Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Paul Rudd’

Jakiś czas temu obejrzałem w końcu tę komedię. Muszę przyznać, że jest naprawdę zabawna… w pewnym sensie. Momentami bowiem trafia w punkt i te sceny są przekomiczne, jednak jest tu też masa żartów, które są najzwyczajniej w świecie niesmaczne… i burzą nieco głębszy przekaz tego filmu.
Przekaz, którego raczej nikt się nie spodziewał.

Zacznijmy od początku – o czym to jest? z czym to się je*?
Otóż, bohaterami są produkty zamieszkujące półki supermarketu – słoiki z dżemem, musztardy, keczupy, napoje gazowane, chipsy, warzywa i owoce. Sensem ich życia jest oczekiwanie na bycie wybranym przez tajemniczych bogów, którzy zabierają ich w Wielkie Nieznane, do mistycznej krainy, w której będą mogli wreszcie opuścić opakowania i spędzić szczęśliwie resztę życia.
Swoją wiarę traktują naprawdę poważnie, każdy dzień zaczynają pieśnią o tym, jak dobrze byłoby być już wybranym, znaleźć się w tym Wielkim Nieznanym, opuścić sklep u boku jakiegoś boga, ustrzec się od niezachowania świeżości.

Więc, no cóż, cały żart w teorii polega na tym, że te wszystkie parówki, bułki i precle nie wiedzą o tym, co czeka je po opuszczeniu sklepu. I cała intryga, fabuła skupione są wokół odkrywania owej tajemnicy. Wszyscy mieszkańcy sklepu są święcie przekonani, że czeka ich coś wspaniałego, jednak od czasu do czasu pojawia się ktoś, kto twierdzi coś innego. Produkty niepsujące się i zwracani na półkę zdają się wątpić w słowa pochwalnej pieśni, najwyraźniej coś wiedzą.

Obok tego film robi cudowną, niepoprawną politycznie robotę, piętnując stereotypy, których personifikację stanowią bajgel – taka żydowska bułka z dziurką – i arabski chlebek. To znaczy mówią na niego „Lawasz”, a według Wikipedii jest to produkt regionalny z Armenii, został nawet wpisany na listę UNSESCO (sic!) jako element tamtejszej kultury, ale ewidentnie są to postacie, których relacja (poza samym zakończeniem) oddaje stosunki Izraela z sąsiadującymi z nim państwami arabskimi. Bez przerwy się kłócą, wyzywają, a kiedy okazuje się, że jednak mają ze sobą coś wspólnego, to zamiast powiedzieć „Hej, skoro przyjaźnisz się z hummusem i ja także przyjaźnię się z hummusem, to może zostańmy przyjaciółmi?”, Lawasz rzuca tylko „Spierdalaj” i kończy rozmowę, zdając sobie sprawę z bezsensu wrogości, nie potrafiąc się jej jednocześnie wyrzec. To było naprawdę trafione w punkt, uśmiech na twarzy wywołuje również widok sąsiadujących ze sobą regałów produktów kuchni żydowskiej i arabskiej, z których – niczym z trybun na stadionie – przedstawiciele jednej i drugiej strony wzajemnie sobie urągają i złorzeczą.
A potem robi Ci się głupio, ponieważ przypominasz sobie, że w rzeczywistym świecie nie kończy się na wyzwiskach.

Prócz tego bezczelnego parodiowania konfliktu z kraju położonego w Palestynie, stereotypowo przedstawieni są również:

  • Indianie, których reprezentuje tutaj wiecznie jarający zioło Woda Ognista;
  • Meksykanie, z całym menu składającym się m.in. z tacos, guacamole oraz tequili, siedzący bez przerwy w barze żywcem wyciągniętym z jakiegoś starego westernu;
  • Niemcy, którym przewodzi musztarda chrzanowa z charakterystycznym wąsikiem;
  • Chińczycy, którzy przedstawieni są jako sos sojowy z długaśnymi wąsami, oczami skośnymi jak w kreskówkach z lat ’40 i nakrętką w kształcie charakterystycznej czapki;

Jest jeszcze cała masa innych, którzy pojawiają się w filmie tylko na kilka sekund, nie będę wymieniał wszystkich. Dość powiedzieć, że… no jest to mało subtelny, często obraźliwy sposób przedstawienia danej kultury lub państwa.
I to jest w tym filmie cudowne. Twórcy kompletnie nie bali się pokazać tego w taki właśnie sposób.

