Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Styczeń 2013

W blogowaniu ważne jest dzielenie się z czytelnikami własnymi przemyśleniami odnośnie sytuacji, których piszący doświadczył. Dzisiaj chcę Wam powiedzieć, że temperatura w dzień wynosiła kilka stopni powyżej zera w skali Celsjusza. Z tego powodu zaczyna topnieć śnieg i okazało się, że pod tym śniegiem znajdowała się warstwa lodu, która niemalże uniemożliwia chodzenie.
A tak serio, w końcu dotarło do mnie, że powstanie film, którego akcja będzie miała miejsce w jednym z moich zdaniem lepszych uniwersów fantasy stworzonych na potrzeby gry (tak, wiem, że bazowano na Warhammerze od Games Workshop). O filmie „na podstawie” Warcrafta słyszałem już kilka lat temu, ale kolejne projekty były wstrzymywane i anulowane, więc można było przypuszczać, że ktoś stwierdził – walić to, zróbmy kolejny dodatek do WoWa i porzucono wszelkie plany.

Ostatnio mówiło się, że na fotelu reżysera zasiądzie Sam Raimi, który jednak odszedł od projektu i wyreżyserował Oz Wielki i Potężny (i to jest jeden z tych filmów, o których zapomniałem powiedzieć, że chcę je obejrzeć). Obecnie reżyserem jest ten facet , zdjęcia mają rozpocząć się jesienią tego roku, a premiera zaplanowana jest na 2015. Chodzą też plotki, że producenci widzieliby w jednej z głównych ról Johnny’ego Deppa i to jest właściwie dobry pomysł, Depp doskonale sprawdza się w rolach ekscentryków, których w uniwersum Blizzarda nie brakuje. Prywatnie liczę też na to, że pojawią się Nocne Elfy, co powinno być dla każdego zrozumiałe.

Jaskier

Read Full Post »

Po premierze filmu pt. Freddy vs Jason (o którym kilka słów znajdziecie TU), Krueger spędził w piekle kilka długich lat, obmyślając sposób na powrót, którego dokonał w 2010 roku przy okazji remake’o-reboota serii o jakże kreatywnym tytule – Koszmar z ulicy Wiązów. Jak można się było spodziewać film nie zachwycił fanów oryginału Wesa Cravena i spotkał się z ostrą krytyką z ich strony. Nie potrafił też przyciągnąć innych widzów, takich z młodszego pokolenia, co wskazuje na to, że oglądanie mordowanych przez psychopatę-zboczeńca nastolatków nie sprawia już frajdy widowni. Coś w tym musi być, bo swoista moda na slashery i okres, w którym gatunek ten święcił triumfy minęły najprawdopodobniej bezpowrotnie.

Ponownie film jest o grupie młodych ludzi napastowanych w snach przez silnie poparzonego mężczyznę w pasiastym swetrze i z zamocowanymi do rękawicy nożami. Co się nie sprawdziło?
Przede wszystkim leży postać Freddy’ego, a, co za tym idzie, leży cały film. Nie oszukujmy się, części od drugiej do szóstej oglądało się tylko dla niego, a tutaj, bez charakterystycznego i genialnego w tej roli Roberta Englunda, robi za najsłabszą część filmu. W Kruegera wcielił się Jackie Earle Haley (to jest ten pan, który przyszedł na casting do oryginalnego Koszmaru…  z Johnnym Deppem i w przeciwieństwie do niego roli nie dostał i ten sam, który był zajebisty jako Rorschach w Watchmen) i niestety sposób, w jaki nasz ukochany morderca został przedstawiony, pomysł na „nowego” Freddy’ego pogrzebał cały film. Starali się zrobić go mroczniej i mniej groteskowo, a wyszedł totalnie wyprany z klimatu. Stary Freddy był takim okropnie obleśnym i odrzucającym typem i to w nim uwielbialiśmy, a tutaj zdecydowanie tego brakuje, jest właściwie nijaki. Nie wystarczy sam sweter, kapelusz i rękawica, by mieć Freddy’ego w filmie, panie reżyserzu.

