Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2017

Oscary rozdane, czas rozdać najważniejsze Jaskiery.
Oto, moim skromnym zdaniem, pięć najlepszych rozrywkowych filmów 2016 roku. :D

Kolejność według daty polskiej premiery.

***

Ave, Cezar!, reż. Joel Coen, Ethan Coen

Ave, Cezar! idealnie chwyta pewne wyobrażenie o Hollywood i przerabia je na język filmowy. Jedna wytwórnia i jeden człowiek, który jest za wszystko odpowiedzialny, tysiące spraw, których musi upilnować i dopiąć na ostatni guzik.
Josh Brolin wywiązuje się z powierzonej mu roli fenomenalnie, a i drugiemu planowi nie można nic zarzucić. Mimo iż konkretne role to pewne znajome stereotypy, to zostały rozpisane i zagrane bardzo elegancko.
Film jednak przede wszystkim wygląda niesamowicie – różnorodne plany zdjęciowe, scenografia, kostiumy z epoki, a wszystko starannie uchwycone okiem kamery.
Polecam. ;)

Po więcej zapraszam do mojego tekstu, który powstał ponad rok temu: KLIK.

***

Kapitan Ameryka: Civil War, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Kolejny film na tej liście jest zgoła odmienny – dynamiczny, pełen akcji i humoru, ale jednocześnie potrafiący zatrzymać się, dać bohaterom czas na porozmawianie, widzom na złapanie oddechu. W finale w odpowiedni sposób uderza w cięższy ton, nie popadając przy tym w zbędny i nudny patos.
Nie sposób nie zauważyć, że sukces tej produkcji w lwiej części gwarantowany jest przez to, że to niejako kolejna część serii. Znamy te postaci od lat, widzieliśmy ich rozwój i zmiany ich relacji, dzięki temu doskonale rozumiemy, kto jest kim i dlaczego opowiada się po którejś ze stron.
Jednocześnie Civil War stanowiło bardzo dobre wprowadzenie dla nowych postaci – Black Panthera i Spider-Mana. Kto wcześniej czekał na film o królu Wakandy przebranym za czarnego kota?

Jeśli na Infinity War Marvel naszykuje coś jeszcze lepszego (wszak dopiero to będzie zwieńczeniem trzech faz MCU), to nie wiem, jak taką porcję wrażeń wytrzymam, nie mdlejąc w kinowym fotelu.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Zwierzogród, reż. Byron Howard, Rich Moore

Jedyny film na tej liście, którego w ciągu roku szerzej nie omawiałem na moim blogasku. Za to od czasu premiery zdążyłem obejrzeć go w dwóch wersjach językowych. :P
W minionych latach produkcje Disneya nie były jakoś szokująco dobre, jasne, ciężko się doczepić do Krainy lodu czy coś, ale moim zdaniem ostatni naprawdę dobry Disney był w 2012 roku (Ralph Demolka). Zwierzogród robi robotę.
Jest tutaj mnóstwo ciekawych, dobrze zrealizowanych pomysłów. Sposób, w jaki skonstruowano tytułowe miasto, jest niesamowity, powinni zrobić jakiś animowany serial na DisneyXD o pracy policji i pokazywać, pokazywać tej kreatywności jak najwięcej.
Żarty są świetne i różnorodne, chociaż w głównej mierze opierają się na cechach zwyczajowo przypisywanych poszczególnym gatunkom zwierząt – leniwce są powolne, króliki mają dużo potomstwa etc. Oklepane, ale w tym przypadku jakoś tak magicznie działa.
Morał jest w porządku, mimo iż po prostu to banalne hasełko o tym, że nie wolno oceniać innych pochopnie, że ludzie zwierzęta się zmieniają. Proste, aczkolwiek podane w odpowiedni sposób.

Niestety, mogę porównać tylko z Moaną, więc nie wiem, czy Oscar jest w pełni zasłużony, czy pozostałe produkcje nie okazałyby się moim zdaniem jeszcze lepsze. Na pewno Zwierzogród jest lepszy od Moany.