Cała kontrowersyjna strona filmu skupiona jest wokół jego przewodniego przekazu, finału i podsumowania. Myślę, że dla każdego jest oczywiste, co naprawdę dzieje się z produktami spożywczymi, kiedy już opuszczą sklepowe półki i trafią do kuchni, dlatego też nie potraktuję tego jako jakiegoś okropecznego spoilera. No bo okazuje się – co za szok – iż bogowie są źli. Torturują i pożerają, zamiast dbać i pielęgnować.

Sausage Party podchodzi krytycznie do tematu religii, traktując ją niczym opium dla mas, wymyślone by kontrolować naiwnych. Dowiadujemy się, kto i dlaczego stworzył pieśń pochwalną, od której rozpoczyna się każdy dzień, utwierdzającej mieszkańców sklepu w słuszności ich wiary, dochodzi również do ujawnienia okropnej prawdy o życiu w fałszu.
Byłoby to… no w porządku, taki głos w dyskusji na temat kontrolowania mas, tym bardziej, że pojawia się – mało subtelna – krytyka ustrojów totalitarnych, przejawiająca się modyfikowaniem słów pieśni przez poszczególne działy. Regał niemiecki śpiewa na przykład o eksterminacji soków – sprytne (?). Jest z tym jednak jeden, moim zdaniem poważny, problem.

O ile uważam, że relacja parówek i bułeczek, seksualne napięcie pomiędzy nimi, chęć parówek, żeby wsunąć się w bułkę, pragnienie znalezienia parówki, która warta będzie tego, by się dla niej rozsunąć – to gra. Rozumiem i kupuję to, jest to dosyć oczywista alegoria. Zupełnie nie rozumiem natomiast tego, dlaczego po ujawnieniu, że bogowie są źli i po opuszczeniu sklepu nie czeka na nikogo raj i siedemdziesiąt dwie oliwy z pierwszego tłoczenia, wszystkie produkty rozpoczynają orgię. Pękają wszelkie bariery – każdy z każdym i na każdy możliwy sposób. To jest tak, jakby wszyscy myśleli tylko o seksie, ale bali się, że obrażą bogów i sprowadzą na siebie ich gniew, jeśli zrealizują swoje marzenia przed dotarciem do Wielkiego Nieznanego. Marzenia w sensie fantazje seksualne. Powtórzę – dla parówek i bułeczek to gra, ale czy inni nie powinni mieć swoich własnych marzeń i ambicji? Nie wiem no – banany mogłyby na przykład chcieć się obrać ze skórki, ktoś tam marzyłby o karierze sportowej albo artystycznej. Ale nie – nie ma żadnych ograniczeń, więc trzeba się pieprzyć, szarpać jak Reksio szynkę albo jak dzika kuna w agreście.

***

No, to by było na tyle. Film robi robotę i jest naprawdę zabawny, być może komuś da też nieco do myślenia, ale lepiej by było, gdyby skończył się nieco wcześniej, finał jest obrzydliwy i przedobrzony. Jest tu jednak masa świetnych pomysłów i dla nich warto przecierpieć te miej apetyczne momenty.

Aha – jest jeszcze wątek z takim typowym szwarccharakterem, który chce się zemścić na głównych bohaterach, ale prawda jest taka, że równie dobrze mogłoby go nie być. Trochę nie pasuje do reszty filmu, sama opowieść drogi o podróży przez supermarket na własne stoisko i część satyryczno-komediowa w zupełności by wystarczyły.

***

Tu macie piosenkę z otwarcia:

*hehe

Jaskier

Read Full Post »

Mam zaszczyt hurtem zaprezentować Wam najlepszych z najlepszych anno Domini 2015 w trzech kategoriach: Mała rola w filmie popcornowym, Duża rola w filmie popcornowym oraz Film popcornowy. Oto – co prawda spóźnione, ale przecież lepiej późno niż wcale – nominacje do Jaskierów 2015.