Jest też mnóstwo mniejszych lub większych dziur i dziurek w fabule – np. dlaczego przedszkole jest na totalnym zadupiu, który rodzic wysłałby tam swoje dziecko? Nie wydaje mi się, żeby w ciągu kilkunastu lat mogło dojść do zdeklasowania całej dzielnicy, w ogóle oni tam przez jakieś pola jadą. No i jest też problem z tym, że oni teraz mieszkają na Elm Street, a wcześniej musieli mieszkać gdzieś indziej, więc właściwie dlaczego film nazywa się tak, jak się nazywa? Nie każdy zamordowany nastolatek mieszka na ulicy Wiązów, nie mieszkali tam też w dzieciństwie. Choć, prawdę powiedziawszy, nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nam chamsko nie pokazali tabliczki z nazwą ulicy.

Sporo scen ukradli z oryginału albo w jakiś sposób do nich nawiązali i  po porównaniu te nowsze wypadają gorzej. Był jakiś urok w „starodawnych” metodach, podobne rzeczy stworzone w komputerze paradoksalnie nie cieszą już w ten sam sposób.
Podoba mi się natomiast fabuła w tym filmie. Postacie są o wiele lepiej zarysowane, a historia Freddy’ego jest wiarygodniejsza. Dobrze wypadają sceny śmierci nastolatków (poza śmiercią Deppa, która wciąż pozostaje nie do pobicia), jest ich w ogóle więcej, choć nie są tak pokręcone, jak te, które widzieliśmy w oryginalnej serii. W sensie nie ma tu ninja-walki z niewidzialnym Freddy’m, numeru z pułapką na insekty i utonięcia w łóżku wodnym. Z drugiej strony dzięki temu również dostrzegamy zmianę w klimacie – Krueger czerpie o wiele mniej frajdy z mordowania i nie wysila się jakoś specjalnie. Brakuje mi tu sceny w stylu marionetki-lunatyka z trzeciej części albo TEJ sceny z części drugiej, wiecie o czym mówię, to jedna z niewielu wartych zapamiętania scen z tamtego filmu.

Widziałem dwa razy, stwierdzam, że brakuje klimatu, Freddy jest zjebany po całości, ale historia o wiele lepsza. No i głowni bohaterowie nie wyglądają tak. Gdybym miał oceniać, to postawiłbym szkolne trzy. Lepiej obejrzeć oryginał albo Nowy koszmar…

Jaskier

PS Pierwszą i drugą część Koszmaratonu znajdziecie tu i tu.

Read Full Post »

Ponieważ przez przeglądarkę trafia tu mnóstwo osób szukających informacji o Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, co nie dziwi, biorąc pod uwagę dziwne podejście wydawcy i brak wiadomości na stronie, niniejszym informuję, że tom piąty jest już w sprzedaży (dzisiaj jest 30 stycznia). Widziałem go w dwóch kioskach na mojej prowincji, więc, jeśli mieszkasz w jakieś Łodzi albo innym Krakowie, to znajdziesz go bez problemu. Co więcej, w obu przypadkach widziałem samą książkę bez tekturki z tyłu, ale nie miałem odwagi zapytać, czy została ona brutalnie oderwana, czy też taką właśnie formę przyjął wydawca, co mogłoby nieco niepokoić, bo bez tekturki i folii książka staje się bardziej podatna na zarysowania i uszkodzenia, które mogłyby mocno zniesmaczyć potencjalnego nabywcę.

Sam nie wziąłem, bo mi szkoda tych czterdziestu złotych, które, gdybym był normalny, wydałbym na alkohol, papierosy i dżinsy. Wciąż czekam na Weapon X, Ultimates i jeszcze kilka innych numerów, łudząc się, że seria wytrzyma na rynku odpowiednio długi okres.