Podsumowując – bardzo, bardzo dobra animacja, nadaje się zarówno dla maluchów, jak i dorosłych. 8/10, polecam.

***

Arrival, reż. Denis Villeneuve

Arrival pojawiło się znikąd. To nie film superbohaterski, nie ma wielkich robotów, ani choćby nawet spektakularnych wybuchów w CGI. Za to posiada kosmitów oraz – przeciwnie niż wiele innych produkcji – scenariusz zawierający fabułę. Autentycznie wciągającą, klimatyczną, zaskakującą fabułę.
Film porusza istotną kwestię tego, jak ważna jest komunikacja – w zasadzie cały jest o tym, że różni ludzie, z różnych stron świata na jakiś sposób próbują porozumieć się z obcymi, dowiedzieć się, dlaczego przybyli. Jednocześnie pokazuje, że pomimo braku tak drastycznych różnic, jak między ludźmi, a heptopodami, poszczególne kraje nie są w stanie dogadać się i w stu procentach współpracować.

Cały czas jest to także świeży i doskonały film o przybyciu obcych.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Rogue One, reż. Gareth Edwards


Brudne i brutalne – Gwiezdne wojny, na jakie czekałem. The Force Awakens nie spełnił nadziei, jakie w nim pokładałem, ale Rogue One dał mi za to jeszcze więcej.

Oczywiste jest to, że filmy wchodzące w skład głównej sagi pewnych granic przekraczać nie mogą – muszą iść utartymi ścieżkami, podążać bezpiecznymi szlakami Kina Nowej Przygody. Miejsce na eksperymenty, różnej maści skoki w bok pojawiło się na szczęście w nowo powstałym fragmencie Expanded Universe, produkcjach z nagłówkiem A Star Wars Story, których to pierwszym przedstawicielem był Rogue One.
Jest to film inny od znanych nam Star Warsów, lecz jednocześnie mocno osadzony w stylistyce, a także świecie Odległej Galaktyki. Czuć, że wydarzenia z tego filmy dzieją się za rogiem, na zapleczu tego świata.
W mojej opinii są to najlepsze Gwiezdne wojny od czasów Imperium kontratakuje.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Uff, w końcu podsumowanie minionego roku za nami.

Co według Was wypadło najlepiej? Zapraszam do komentowania. ;)

Jaskier

PS Pozwolę sobie jeszcze zamieścić adnotację o tym, czego nie udało mi się zobaczyć w minionym roku, a na co miałem ochotę wybrać się do kina:

Zmartwychwstały
Kung Fu Panda 3
Łowca i Królowa Lodu
Gdzie jest Dory?
Księga dżungli
Tarzan: Legenda
Ghostbusters

Reklamy

Read Full Post »

Przed Wami moje zestawienie najciekawszych, najmocniej zapadających w pamięć, no i tak ogólnie moim zdaniem najlepszych ról w 2016 roku. Pogrupowane zostały na następujące kategorie – Mała i Duża rola w filmie popcornowym. O przydzieleniu do danej kategorii decydowały głównie ilość czasu ekranowego oraz istotność dla fabuły.
Kolejność według polskiej premiery.

Zapraszam do czytania. ;)

Mała rola w filmie popcornowym

Chadwick Boseman, jako T’Challa/Czarna Pantera w filmie Civil War

Chadwick Boseman zamiast się wymądrzać i biadolić, jak to biali nie potrafią skakać nie dopuszczają czarnych do filmów, mógłby dawać więcej takich popisów jak w Civil War. Od jego postaci bije tutaj charyzma, pewność siebie, powaga i dostojność. Przez cały czas czuć, że T’Challa pochodzi z królewskiego rodu, budzi respekt wśród pozostałych bohaterów filmu. Jednocześnie jako jedyny potrafi w porę ochłonąć, odsunąć od siebie pragnienie zemsty, zastąpić je chęcią wymierzenia sprawiedliwości.

