje niczym w serialu z Adamem Westem rządzi), wyśmiewanie głupkowatych konceptów z komiksów, dowcipy językowe dla dorosłych („Dzieci są okrutne.”), nawiązania, smaczki i mrugnięcia okiem do osób lepiej zaznajomionych z marką – shark repellent, Billy Dee Williams jako Two-Face – to wszystko jest tak niesamowite, że banan nie schodzi z twarzy przez większość czasu trwania filmu.
Wyjątkami są momenty, gdy uderza się w smutne tony, ale to pozwala nabrać oddechu do dalszego śmiania się i po prostu pasuje, nie jest w żaden sposób wymuszone. Przejścia między nastrojami są płynne i naturalnie wynikające z fabuły.

Film wygląda FE-NO-ME-NAL-NIE!
Może to tylko ja i moje klockowe zboczenie, ale uwielbiam to, z jakim pietyzmem przeniesiono na ekran poszczególne części. Naprawdę wygląda to, jak animacja poklatkowa, „czuć” pojedyncze elementy. Dla kogoś zafiksowanego na punkcie klocków LEGO oglądanie tego filmu to uczta dla oka i duszy.

Na koniec jeszcze kwestia tego, czy LEGO Batman nie jest czasem chamską próbą reklamowania zabawek.
No i nie, nie jest. Dzięki temu, że przy tworzeniu filmu współpracowano z TLG, powstała cała masa zestawów. Możecie je obejrzeć TUTAJ. Pierdyliard pojazdów, inne serie na licencji filmów mogą pozazdrościć takiej liczby setów. Jak jednak można się przekonać, oglądając film, większość z nich pojawia się w nim jedynie na krótką chwilę, ciężar fabuły spoczywa na czymś zupełnie innym.
Co do samych zestawów – są rewelacyjne. Co prawda, większość niestety zupełnie nie trzyma skali, co wynika wprost ze stylistyki filmu, ale projekty są naprawdę świetne. Moim faworytem jest monster truck Killer Croca, niech się tylko trafi jakaś promocja, to wpadnie w moje ręce. Recenzję zestawu możecie przeczytać na blogu 8studs – KLIK.

***

Jednym słowem – polecam. Kto nie był, ten wynocha do kina, póki jeszcze grają. Tak dobrego filmu o Batmanie długo jeszcze nie zobaczymy.

***

*CC w Galerii Kazimierz. Według repertuaru wciąż regularnie grają o 16:30.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

Jakiś czas temu obejrzałem w końcu tę komedię. Muszę przyznać, że jest naprawdę zabawna… w pewnym sensie. Momentami bowiem trafia w punkt i te sceny są przekomiczne, jednak jest tu też masa żartów, które są najzwyczajniej w świecie niesmaczne… i burzą nieco głębszy przekaz tego filmu.
Przekaz, którego raczej nikt się nie spodziewał.

Zacznijmy od początku – o czym to jest? z czym to się je*?
Otóż, bohaterami są produkty zamieszkujące półki supermarketu – słoiki z dżemem, musztardy, keczupy, napoje gazowane, chipsy, warzywa i owoce. Sensem ich życia jest oczekiwanie na bycie wybranym przez tajemniczych bogów, którzy zabierają ich w Wielkie Nieznane, do mistycznej krainy, w której będą mogli wreszcie opuścić opakowania i spędzić szczęśliwie resztę życia.
Swoją wiarę traktują naprawdę poważnie, każdy dzień zaczynają pieśnią o tym, jak dobrze byłoby być już wybranym, znaleźć się w tym Wielkim Nieznanym, opuścić sklep u boku jakiegoś boga, ustrzec się od niezachowania świeżości.

Więc, no cóż, cały żart w teorii polega na tym, że te wszystkie parówki, bułki i precle nie wiedzą o tym, co czeka je po opuszczeniu sklepu. I cała intryga, fabuła skupione są wokół odkrywania owej tajemnicy. Wszyscy mieszkańcy sklepu są święcie przekonani, że czeka ich coś wspaniałego, jednak od czasu do czasu pojawia się ktoś, kto twierdzi coś innego. Produkty niepsujące się i zwracani na półkę zdają się wątpić w słowa pochwalnej pieśni, najwyraźniej coś wiedzą.

Obok tego film robi cudowną, niepoprawną politycznie robotę, piętnując stereotypy, których personifikację stanowią bajgel – taka żydowska bułka z dziurką – i arabski chlebek. To znaczy mówią na niego „Lawasz”, a według Wikipedii jest to produkt regionalny z Armenii, został nawet wpisany na listę UNSESCO (sic!) jako element tamtejszej kultury, ale ewidentnie są to postacie, których relacja (poza samym zakończeniem) oddaje stosunki Izraela z sąsiadującymi z nim państwami arabskimi. Bez przerwy się kłócą, wyzywają, a kiedy okazuje się, że jednak mają ze sobą coś wspólnego, to zamiast powiedzieć „Hej, skoro przyjaźnisz się z hummusem i ja także przyjaźnię się z hummusem, to może zostańmy przyjaciółmi?”, Lawasz rzuca tylko „Spierdalaj” i kończy rozmowę, zdając sobie sprawę z bezsensu wrogości, nie potrafiąc się jej jednocześnie wyrzec. To było naprawdę trafione w punkt, uśmiech na twarzy wywołuje również widok sąsiadujących ze sobą regałów produktów kuchni żydowskiej i arabskiej, z których – niczym z trybun na stadionie – przedstawiciele jednej i drugiej strony wzajemnie sobie urągają i złorzeczą.
A potem robi Ci się głupio, ponieważ przypominasz sobie, że w rzeczywistym świecie nie kończy się na wyzwiskach.