Jaskier

Read Full Post »

Ostatnio właściwie nie oglądam telewizji. Tak jakoś nie ciągnie mnie do wtórnych do bólu i przedstawiających wypaczoną rzeczywistość seriali, których główną rolą jest promowanie jednosezonowych celebrytów, a przede wszystkim emitowanych przez rodzime kanały filmów. Nie mam pretensji o Władcę Pierścieni, którego mamy okazję obejrzeć dwa razy do roku, gdyż na trwałe wpisał się w kanon filmów stacji na „T”. Ciężko nawet rzucać się o uczciwie zrealizowane filmy z Arnoldem Schwarzeneggerem i całą ekipą z lat ’70 i ’80. Co nie znaczy, że te filmy oglądam za każdym razem, po prostu stwierdzam, że nie czynią uszczerbku na psychice m.in. moim domownikom (abstrahując już od tego, że nie da się zniszczyć psychiki kogoś, kto nie wie, o czym jest pierwszy epizod Gwiezdnych wojen i ekscytuje się grą aktorską Kristen Stewart). Dobre lub chociaż uczciwie zrealizowane kino rozrywkowe może stanowić świetne wypełnienie wieczoru przed telewizorem.

Niestety z jakiegoś powodu rodzime stacje emitują masę, całą masę gównianych filmów. Wtórne, ze słabym scenariuszem i źle zagrane są paskudnym ropiejącym wrzodem, który powinien być możliwie najprędzej usunięty. Z popularniejszych zwłaszcza stacja na „P” wręcz lubuje się w emitowaniu byle czego. Sprawia to, że albo się telewizji nie ogląda  w ogóle, albo ogląda się talent-showy i programy śniadaniowe, a to niezbyt dobrze świadczy o kondycji polskich i „polskich” stacji. Przez ostanie mniej więcej dwa lata w telewizji widziałem jedynie kilka filmów, do napisów których dotrzymałem – 1, 2, 3, 4. Pewnie o czymś zapomniałem, ale na szybko to właśnie o tych czterech produkcjach pamiętam, że złapałem je przypadkowo i były w stanie mnie zaciekawić.

Oczywiście o wiele lżej by było, gdyby słabe filmy nie powstały. Nie mówię tutaj o czymś, co jest intencjonalnie złe albo o tych filmach ze striptizerkami walczącymi z zombie, które mają pomóc wybić się młodym aktorkom, albo Zmierzchu, który w sumie mógłby nie powstać i nikomu by się wielka krzywda nie stała, ale paradoksalnie dosyć śmiesznie się go ogląda. Z jakiegoś powodu ludzie robią masę wtórnych, nic niewnoszących filmów, których celem jest lądowanie w ramówce jakiejś stacji w postradzieckim kraju (żeby było śmiesznie, pisze to gość, który prowadzi wtórnego i nic niewnoszącego bloga). Tych filmów nikt nie ogląda, nikt nie pamięta, jeśli jakiś aktor się wybije, to potem się musi wstydzić, że brał w czymś takim udział, żadne znane nazwisko nie pojawia się w napisach. Stanowcze NIE! filmom słabym i przeciętnym. Lepiej sobie popatrzeć na żubry.

Jaskier

PS Nie znam ani jednego tytułu tego typu filmu, więc nie ma zdjęć.

Read Full Post »

Z racja tego, że dzisiaj wypadają imieniny Juliana, to zapraszam do krótkiego wpisu o serialu, który wyrósł obok serii filmów pt. Madagaskar. Same filmy zbyt odkrywcze nie były i powielały utarte schematy. Niewątpliwie najlepszą częścią tych produkcji była ekipa wyszkolonych na specjalnych agentów pingwinów oraz lemury w składzie: słodziakowaty Mort, cyniczny Maurice i Król Julian, będący gwiazdą tego przedstawienia i kradnący cały film dla siebie. Duża w tym rola Jarosława Boberka, który w polskiej wersji językowej użyczył tej postaci głosu. Piosenka Wyginam śmiało ciało wykonywana przez Króla Juliana, która swego czasu była przebojem we wszystkich podstawówkach i gimnazjach, głupkowate teksty i egoistyczna postawa zjednały mu rzesze wielbicieli.