Cóż, co tu dużo mówić – po jego występie w trzeciej części Kapitana Ameryki ludzie nie mogą doczekać się solowego filmu Czarnej Pantery.

***

Karl Urban, jako doktor McCoy w filmie Star Trek Beyond

Karl Urban jest we wszystkim i gdzie się nie pojawi, tworzy oryginalną postać. Trochę jak Gary Oldman, tylko bez okresu grania łotrów w filmach science-fiction.
W nowych Star Trekach jest od samego początku, wcielając się w pokładowego lekarza na USS Enterprise.
Moim zdaniem robi najlepszą robotę spośród obsady nowej serii – pozostali aktorzy również dobrze się spisują, aczkolwiek np. wysunięci na pierwszy plan Chris Pine oraz Zachary Quinto z pewnych przyczyn, w które nie chce mi się teraz zagłębiać, zobowiązani są do duplikowania ról o wiele bardziej charyzmatycznych aktorów.
Dzięki temu popis Urbana lśni o wiele jaśniej, pozwalając mu wnieść do Gwiezdnej Wędrówki nonszalancję, sarkazm i butelkę czegoś mocniejszego.

Aha, zapomniałbym – #BringBackDREDD.

***

Jai Courtney, jako Kapitan Boomerang w filmie Suicide Squad

Jai Courtney do tej pory znany był z tego, że ma agenta cudotwórcę. Dostawał role w dużych filmach – duże role (chociażby Kyle’a Reese’a w Terminatorze: Genisys). Nigdy jednak nie dało się o nim powiedzieć czegokolwiek więcej niż – beztalencie.
W końcu jednak – ku zdziwieniu chyba wszystkich – odnalazł się w jakiejś roli. Jego interpretacja Kapitana Boomeranga, niezbyt bystrego dresiarza, szubrawca i osoby pozbawionej przyzwoitości oraz kręgosłupa moralnego była jednym z jaśniejszych punktów sponiewieranego w poprzednim wpisie Suicide Squad.

***

Benedict Wong, jako Wong w filmie Doctor Strange


Benedictowi Wongowi powierzone było trudne zadanie – Wong w komiksach jest mistrzem kung-fu, ale jednocześnie służącym Doktora Strange’a. Dosłownie służącym – parzącym herbatę i otwierającym drzwi Azjatą. Jak uciec od tego stereotypu w czasach, gdy rynek chiński nieustannie rośnie i przynosi coraz większe dochody?
Twórcy uporali się z tym problemem całkiem sprytnie, kładąc nacisk na zdolności oraz wiedzę bohatera. Dlatego też w kolejnych filmach pełnić będzie raczej rolę sojusznika i doradcy tytułowego maga.
Benedict Wong wnosi do odgrywanej postaci powagę mnicha z Dalekiego Wschodu, ale jednocześnie potrafi rzucić dobrym tekstem. Scenka, w której słucha piosenki Beyonce albo ta, w której gani Strange’a za lekkomyślnie obchodzenie się z jednym z Kamieni Nieskończoności, na pewno każdemu zapadły w pamięć

***

James Earl Jones, jako Darth Vader w filmie Rogue One: A Star Wars Story

Kto widział, ten wie, dlaczego postać Dartha Vadera zasłużyła, by znaleźć się w tym zacnym gronie. Poza tym – jak mógłbym przepuścić okazję i nie wyróżnić Jamesa Earla Jonesa. Przecież ten głos jest legendarny!

A kto nie widział, ten trąba.