***

Mała rola w filmie popcornowym:

Colin Firth za rolę Harry’ego Harta w filmie Kingsmen

Najbardziej brytyjski ze wszystkich Brytyjczyków, urodzony, by grać dżentelmena, Colin Firth ląduje na tej liście za rolę tajnego agenta-mentora, który musi przekazać pałeczkę następnemu pokoleniu szpiegów. W czasach, gdy Bonda gra Daniel Craig, dobrze, że wciąż są tam gdzieś fani agentów zakutych w szyte na miarę garnitury, którzy muszą stawić czoła kiczowatym złoczyńcom, próbującym przejąć kontrolę nad światem.
Colin Firth idealnie spełnia powierzone mu zadanie. Ciężko wyobrazić sobie, by ktoś inny mógł walczyć ze złem z taką klasą i nienagannym akcentem.
Kliknij, by poczytać więcej.

***

Jeremy Renner za rolę Hawkeye’a w filmie Avengers: Age of Ultron

Hawkeye sportretowany w MCU przez Jeremy’ego Rennera w Age of Ultron w końcu stał się tym, kim powinien być od początku – w świecie półbogów, kosmitów, mutantów i superżołnierzy stanowi nośnik normalności, z którym widzowi najłatwiej się utożsamić. Pałęta się z tym swoim łukiem i strzałami, ale świadomy tego, że nie do końca pasuje do drużyny, w której przyszło mu walczyć. Jednocześnie w całej tej swojej śmieszności, która przeniesiona jest z komiksowego pierwowzoru, stanowi dla Avengers kotwicę. Jego normalność wnosi do ekipy pierwiastek czysto ludzki.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Nicholas Hoult za rolę Nuxa w filmie Mad Max Fury Road

Jak łatwo sobie wyobrazić, Mad Max pojawi się jeszcze na tej liście. Dla samego Nicholasa Houlta nie jest to natomiast pierwsze przyznane przeze mnie wyróżnienie. Kilka lat temu zagrał zombie w komedio-horrorze pt. Wiecznie żywy. Tym razem George Miller powierzył mu rolę fanatycznego wojownika, poddanego lokalnego watażki. Aktor kolejny raz przeszedł transformację fizyczną (w serii X-Men również spędza kupę czasu na fotelu u charakteryzatora), co powoli staje się jego znakiem rozpoznawczym.
No ale na ponowne wyróżnienie zasłużył sobie czymś innym – to w zasadzie jedyna postać, która w filmie ewoluuje, przechodzi jakąś przemianę i aktor z powierzonego mu przez reżysera zadania się wywiązał. Gdy Nux orientuje się, że Wieczny Joe jest tak naprawdę despotycznym tyranem, rozpoczyna się jego ścieżka na Jasną Stronę Mocy.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Kate Blanchet za rolę Macochy w filmie Kopciuszek


A tu być może zaskoczenie, bo nic na blogu na temat tego filmu się nie pojawiło. Więc w telegraficznym skrócie – czy sześćdziesiąt pięć lat po premierze animowanej wersji Kopciuszka można coś jeszcze z tego wycisnąć? Czy robienie aktorskich wersji każdej z Księżniczek Disneya ma sens?
Cóż, na pewno nie w postaci musicalu, w którym jest więcej tekstu śpiewanego niż w Nędznikach, ale próbować warto. Co prawda rzeczony Kopciuszek Kennetha Branagha fabularnie niewiele nowego ma do zaoferowania, aczkolwiek wygląda wprost przepięknie. Nominacje za kostiumy i scenografię posypały się ze wszystkich stron i mimo iż ostatecznie Oscara w tej kategorii wygrał Mad Max, to nie można pod tym względem nowej inkarnacji klasycznej opowieści niczego odmówić.
Jest jednak jeszcze coś poza sukniami i landszaftami, co wyszło – antagonistka. Zła macocha grana przez Cate Blanchett jest przesiąknięta złem do szpiku kości i zrobi wszystko nie tyle po to, by sobie i córkom zapewnić komfortowe życie, ale wyłącznie w celu uprzykrzenia go Kopciuszkowi. Aktorka wręcz rozkoszuje się tym, jak okrutna oraz niesprawiedliwa jest jej bohaterka i mimo że nie sposó jej kibicować, to musi na widzu zrobić wrażenie.

***

Harrison Ford za rolę Hana Solo w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Ostatnie z pięciu nazwisk w tej kategorii należy do legendy popcornowego kina. Pomimo sporych niedociągnięć filmu i według mnie kontrowersyjnych fabularnych decyzji, nie potrafię wyobrazić sobie tej listy bez zawarcia na niej Harrisona Forda, wracającego do roli gwiezdnego przemytnika i awanturnika, która niegdyś otworzyła mu na oścież drzwi do kariery.
W Przebudzeniu Mocy daje popis i wcale nie widzimy na ekranie podstarzałego aktora, a wiekowego bohatera, ściganego przez demony przeszłości. Już za sam fakt podejścia do roli na poważnie należą się brawa.
Kliknij, by przeczytać więcej.