Nikogo nie zdziwił fakt, że pingwiny i lemury dostały własny serial (a w 2015 ma być i film). Właśnie o tym serialu będzie dzisiaj mowa. Nie widziałem wszystkich odcinków, tylko od czasu do czasu mam okazję obejrzeć pojedyncze epizody podczas jedzenia kolacji, gdyż akurat leci w telewizji, Jest to typowa i prosta historia o grupie bohaterów (w tym wypadku pingwinów) ratującej świat (w tym wypadku zoo).  Niestety od razu wychodzi na jaw, że grupka pingwinów, która idealnie wkomponowywała się w filmy, wprowadzając genialne akcenty humorystyczne i nawiązując do filmów akcji i szpiegowskich, niekoniecznie ma potencjał na udźwignięcie całego serialu, który wraz z oglądaniem kolejnych odcinków robi się strasznie wtórny i mało oryginalny. Owszem, występują tu pozytywnie megaporypane pomysły, ale nie przemawiają do mnie w pełni.

Jedynym elementem, któremu nie można nic zarzucić jest Król Julian i jego dwaj podwładni również zamieszkujący zoo w Central Parku. Lemury (i Maurice, który jest Daubentonia madagascariensis) wciąż dają radę i każde ich pojawienie się na ekranie kwitowane jest salwą śmiechu. Zastanawia mnie się, dlaczego to nie o nich zrobiono ten serial? Pokażcie nam po prostu życie Króla Juliana, ludzie uwielbiają patrzeć na egoistycznych głupków pomiatających innymi. To chcemy oglądać, zamiast patrzeć na kolejną ekipę herosów, która w absurdalny sposób ratuje świat. Nonsens i absurd wprowadzany przez Króla Juliana i jego świtę cenię sobie wyżej od fabuły, która zazwyczaj koncentruje się wokół pingwinów walczących z delfinami, wężami boa i szczurami z kanałów, czy coś w ten deseń. Uważam, że ekonomiczniej jest obejrzeć kilka filmów podobnych do tego zamieszczonego poniżej, których masę znajdziecie na serwisie YouTube.

No i – oczywiście – wszystkiego najlepszego wszystkim Julianom. ;)

Jaskier

Read Full Post »


Widziałem Zmierzch, ten nowy. Co tu więcej napisać? Powiedzenie, że jest techniczną, scenariuszową i aktorską porażką, to prawienie banałów. Ten film jest po prostu okropny, nie jest słaby, jak produkcje Michaela Baya, które miały chociaż Megan Fox i te wielkie roboty oraz wybuchy, jest okropny.

Nie widziałem drugiego, trzeciego i czwartego filmu i właściwie nie mam ochoty. Nie chce mi się też pisać tu o tym, że książki, z których adaptacjami mamy tutaj do czynienia, są okropne, głupie i bezsensowne. Miałem okazję przeczytać pierwsze trzy tomy. Nieczytanie czwartego podczas jazdy pociągiem na trasie Sopot-Rzeszów okazało się ciekawsze od czytania, a to o czymś świadczy.

Akcja zaczyna się w momencie narodzin córki Edwarda i Belli, Renesmee. Bella nie przeżyłaby porodu, więc musiała zostać zamieniona w wampira i teraz jest niebezpieczna dla wszystkiego dookoła, bo nie potrafi panować nad swoim pragnieniem i mogłaby rzucić się na ludzi, gdyby poczuła ich krew. To jest głupie, bo pokazują nam, już na pierwszym polowaniu, że jest w stanie powstrzymać się od zaatakowania człowieka. Krwawiącego człowieka, dodajmy.