***

Duża rola w filmie popcornowym

Sylvester Stallone, jako Rocky Balboa w filmie Creed

Sly w formie! Po całej serii zdobytych Złotych Malin oraz trzech częściach Niezniszczalnych, które mi niezbyt przypadły mi do gustu, wraca do roli, która otworzyła mu drzwi do salonów Hollywood i wpuściła go na czerwone dywany.
Zamiast udawać, że taplanie się w błocie i zabijanie czołgów łukiem wciąż mu wypada, Sylvester Stallone wciela się w rolę, jaka mu w pewien naturalny sposób przysługuje – mentora bohatera z nowego pokolenia.
I – no – jest w niej bezbłędny.

***

Ryan Reynolds, jako Wade Wilson/Deadpool w filmie Deadpool

Ryan Reynolds zrobił niesamowitą robotę, nie tylko grając Deadpoola, ale zaciekle przez lata walcząc o to, by film o tym antybohaterze w ogóle powstał. Po tym gwałcie na postaci, jakim był Baraka w Geneza: Wolverine, Wade Wilson zasługiwał na porządny film ze swoim udziałem. Tak się szczęśliwie złożyło, że Fox rzucił trochę drobnych i produkcja ta mogła powstać.

Rola Reynoldsa nie skończyła się po ostatnim klapsie na planie filmowym, kampania marketingowa (która notabene ostatecznie okazała się lepsza od samego filmu) powinna zostać wyróżniona i nagrodzona. A pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Reynolds.

Niesamowitą drogę przeszedł ten aktor – od dennych komedii romantycznych oraz nadziewania bułeczek miłością w Wiecznym studencie – do przenoszenia na ekran takiego bohatera, jakim jest Deadpool. I to w jakim stylu!

***

Chris Evans, jako Steve Rogers/Kapitan Ameryka w filmie Civil War

Podobną drogę przeszedł Chris Evans – od głupawych komedii o amerykańskich nastolatkach i kiepskich filmów o superbohaterach, do wcielania się w amerykańską ikonę.
Jest coś urzekającego w tym Rogersie i to nie tylko w zestawieniu z kiczowatymi wersjami z poprzednich dekad – Evans nadaje swojej postaci niezbędnej charyzmy. Potrafi zagrać człowieka z minionej epoki – wyposażonego w adamantowy kręgosłup moralny i będącego wzorem dla innych herosów zupełnie inaczej niż Superman Cavilla, chociaż ja bym bardziej winił Snydera. Podczas gdy zachwycaliśmy się, moim zdaniem zasłużenie, Downeyem i jego Tonym Starkiem, w jego cieniu zabłysnął ktoś inny – Chris Evans z ikoniczną rolą Kapitana Ameryki.
Nie wiem, jak ci ludzie to robią, ale castingi mają bezbłędne.

***

Amy Adams, jako Louise Banks w filmie Arrival


Amy Adams w filmie o próbie nawiązania kontaktu z rasą obcych.
Jak to dobrze, że aktorka ta miała okazję wykazać się w tym filmie (w innych zapewne też, ale ten widziałem), w przeciwieństwie do innej produkcji, w której rozmawia z kosmitą.
Cały ciężar filmu spoczywa na barkach Amy Adams i ta dzielnie go dźwiga, przekazując widzowi istotną lekcję o tym, jak ważna jest zdolność do komunikacji. Nie jest to rola pełna aktorskiego szarżowania czy czegoś w tym stylu, aczkolwiek zdecydowanie zapada w pamięć, a końcowy zwrot fabularny, który wywraca całe nasze rozumienie tej postaci, jej motywów i zachowań, uwidacznia nieliniowość fabuły i stanowi wisienkę na torcie.