Prócz tego bezczelnego parodiowania konfliktu z kraju położonego w Palestynie, stereotypowo przedstawieni są również:

  • Indianie, których reprezentuje tutaj wiecznie jarający zioło Woda Ognista;
  • Meksykanie, z całym menu składającym się m.in. z tacos, guacamole oraz tequili, siedzący bez przerwy w barze żywcem wyciągniętym z jakiegoś starego westernu;
  • Niemcy, którym przewodzi musztarda chrzanowa z charakterystycznym wąsikiem;
  • Chińczycy, którzy przedstawieni są jako sos sojowy z długaśnymi wąsami, oczami skośnymi jak w kreskówkach z lat ’40 i nakrętką w kształcie charakterystycznej czapki;

Jest jeszcze cała masa innych, którzy pojawiają się w filmie tylko na kilka sekund, nie będę wymieniał wszystkich. Dość powiedzieć, że… no jest to mało subtelny, często obraźliwy sposób przedstawienia danej kultury lub państwa.
I to jest w tym filmie cudowne. Twórcy kompletnie nie bali się pokazać tego w taki właśnie sposób.

Cała kontrowersyjna strona filmu skupiona jest wokół jego przewodniego przekazu, finału i podsumowania. Myślę, że dla każdego jest oczywiste, co naprawdę dzieje się z produktami spożywczymi, kiedy już opuszczą sklepowe półki i trafią do kuchni, dlatego też nie potraktuję tego jako jakiegoś okropecznego spoilera. No bo okazuje się – co za szok – iż bogowie są źli. Torturują i pożerają, zamiast dbać i pielęgnować.

Sausage Party podchodzi krytycznie do tematu religii, traktując ją niczym opium dla mas, wymyślone by kontrolować naiwnych. Dowiadujemy się, kto i dlaczego stworzył pieśń pochwalną, od której rozpoczyna się każdy dzień, utwierdzającej mieszkańców sklepu w słuszności ich wiary, dochodzi również do ujawnienia okropnej prawdy o życiu w fałszu.
Byłoby to… no w porządku, taki głos w dyskusji na temat kontrolowania mas, tym bardziej, że pojawia się – mało subtelna – krytyka ustrojów totalitarnych, przejawiająca się modyfikowaniem słów pieśni przez poszczególne działy. Regał niemiecki śpiewa na przykład o eksterminacji soków – sprytne (?). Jest z tym jednak jeden, moim zdaniem poważny, problem.

O ile uważam, że relacja parówek i bułeczek, seksualne napięcie pomiędzy nimi, chęć parówek, żeby wsunąć się w bułkę, pragnienie znalezienia parówki, która warta będzie tego, by się dla niej rozsunąć – to gra. Rozumiem i kupuję to, jest to dosyć oczywista alegoria. Zupełnie nie rozumiem natomiast tego, dlaczego po ujawnieniu, że bogowie są źli i po opuszczeniu sklepu nie czeka na nikogo raj i siedemdziesiąt dwie oliwy z pierwszego tłoczenia, wszystkie produkty rozpoczynają orgię. Pękają wszelkie bariery – każdy z każdym i na każdy możliwy sposób. To jest tak, jakby wszyscy myśleli tylko o seksie, ale bali się, że obrażą bogów i sprowadzą na siebie ich gniew, jeśli zrealizują swoje marzenia przed dotarciem do Wielkiego Nieznanego. Marzenia w sensie fantazje seksualne. Powtórzę – dla parówek i bułeczek to gra, ale czy inni nie powinni mieć swoich własnych marzeń i ambicji? Nie wiem no – banany mogłyby na przykład chcieć się obrać ze skórki, ktoś tam marzyłby o karierze sportowej albo artystycznej. Ale nie – nie ma żadnych ograniczeń, więc trzeba się pieprzyć, szarpać jak Reksio szynkę albo jak dzika kuna w agreście.

***

No, to by było na tyle. Film robi robotę i jest naprawdę zabawny, być może komuś da też nieco do myślenia, ale lepiej by było, gdyby skończył się nieco wcześniej, finał jest obrzydliwy i przedobrzony. Jest tu jednak masa świetnych pomysłów i dla nich warto przecierpieć te miej apetyczne momenty.

Aha – jest jeszcze wątek z takim typowym szwarccharakterem, który chce się zemścić na głównych bohaterach, ale prawda jest taka, że równie dobrze mogłoby go nie być. Trochę nie pasuje do reszty filmu, sama opowieść drogi o podróży przez supermarket na własne stoisko i część satyryczno-komediowa w zupełności by wystarczyły.

***

Tu macie piosenkę z otwarcia:

*hehe

Jaskier

Read Full Post »