Potem pokazują jej wreszcie dziecko, które jest zrobione w CGI. Niemowlak jest na ekranie może całe dwie minuty – jako w połowie wampir, w połowie człowiek, rośnie w zatrważającym tempie. Następnie do pewnego momentu coś również jest robione z twarzą dziewczynki, widać, że została obrobiona w komputerze. Zapewne chodziło o wzmocnienie efektu szybkiego dorastania i próbują widzom pokazać zmieniające się dziecko. Tylko to właściwie rozmija się z celem, tym bardziej, że nie wygląda to najlepiej. W ogóle efekty są słabe. Jest taki najazd kamery znad lasu na lodową równinę, na której stoją bohaterowie i cholernie widać, że to jest efekt pracy ludzi od kompióterów. Te plansze wrzucone jako tło są słabe, efekt biegu jest słaby. Kiedy ktoś biegnie, widzimy, że w istocie robi to w miejscu, a za nim graficy wmontowali szybko przelatujące tło i to  uczucie niesamowitej prędkości.

Fabuła skupia się na tym, że jakaś laska zobaczyła Bellę i jej córkę, pomyślała, że to zamienione w wampira dziecko, i postanowiła donieść o tym Volturim, gdyż jest to niezgodne z ustanowionym przez nich prawem. Twórcy pokazali to w taki sposób, że można pomyśleć, iż wskoczyła do Pacyfiku i wpław dotarła do Włoch, bo w następnej scenie widzimy ją w tych całych katakumbach, czy gdzie oni tam mieszkali, rozmawiającą z Volturi. Alice, która ma umiejętność jasnowidzenia, ma wizję wizyty wampirów z Italii i wszyscy postanawiają, że trzeba coś zrobić, bo jeśli ktoś łamie prawo, Volturi przychodzą, nie zadają żadnych pytań, zabijają i będzie tak również w przypadku rodziny Edwarda.
Cullenowie rozjeżdżają się po świecie i zbierają ekipę, po kolei przekonując swoich przyjaciół, że Renesmee nie jest nieśmiertelnym dzieckiem. W skład tej gromadki wchodzą rudzi Irlandczycy, wampirzyce z Amazonii, które oczywiście muszą nosić skórzane bikini i mieć tatuaże na twarzach, do kompletu jakiś zapuszczony Brytyjczyk, dwóch Rosjan z niewiarygodnie okropnym akcentem oraz Amerykanin miłujący swój kraj. Każdy wampir ma jakąś supermoc i nie jest to jakaś gejowska umiejętność w rodzaju wpływania na czyjś nastrój… albo tych innych słabych mocy Cullenów, które są tak słabe i niewidowiskowe, że się ich nie pamięta. O nie, z Egiptu ściągają faceta, który potrafi kontrolować żywioły, z północy (więc chyba z Kanady) przyjeżdża laska rażąca prądem, Amazonki wpływają na zmysły innych, potrafiąc ich na przykład oślepić. Oczywiście, każdy jest też nadnaturalnie silny, szybki, wytrzymały i piękny.

Dobra, idźmy dalej. Do walki z Volturi mają stanąć też wilkołaki, bo teraz się kumplują z wampirami i Jacob obiecuje, że wesprą ich w bitwie. W świecie filmu u wilkołaków występuje coś takiego jak „wpojenie”, które polega mniej więcej na tym, że wilkołak naznacza jakąś osobę. Będzie o nią dbał, troszczył się o jej dobro i tak dalej. I Jacob wpoił sobie córkę Belli. O tak, przerażające, zważywszy, że stało się to, gdy miała kilka dni. Potem tłumaczy się, jak rasowy pedofil, że nad tym nie panuje, że to nie jego wybór, że chce jedynie jej dobra oraz tego, by była szczęśliwa. Robi jednak tę swoją minę lamy i spogląda na tę dziewczynkę, uśmiechając się pod nosem, co jest naprawdę niesmaczne. Bardzo. No i robi striptiz przed ojcem Belli.