***

Felicity Jones, jako Jyn Erso w filmie Rogue One: A Star Wars Story


Wielu zarzucało temu filmowi, że jego główna bohaterka w mgnieniu oka zmienia zdanie i od postawy: Mam w dupie całe to Imperium i całą tę waszą Rebelię, przechodzi do rzucania na prawo i lewo haseł o tym, jak to warto ginąć za dobrą sprawę.
I no niby tak – zmiana jest bardzo drastyczna i ma miejsce w krótkim czasie. Moim zdaniem jest jednak silnie umotywowana przez emocje Jyn. Po kilkunastu latach życia w nieświadomości, że jej ojciec konradwallenroduje przeciwko Imperium, dziewczyna dowiaduje się o roli, jaką ten wybitny inżynier dla siebie zaplanował. Dowiaduje się, że poświęcił swoje siły i życie, by Galaktyka była dla niej i pozostałych mieszkańców lepszym miejscem. Dla mnie jest tak jakby oczywiste, że chciała uhonorować jego postawę i zupełnie oddała się misji, której przez tak wiele lat był wierny.
Scena po wysłuchaniu wiadomości od ojca, w której Felicity Jones przekazuje pełne spektrum emocji, dowodzi słuszności mojej interpretacji jej zachowania i daje aktorce miejsce na tej liście.

***

Tak to wygląda, jeszcze tylko najlepsze filmy i będziemy to mieć za sobą. ;)

Jakie role w 2016 roku Wam najbardziej zapadły w pamięć?

Jaskier

Read Full Post »

A cóż to?
Czy to ptak? Samolot?
Nie – to nowa kategoria w moich podsumowaniach roku!

Znalazło się tutaj pięć filmów, o których myślałem, że chociaż będą spoko albo będzie się je przyjemnie oglądało. Są takie filmy, o których wiem, że będą złe, kiepskie i w ogóle niby niegodne polecenia, a i tak dają mi coś, co sprawia, że nie mogę ich nazwać okropnym gównem (TMNT2, Bogowie Egiptu, żeby nie wykraczać poza 2016 rok).
Na tej liście ich nie znajdziecie, zamiast tego poniżej wypunktowałem pięć tytułów, które były:
– nudne;
– obrażające widza;
– marnujące potencjał pierwowzoru/poprzedniej części;
– wtórne;
– jeszcze raz nudne.

***

Londyn w ogniu reż. Babak Najafi

Pamiętacie taki film Olimp w ogniu? Ja pamiętam, nawet mile wspominam. Gerard Butler wcielił się w nim w agenta Secrete Service, który bohatersko stawił czoła koreańskim terrorystom, którzy przejęli kontrolę nad centrum naszego Wszechświata, czyli Białym Domem w Washington D.C.

Sequel z ubiegłego roku kompletnie nie spełnia oczekiwań, jakie wobec niego miałem. Pomimo rozdmuchania akcji, nadaniu jej większej, międzynarodowej skali – nie ma tu praktycznie nic godnego uwagi. Jedna – dosłownie jedna – scena warta zapamiętania i podkreślająca kozackość głównego bohatera – kiedy po przedzieraniu się przez całe miasto w końcu Manning i prezydent docierają do bezpiecznej kryjówki, agent wypija duszkiem szklankę wody, bo cały dzień ratowania dupy prezydenta nieźle go zmordował, a głowa państwa kulturalnie, jak pizda, bierze mały łyczek i odkłada swoją szklankę.
Jedna scena, w której główny bohater pokazał, jak wielkim kozakiem i prawdziwym mężczyzną jest.

Tym razem oponentami stają się muzułmanie. Podczas ceremonii pogrzebowej premiera Wielkiej Brytanii, dokonują superzamachu, w zasadzie przejmując kontrolę nad całym Londynem i mordując przedstawicieli państw UE. Wiecie – nie-Merkel, nie-Hollande’a itd. Z prezydentem USA im się nie udaje, bo wybudował wielki mur jego ochroniarz jest jedynym kompetentnym ochroniarzem na świecie.

No i tak biegają po tym Londynie, strzelają, spada śmigłowiec (to jeszcze dzisiaj wróci), Morgan Freeman zastanawia się, co tutaj w ogóle robi – w ogóle nie czułem tych emocji, które towarzyszyły mi podczas oglądania pierwszej części. No i też ciężko już było uwierzyć w ten atak koreańskich najemników, ale jeszcze się przymykało na to oko, ale tutaj? Całe miasto, służby brytyjskie, ochrona gości – wszyscy wyglądają jak pijane dzieci we mgle.