***

To nie jest tekst sponsorowany, po prostu uważam, że Majonez Kielecki to najlepszy majonez we Wszechświecie.

***

Duża rola w filmie popcornowym:

Charlize Theron za rolę Furiosy w filmie Mad Max: Fury Road

Piątkę najlepszych aktorów w minionym roku otwiera w moim plebiscycie Charlize Theron. Tym razem jej występ w zmartwychwstałej marce sprzed lat nie ogranicza się do seksu z Idrisem Elbą (pamiętacie o jej postaci z Prometeusza coś więcej?), ba! w zasadzie Furiosa jest główniejszą bohaterką niż tytułowy Max. Pewna grupa ludzi w internetach nawet zaczęła się rzucać o to, że film miał zbyt feministyczny wydźwięk, ale ja się z tym zgodzić nie mogę. To znaczy – ja absolutnie nie neguję tego, że aktorka kradnie szoł Tomowy Hardy’emu, nie widzę jednak powodu, by nie mogło tak być. Nie ma ani krzty sztuczności albo wciskania widzowi czegokolwiek siłą w uczynieniu z kobiety głównego bohatera filmu akcji. Na pewno nie w takim wydaniu.
No i hej, aktorka dała sobie ogolić głowę i amputować rękę, więc podważanie kozackości jej postaci naprawdę mija się z celem.

***

Seth MacFarlane za rolę Teda w filmie Ted 2

Czy można tu zostać wyróżnionym za dubbingowanie postaci? Jak widać tak.
Seth MacFarlane po potknięciu, jakim przed rokiem był jego komediowy western, wrócił z kontynuacją filmu, który w 2012 szturmem wziął kina. Pomimo że Ted 2 finansowego sukcesu swojego poprzednika nie pobił, ani nawet nie był bliski wyrównania go, to ja poza jednym mocnym zgrzytem (gdzie się podziała Mila Kunis?!) zostałem kupiony, a wszystko to za sprawą przeklinającego, palącego zioło pluszowego misia. Umówmy się, ten koncept to komediowe złoto, a postawienie go w sytuacji, w której musi udowodnić, że zasługuje na traktowanie jako pełnoprawny obywatel, zdaje egzamin. Dlatego stwierdzam, że pomysłodawca i użyczający głosu twórca zasługuje na wyróżnienie.
Kliknij, by przeczytać więcej na temat tego filmu.

***

Paul Rudd za rolę Scotta Langa w filmie Ant-Man

Co się dzieje, gdy angaż w filmie Marvela dostanie grubawy komik?
Studio robi z niego gwiazdę kina akcji, jednocześnie nie marnując komediowego potencjału aktora.
Paula Rudda widziałem wcześniej w jednym filmie (o tym) i kiedy uświadomiłem sobie, że to ten gość ma grać życiowego nieudacznika, który zyskuje supermoce oraz szansę na stanie się superbohaterem, to wiedziałem, że wszyscy to kupią.
Po prostu jest coś takiego w tym aktorze, że fatłapowatość granych przez niego bohaterów jest niezwykle autentyczna. Scott Lang jest dupkiem dla większości ludzi, ale szczerze kocha córeczkę i potrafi wykazać się lojalnością wobec przyjaciół, dzięki czemu wnosi do marki, jaką jest MCU, nowy pierwiastek.
Kliknij, by przeczytać więcej o tym filmie.

***

Henry Cavill za rolę Napoleona Solo w filmie Kryptonim U.N.C.L.E.

O tej produkcji również nie miałem dotychczas okazji napisać. O filmie będzie więcej niżej, tu natomiast skupię się na postaci granej przez Henry’ego Cavilla, ponieważ jest w niej coś intrygującego. Otóż, w przeciwieństwie do innej ostatnio popularnej roli w blockbusterze, tutaj rzeczywiście coś gra. Nie rozumiem, dlaczego decyzyjni ludzie w Warner Brothers podjęli taką dziwaczną decyzję i wypompowali z jego interpretacji Supermana jakiekolwiek emocje. Najwyraźniej oni już tak mają (patrz – Christian Bale w roli Bruce’a Wayne’a/Batmana).
No ale o tym jeszcze popiszemy za miesiąc, tu chcę pochwalić tego aktora, ponieważ daje niewiarygodny popis. Po premierze Kingsman nie sądziłem, że 2015 przyniesie jeszcze jakiś dobry film o szpiegach, a tu taka niespodzianka. Napoleon Solo to – wprawdzie amerykański – ale Bond, jakiego potrzebujemy i na jakiego zasłużyliśmy.