Charlie, czyli ten ojciec, dowiaduje się, że coś stało się jego córce, ale nikt nie chce mu powiedzieć, co dokładnie. Właściwie mu to nie przeszkadza, stwierdza, że „adoptowana” przez Bellę i Edwarda dziewczynka ma oczy jego córki i mówi – Adoptowana, OK, nie muszę wiedzieć więcej. Nie zadaje pytań, gdy widzi, że po kilku…nastu tygodniach Renesmee wygląda, jakby miała kilka lat.
Przed bitwą wysyłają go na ryby, a on na to – OK, więc chcecie się mnie pozbyć. I wyjeżdża. Wyraźnie ma na wszystko mocno wyjebane.

Dochodzi do kulminacyjnego spotkania na zamarzniętej równinie. Cullenowie, wilkołaki i wspierająca ich ekipa X-Men wampirów stają naprzeciw Volturich. Oczywiście, wbrew temu, co wcześniej wszyscy mówili, zaczynają gadać. Aro, grany przez Michaela Sheena chce zobaczyć dziewczynkę, bo to o nią przecież się rozchodzi. Korzystając ze swojej umiejętności, Renesmee udowadnia, że nie jest przemienionym dzieckiem i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Aro marzy o zgromadzeniu wampirów o specjalnych supermocach i w swojej paczce chciałby mieć Alice. Jego działanie polega na wyrzynaniu całej rodziny przyszłego członka jego Bractwa Złych Mutantów, by następnie przeciągnąć go na swoją stronę… Walić to, zaczyna się walka.
Ta bitwa jest taka nudna i nieangażująca. Są wampiry, wilkołaki, walczą, w tle chór robi to swoje „Aaaa”, ale to jest zupełnie nieinteresujące. Często mam coś takiego, że w podobnym momencie przechodzą mnie dreszcze, bo wydarzenia na ekranie są niewiarygodnie epickie i nawet nie musi to być podczas oglądania jakiegoś wybitnego filmu wojennego albo czegoś patetycznego. Finałowa walka pomiędzy piratami i Latającym Holendrem w Piratach z Karaibów jest świetnym przykładem takiego momentu, choć sam film specjalnie dobry nie jest. Wcześniej pokazali nam te wszystkie efekciarskie umiejętności, a teraz po prostu widzimy wampiry bezmyślnie okładające się pięściami i urywające sobie nawzajem głowy, bo jest to jedyny sposób na zabicie wampira – urwać mu łeb i spalić ciało. W ogóle strasznie łatwo przychodzi tutaj urwanie komuś głowy i wygląda to komicznie, brakuje jedynie dźwięku towarzyszącemu odczepianiu głowy lalce. Szalę zwycięstwa przeważa facet od żywiołów, który uderza w ziemię i sprawia, że się rozstępuje. Ostatecznie wspólnymi siłami Edward i Bella urywają głowę Aro i koniec. Okazuje się, że to wszystko było jedynie wizją przyszłości ukazaną Aro przez Alice, by go przestrzec przed rozpoczęciem walki. Ziew.

Sam Aro jest postacią niesamowicie ciekawą. Głównodowodzących Volturi jest trzech – jeden mało mówi i kojarzy mi się z tanim Draculą, drugi to taki typowy cwaniaczek, a trzeci to właśnie Aro. Nie wiem, co sprawiło, że aktor wcielający się w tego gościa robi to właśnie w taki sposób. Nazwanie tej postaci pedalską byłoby obrażaniem homoseksualistów. Jego głos, sposób mówienia, gesty – to jest takie dziwne, że aż fajne. Dosłownie za każdym razem, gdy na ekranie pojawia się Aro, uśmiecham się. Wystarczy już sam widok wiecznie zadowolonej gęby. Nie wiem, czy jest to celowy zabieg, czy jakaś wpadka, ale jego występ był na swój sposób śmieszny. Jest wiecznie zadowolony ze wszystkiego, rzuca to swoje „Come to me!” na lewo i prawo. Nie da się go nie polubić.