Było mi autentycznie przykro, gdy oglądałem Londyn w ogniu.

***

Suicide Squad reż. David Ayer

O tym filmie na pewno pamiętacie, swego czasu był wszędzie, także u mnie.

Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę, który z ubiegłorocznych filmów Warnera/DC tutaj umieścić, w końcu zdecydowałem, że Suicide Squad bardziej na to zasługuje. Ciężko było mieć nadzieję na to, że Batman v Superman okaże się dobre. Film Davida Ayera mógł się udać, cholera, najprawdopodobniej istniała kiedyś jakaś spójna, jednolita wersja, którą dało się oglądać bez zgrzytania zębami. Ale w kinach zostało nam pokazane co innego i to to należy oceniać.

I przez ocenianie rozumiem ostre krytykowanie.

Suicide Squad miało (i powinno) być produkcją o bandzie łotrów, którzy zostają zmuszeni do współpracy, wykonania jakiejś misji, której ze względów wizerunkowych superbohaterowie albo regularne służby nie mogą się podjąć. Powinien być o zgrai złoczyńców, z których każdy ma swój cel i chciałby się jak najszybciej zwinąć z tej imprezy, ale ładunek wybuchowy umieszczony w czaszce to uniemożliwia.

Film, jaki zobaczyłem w kinie, składał się w głównej mierze z pośladków Margot Robbie, Willa Smitha jako poczciwego mordercy na zlecenie, który robi wszystko dla swojej córki, kilku typów, którzy niby są źli, ale uczą się, że „rodzina” jest najważniejsza, Jokera z miłości uganiającego się za Harley Quinn, spadających śmigłowców i muzyki dodanej do scen może nie losowo, ale na pewno kompletnie nieudolnie.

Innymi słowy – Suicide Squad marnuje potencjał tych postaci, marnuje potencjał reżysera i stanowi bardzo słabe wprowadzenie postaci Jokera do DCEU. Po tych dwóch gównianych filmach Wonder Woman na poziomie Iron Mana 2  albo chociaż The Amazing Spider-Man będzie sukcesem.

***

Killing Joke reż. Sam Liu, scenariusz: Brian Azzarello

Killing Joke to jedna z tych komiksowych historii, które wymieniane są jako najważniejsze dla gatunku superhero albo i nawet ogólniej – jedna z ważniejszych powieści graficznych, jakie kiedykolwiek powstały. Historia Jokera, Batmana i – co najważniejsze – Jamesa Gordona, Białego Rycerza Gotham City.
Animowana adaptacja niby to zawiera, ponieważ jest i Joker, i Batman (powracający w swoich kultowych rolach Hamill i Conroy), i pan komisarz Gordon, ale jest też prolog z Batgirl, w którym bohaterka ma seks z Batmanem(sic!). Trzeba było coś dodać do fabuły (komiks liczy tylko nieco ponad czterdzieści stron) i zdecydowano się na zaakcentowanie roli Batgirl, ale zrobiono to w tak nieudolny sposób, że aż się smutno człowiekowi robi.
W dodatku całość wygląda naprawdę biednie, kreska jest paskudna, a animacja kuleje – nie rozumiem, dlaczego skierowali akurat ten film do kin.

Co ja się będę więcej produkował – zerknijcie do mojej recenzji tej animacji – KLIK.

***

Sekretne życie zwierzaków domowych reż. Chris Renaud, Yarrow Cheney

Po obejrzeniu zwiastuna tej animacji spodziewałem się ciepłego filmu o rozrabianiu zwierzaków pozostawionych w mieszkaniach właścicieli, kiedy ci wyszli do pracy. Zamiast tego dostałem do bólu typową komedię o psie i nowym psie, którzy początkowo się nie lubią, przeżywają przygody podczas podróży przez NY i na koniec dnia zostają najlepszymi przyjaciółmi. To jest wręcz obraźliwe.