***

Adam Driver za rolę Kylo Rena w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Nie stałem się fanem Przebudzenia Mocy, ale postaci i roli Adama Drivera będę bronił zawsze i wszędzie. Na początku, świeżo po pierwszym seansie, podobnie jak cała masa ludzi w Internecie, sądziłem, że takie podejście do Sitha jest głupie, ale potem mnie olśniło – to właśnie o to chodziło, żeby pokazać takiego emo-dzieciaka, którego największym marzeniem jest stanie się koszmarem i postrachem całej Galaktyki. Nie wie, jak się do tego zabrać, ma wątpliwości, czy sobie da radę, ale zżera go ta chora ambicja i pragnienie dorównania legendarnym postaciom. W zasadzie jest to Sith idealny do tego filmu – gdyby naprawdę chcieli zrobić Dartha Vadera dwa, to aktor, reżyser oraz scenarzyści musieliby zmierzyć się z tymi samymi rozterkami, z jakimi zmaga się Kylo Ren. Zewsząd otacza go presja, bo wszyscy chcą, by był groźny i zły do szpiku kości, on sam tego pragnie bardziej niż ktokolwiek inny, ale nie do końca sobie radzi z powierzonym zadaniem.

***

Tak oto wygląda moje podsumowanie 2015 roku w kinie rozrywkowym. Jeśli chodzi o same role, rzecz jasna. Jest mi wstyd i przykro, że takie opóźnienie, no ale#studia #praca. Nie mam siły i niestety czasu robić jakiegoś finału dla aktorów, wszyscy byli naprawdę ekstra. Na dniach powinien ukazać się jeszcze tekst z samymi filmami, potem przejdziemy do bieżących spraw – przeczytałem pierwszy polski numer Deadpoola, obejrzałem drugi sezon Daredevila, więc będę miał o czym pisać, a co za tym idzie – Wy będziecie mieli co czytać.

Jaskier

Read Full Post »

sfa0gau-600x888

Po Age of Ultron, co do którego miałem sporo uwag i zażaleń, mimo iż ogólnie film nie był dla mnie ultrarozczarowaniem, następną w kolejce produkcją ze stajni Marvela jest Ant-Man. Koncept człowieka, który może zmniejszać się do rozmiarów owada i wydawać rozkazy mrówkom był dla wielu osób aż nazbyt kuriozalny, przez co tytułowy bohater często padał ofiarą żartów internetowych znafcuf Wszechrzeczy. Ja jestem w jakimś tam stopniu zaznajomiony i nieco się orientuję, więc zdawałem sobie sprawę, że istnieją jeszcze bardziej absurdalne postacie, a sam Ant-Man wcale taki beznadziejny nie jest. Wręcz przeciwnie – w jednej z kreskówek był moją ulubioną postacią.
Wieści o odsunięciu od projektu Edgara Wrighta jakoś niezbyt mnie przejęły. Widziałem od niego Scott Pilgrim vs. the World i Wysyp żywych trupów i jak sami wiecie, moją ulubioną komedią z zombie jest Zombieland.
Także więc tego – na dzień seansu wybrałem wtorek, bo taniej. Obejrzeliśmy, przednio się ubawiliśmy i gorąco polecam. Zaraz wytłumaczę dlaczego.

***

Głównym bohaterem filmu jest Scott Lang. Niczym Franz Maurer w drugiej części Psów wychodzi na początku z więźnia i wsiada do vana swojego kolegi Paco*- latynoskiego złodzieja – który od tej pory będzie pełnił funkcję rzucającego słabymi żartami pomagiera. Scott spędził za kratami kilka lat za robinhoodowanie – korporacja oszukiwała klientów, więc Scott oszukał korporację i oddał bezczelnie zrabowane pieniądze ludowi. Oprócz tego, że jest specem od łamania zabezpieczeń oraz wchodzenia tam, gdzie wchodzić nie powinien, gdyż go nikt tam nie chce, trzeba o nim wiedzieć tylko, że bardzo kocha swoją małoletnią córeczkę Cassie – najurokliwsze stworzenie po tej stronie Bifrostu. Nasz ekswłamywacz próbuje ułożyć sobie życie, ale po odsiadce w pace nie jest o to łatwo, toteż krok po kroku wplątuje się w intrygę, która zagraża bezpieczeństwu świata.