Ostatecznie Aro daje się przekonać, że Renesmee nie jest zagrożeniem, bo Alice przyprowadziła ze sobą Indianina, który wygląda jak taki stereotypowy mieszkaniec zapomnianej przez Boga wioski w Andach. Żyją długo i szczęśliwie, a Jacob żyje z siedmioletnią dziewczynką, która wygląda na dorosłą osobę.

Ten film jest beznadziejny.
Konflikt nie ma sensu, jego rozwiązanie nie ma sensu, dialogi są głupie, żarty nieśmieszne, Jacob jest pedofilem, efekty są badziewne, a stereotypy wręcz obraźliwe. Do tego Renesmee jest jak przedmiot, robi to, co jej każą i nawet niewiele mówi, bo potrafi kontaktować się z innymi za pomocą myśli.

Jaskier

PS Klik.

Read Full Post »

W minionym tygodniu zaliczyłem seans serialu Sherlock (bardzo przyjemnie spędzone osiem godzin). Wcześniej oczywiście widziałem filmy z Robertem Downey’em Jr. i nie mogę powiedzieć, żeby któraś z tych dwóch wersji była znacznie lepsza. A na pewno się od siebie różnią, to widać na pierwszy rzut oka. Dlatego w tej notce nie będę ich oceniał, a jedynie porównam najważniejsze fragmenty każdej z nich. Bo przecież lepiej cieszyć się z świetnego serialu i serii filmów, niż narzekać i szukać dziury w całym. Dodam jeszcze, że kilka lat temu w okresie podstawówki było mi dane zapoznać się z oryginałem, aczkolwiek jakiegoś wielkiego fana i znawcy tamtego wizerunku nie mam zamiaru zgrywać.
Sherlock Holmes
Kawał dobrej roboty! Mówię tu zarówno o aktorstwie i napisaniu postaci. Każdy z Holmesów jest inny, ale absolutnie kupuję obie wersje. Widzimy ich przy pracy, podczas rozwiązywania zagadek, podczas walki, słuchamy tego, co mają do powiedzenia. Co ciekawe, wyraźnie dostrzegamy fakt, że obie postacie zostały oparte na tym samym rusztowaniu. Z książkowego Sherlocka zaczerpnięto wybitne umiejętności detektywistyczne i inteligencję. Nawet gra na skrzypcach i korzystanie z przebrań występuje u obu postaci. Nie pamiętam, czy w oryginale Holmes był aż takim ekscentrykiem, jak te dwie wersje i czy również miał taki problem w kontaktach z innymi ludźmi, aczkolwiek wydaje mi się, że trudny charakter pasuje do niezmierzalnego IQ i aż takiej pewności siebie. Podoba mi się też motyw z nudą męczącą detektywa – w momencie braku pracy Sherlock dosłownie wariuje.

John Watson
Ponownie – kawał świetnej roboty. Z jednej strony mamy Watsona rozdartego między miłość i przyjaźń, a z drugiej weterana z Afganistanu, który próbuje ułożyć sobie życie po powrocie do Londynu. Szczerze lubię obie kreacje i nie potrafiłbym wskazać, która bardziej przypadła mi do gustu. Każdy z doktorów jest idealnie wpasowany w świat, którego jest częścią i obaj równoważą dziwactwo głównego bohatera. Co więcej, żaden z Watsonów nie jest jedynie jakimś tam człowieczkiem w tle, wiecznie stojącym za plecami Holmesa – to pełnoprawne i wyraźnie nakreślone postacie.