Ja nie wiem, co jest z tym studiem, widzę potencjał w ich projektach, ale finalnie nie wychodzą z tego dobre filmy. Jak ukraść księżycSing to dwa, które mi się podobały, ale też nie mogę powiedzieć, że mnie urzekły. Mam wrażenie, że zarówno Minionki, jak i Sekretne życie zwierzaków domowych sprawdziłyby się o wiele lepiej jako krótkometrażówki albo może miniseriale?

No bo na początku rzucają nam jakieś fajne scenki ze zwierzakami, które robią masę szalonych rzeczy, kiedy są pozostawione same sobie, ale potem przechodzą do tej nudnej fabuły o uczeniu się, jak ważna jest przyjaźń. Robią z tego wielką przygodę, z pościgami samochodowymi, tajną organizacją anty-udomowionych zwierząt, bitwą na Moście Brooklińskim, obżeraniem się parówkami do tego stopnia, że ma się narkotykowe wizje – dajcie spokój.

Najlepsze sceny, zupełnie zresztą nieoddające bylejakości tego filmu, zostały pokazane już w zwiastunach – mówcie, co chcecie, mnie najbardziej bawi gruby kot wyjadający wszystko z lodówki, pudel słuchający metalu i jamnik masujący sobie plecy w robocie kuchennym.

Obejrzyjcie zwiastun, ale całość sobie darujcie. Nie warto.

***

Księgowy reż. Gavin O’Connor

Ben Affleck nie może zaliczyć minionego roku do udanych – najpierw BvS okazał się kupą gówna, potem Księgowy objawił się widzom jako nudny film marnujący potencjał pomysłu i zaangażowanych aktorów, również Live by Night, gdzie grał główną rolę i który reżyserował, nie został przyjęty entuzjastycznie. Na tej liście jest Księgowy, bo 1) ile można się pastwić nad Snyderem i 2) tego trzeciego filmu nie widziałem.

Miał to być trzymający w napięciu thriller z elementami akcji, genialnym głównym bohaterem i porywającą intrygą.
Wyszło nudne filmidło z nielicznymi scenami akcji, które niczym nie zachwycały, coś w sam raz na wieczorny seans w stacji na „p”.

Film stara się być czymś w rodzaju któregoś Bourne’a, ale zupełnie mu się to nie udaje. Finałowy zwrot akcji i ujawnienie sekretó bohaterów nie robi żadnego wrażenie, ponieważ się nimi zupełnie nie przejmujemy.

Księgowy marnuje potencjał obsady (prócz Afflecka wystąpili tu J.K. Simmons, Anna Kendrick i Jon Bernthal). Mimo iż ci utalentowani ludzie robią, co mogą, to dzisiaj – po kilku miesiącach od seansu – niewiele pamiętam. Scenariusz nie pozwolił im zabłysnąć, nie dostali niczego, z czym mogliby pracować.

Również sam Ben Affleck nie robi wrażenia. Dostał rolę osoby chorej, nieradzącej sobie w kontaktach z innymi ludźmi, ale gra to jakoś tak dziwacznie. Niby z jednej strony unika obcych i nie ma bliskich, ale gdy Anna Kendrick siada obok niego podczas przerwy na obiad, to wygląda na zupełnie zdrowego. W sumie, gdyby obok mnie usiadła Anna Kendrick z wyraźną chęcią nawiązania bliższej znajomości, to wyleczyłoby mnie to ze wszystkiego.

Szkoda gadać, mogło z tego być coś fajnego, ale twórcy się zupełnie pogubili.

***

No, to teraz mnie dopingujcie, żebym szybko napisał dwa następne zestawienia – o rolach i dobrych filmach.

Co Wam nie podobało się w 2016 roku?
Na czym się zawiedliście?
Piszcie w komentarzach.

Jaskier

Read Full Post »