Paul Rudd sprawdza się w powierzonej mu roli wybornie. Jest sympatyczny i łatwo można zrozumieć kierujące nim motywy. Jednocześnie jest bardzo ludzki, zwyczajny – w porównaniu do członków Avengers. W pierwszej chwili pyta nawet, po co się angażować, dlaczego po nich nie zadzwonić? W tym właśnie dialogu scenarzyści sprytnie odpowiedzieli na to pytanie, które przy okazji każdego solowego filmu zadają internauci. Wracając jeszcze do Scotta, to, że motorem napędowym jego działań jest jego córka, dużo daje. On po prostu chce, żeby świat, w którym przyjdzie jej dorastać był bezpieczny.

Bardzo istotny dla filmu, jak również całego MCU, jest także bohater grany przez Michaela Douglasa. Doktor Hank Pym jest typem nieco zrzędliwego, aroganckiego oraz pewnego siebie naukowca, lecz nie można o nim powiedzieć, że to kopia lub choćby wariacja na temat Tony’ego Starka. Pan Douglas robi wspaniałą robotę, wcielając się w tego skrywającego mnóstwo sekretów geniusza. Jednocześnie taki Hank Pym jest niebywale bliski mojej idealnej wersji tej postaci – nie bije żony i nie chce za wszelką cenę zwalczać zbrodni. Istnieją granice, których nie przekroczy.

Hank Pym sprzymierza się z włamywaczem, by zaplanować skok, który pozwoli zachować bezpieczeństwo na świecie. Wynalazek doktora, którego sekretu strzegł przez ostatnie kilkadziesiąt lat, został odtworzony i wkrótce ręce położy na nim ten, kto zapłaci najwięcej.

Prócz tego całego skoku (w końcu to heist movie) ciężar fabuły spoczywa na relacji dr. Pyma z jego córką – Hope – oraz uczniem i spadkobiercą – Darrenem Crossem (Corey Stoll). W obu przypadkach mamy do czynienia z czymś w rodzaju ojcowsko-mentorskiej roli Pyma, której nie był w stanie podołać.
W stosunku do córki jest to niejako zrozumiałe i w filmie mamy aż dwie sceny „przebaczania” – bardzo ciekawie i sprytnie podrasowane, by pasowały do tonu produkcji. Bo wiecie, czasem oglądamy coś na ekranie i czujemy, że jest to zbyt melodramatyczne, pasuje do komedii jak pięść do nosa. Natomiast tutaj zostało to w odpowiednim momencie ucięte w taki sposób, że nie czułem zażenowania zachowaniem bohaterów, a jednocześnie widziałem, że w ich życiu doszło do jakiejś zmiany. Bardzo miło zaskoczenie.
Z kolei z Crossem jest inaczej. Pym odsunął go, gdy zorientował się, że jego uczeń jest niebezpieczny. Teraz bezwzględny naukowiec pragnie pokazać światu, a przede wszystkim swojemu mentorowi, ile jest warty, gdyż czuje, że ten nim gardzi i nie docenia jego osiągnięć. Niby szaleńcy-naukowcy nie są czymś nowym w MCU, ale akurat ten mnie nie raził. Nie wybija się jakoś, ale też nie reprezentuje tak niskiego poziomu, jak często w przypadku złoczyńców tej serii bywa.

Mimo iż jest to solowy film o mało popularnej postaci, to jest silnie osadzony w MCU. Produkcja rozpoczyna się krótką sceną w 1989 roku, później również mamy nawiązania do przeszłości – Ant-Man rozszerza to uniwersum, wypełniając puste dotąd lata wydarzeniami, postaciami i – co ważniejsze – superbohaterami. Być może dostaniemy jednak kiedyś sezon Agent Carter rozgrywający się w latach ’80, w którym to pierwsza ekipa superbohaterów będzie walczyć na froncie Zimnej Wojny po stronie Stanów Zjednoczonych. Takie tam moje małe marzenie. Choćby jeden taki odcinek retro Agents of S.H.I.E.L.D. <3
Bardzo miły jest również epizod jednej z postaci, która zadebiutowała kilka filmów temu. Niby wiedziałem, bo pojawił się specjalny zwiastun zawierający w tytule jej pseudonim, ale została włożona do fabuły w tak rozbrajająco sympatyczny sposób, że z miejsca mnie ten występ i relatywnie krótka scena kupiły.

W zasadzie jedynym zgrzytem jest krótki czas szkolenia Scotta – w ciągu kilku dni musiał nauczyć się obsługiwać kostium i porozumiewać się z mrówkami. Ale wiecie, można przymknąć na to oko. Fajny, niedzisiejszy montaż do tego zrobili.

***

Zdecydowanie polecam.
Było śmiesznie, sympatycznie i na luzie. MCU zostało rozbudowane, nowe postacie są ciekawe i dobrze zagrane, w zasadzie brak większych zgrzytów. Czegóż chcieć więcej?
No chyba tylko tyle, by następne filmy z tej serii trzymały taki poziom. :D

Jaskier

*Tak naprawdę Luis, ale ja będę mówił na niego Paco.

Read Full Post »

Marvel wreszcie się ulitował i po kilkudniowym szczuciu i trollowaniu opublikował pełnowymiarowy, prawie dwuminutowy zwiastun drugiego z filmów zaplanowanych na bieżący rok.
Ponieważ do tej pory w żaden sposób nie skomentowałem tutaj tej produkcji, premiera trailera jest dobrą okazją, aby to uczynić.

Co się rzuca w oczy – czy ktokolwiek z Was daje się jeszcze nabrać na te ponurackie, podniosłe hasła ze zwiastunów? Gadanie o byciu bohaterem, przeznaczeniu etc. Stawiam dolary przeciwko żołędziom, że klimat samego filmu będzie drastycznie inny. I bardzo dobrze, wszak to historia złodzieja, który potrafi się zmniejszać oraz gadać z mrówkami.
Żart na bok – nie jestem jednym z nienawidzaczy tego bohatera, od jakich roi się pod artykułami na temat tej produkcji. Prawdę powiedziawszy, Ant-Man był moim ulubionym członkiem ekipy Mścicieli z kreskówki Earth’s Mightiest Heroes, o której tekst znajdziecie po TYM linkiem. Zrównoważony, skupiony na swojej pracy, pragnący wykorzystać swoją wiedzę i intelekt do pomagania innym – prawdziwy bohater. Być może tutaj Hank Pym także taki będzie.
Miałoby to sporo sensu, zważywszy na to, jak łatwo byłoby wtedy skonfrontować go z jego następcą – Scottem Langiem – kryminalistą, który zostaje zwerbowany przez wiekowego już Pyma do jakiejś niezwykle tajnej misji.

Wiek Pyma może okazać się wielką zaletą tej produkcji. Do tej pory większość postaci była dosyć „świeża”. Niby Czarna Wdowa twierdzi, że pracowała w KGB, aczkolwiek kto ją tam wie. Bohater, który moce zyskał kilkadziesiąt lat wcześniej będzie stanowił dowód na ciągłość tego uniwersum. W dodatku zapewne jego wątek zostanie poruszony w Agent Carter. No i nie oszukujmy się – łatwiej będzie wytłumaczyć ten kiczowaty pseudonim, umieszczając jego genezę w latach ’60.

O Michaela Douglasa nie ma co się martwić, można tylko się cieszyć, że kolejny aktor tej wagi zasila MCU. Natomiast Paul Rudd to dla mnie trochę zagadka. Rozwiejcie moje wątpliwości – czy do tej pory grał głównie w niezbyt głośnych komediach romantycznych? Tak przynajmniej wygląda jego zakładka „znany z” na Filmwebie.
Z drugiej strony – ciężko mi wskazać jakąś totalnie nietrafioną castingową decyzję Marvela. Trzeba więc czekać na premierę i wtedy przekonamy się, czym aktor ten zasłużył sobie zasłużył na tę rolę.

***

Generalnie – nie sikam po nogach z ekscytacji po obejrzeniu tego zwiastuna, jednak jestem spokojny o ten film. W gruncie rzeczy najsłabszy ostatnio był Iron Man 3, a i tak można się na nim przednio bawić.

Aha – nie płakałem po Edgarze.

Jaskier

PS LATANIE NA MRÓWKACH!

Read Full Post »