Reszta
Wiele bohaterów pojawia się w obu adaptacjach, ale ponownie zauważamy, że, bazując na tym samym materiale, inaczej rozłożono nacisk na poszczególne postacie i związane z nimi wątki. Siłą rzeczy w serialu wszystkiego (poza efektami specjalnymi i sekwencjami walki) jest więcej, a wynika to bezpośrednio z tego, że dwie wydane dotychczas serie to około dziewięć godzin materiału (przy czterech z drobnym haczykiem w filmowej wersji). Historie tych ludzi również są świetnie napisane, choć muszę przyznać, że pod tym względem lepiej prezentuje się serial. Mycroft jest ciekawy, postać Irene jest interesująca, obłąkany Moriarty jest świetny, to wręcz genialnie napisany i zagrany szwarccharakter, momentami widziałem w nim Jokera – świra, który chce jedynie, aby dookoła zapanował chaos. Uwielbiam też jego nagłe zmiany nastroju, w czasie spokojnej rozmowy potrafi nagle wrzasnąć, by już po chwili na powrót być opanowanym.
W filmie również występuje Moriarty i również czuć od niego władczość, a także niezwykły intelekt. Świetna jest scena, w której gra z Sherlockiem w szachy, w czym nie przeszkadza im nawet odejście od szachownicy. Aczkolwiek jest to antagonista innego rodzaju i kalibru, niż serialowy odpowiednik. Jak jakiś zły polityk, który ma zamiar zdobyć możliwe największe wpływy, ale nie robi tego dla pieniędzy, bo pieniądze już ma. Jest po prostu zły.

Czym się różnią?
Przede wszystkim produkcje z Robertem Downey’em to filmy akcji. Owszem, Sherlock jest genialnym detektywem, ale bijatyk i wybuchów jest tu więcej, niż uczciwego rozwiązywania kolejnych spraw. Jeśli miałbym wskazać jakąś wadę, to z pewnością byłaby to zbyt duża ilość scen walki w stosunku do długości filmów. Z kolei w Sherlocku jest za dużo gadania o gejach. Serio, chyba w każdym odcinku ktoś sugeruje, że Holmes i Watson są parą, bo… nie wiem, mieszkają razem? Nawet po przyjeździe do hotelu właściciel informuje ich, że niestety nie ma już wolnej dwójeczki. Po co? Bawimy się w polityczną poprawność, czy to jakieś dziwne poczucie humoru scenarzystów? Jeśli chodzi o komediową stronę serialu, to ludzi pewnie bawi stosunek Holmesa do innych, w tym policjantów, których uważa za idiotów. Wierzcie mi, spotkanie kogoś takiego w prawdziwym życiu nie jest zabawne. Wszyscy znajomi mi to mówią. Świetne było nawiązanie do wizerunku Sherlocka ze starszych filmów i książkowych ilustracji. Zostało dokładnie wyjaśnione, skąd wzięła się charakterystyczna „Czapka Sherlocka” Z kolei filmy naładowane są dialogami niejako pisanymi pod Downey’a, nie muszą oczywiście bawić wszystkich, ale mnie odpowiadają.

Sherlock Holmes i jego kontynuacja to jedne z lepszych filmów przygodowych ostatnich lat, w drugiej części nie zrobiło się dziwnie (w stylu Piratów z Karaibów), mamy do czynienia z wartką akcją, intrygą, świetnymi bohaterami i sporą dawką efektów specjalnych. Serial bije na głowę inne znane mi produkcje, w których chodzi o rozwiązywanie zagadek i poszukiwanie mordercy (CSI etc.). Dla kreacji głównego duetu aktorów, szalonego Moriarty’ego, postaci Irene Adler i dobrze poprowadzonej intrygi z pewnością warty jest obejrzenia. Są to dosyć luźne adaptacje książek sir Arthura Conana Doyle’a, co jednak nie przeszkadza im dostarczać widzowi sporej dawki frajdy.

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »