Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Grudzień 2016

Hej, hej, hej! Czas pochwalić się nieco tym, co znalazłem pod choinką… uprzednio samodzielnie to tam włożywszy.

Po drobnych perturbacjach* paczki z gadżetami dotarły do klientów. W tym także do mnie.

Do zakupu zostałem skuszony ciekawą tematyką oraz promocją, jaka pojawiła się pod koniec listopada. Ale głównie tematyką. Fantastycznych światów jest bowiem tyle, że na pewno w paczce trafi się coś, co mnie niebotycznie usatysfakcjonuje – tak sobie myślałem, decydując się na zakup kota w worku. Władca Pierścieni, Wiedźmin, Warcraft, Heroes, Warhammer – w zasadzie każdy rycerzowo-potworowy świat prezentuje się w moich oczach interesująco.

Witaj.

Przejdźmy zatem do opisu i oceny poszczególnych składowych paczki.

***

KOSZULKA

T-shirt jest obowiązkowym elementem wchodzącym w skład Pixel-Boxa, a także każdej innej paczki z nerdowskimi gadżetami, jakiej rozpakowanie widziałem. Uwierzcie mi, trochę tego było.
Paczka w tym miesiącu zawierała koszulkę z Zeldy, wyprodukowaną przez Bioworld. Hura!(?)

Nie zrozumcie mnie źle, projekt nadruku jest w porządku, jakość na pierwszy rzut oka też niczego sobie, zobaczymy jeszcze, jak zniesie pranie. Na plus na pewno to, że jest czarna, a nie jakaś fikuśna kolorowa. Licencjonowana odzież swoje kosztuje, ceny tej koszulki na eBayu zaczynają się od 12 euro (sprawdzane pobieżnie).

Mimo iż nigdy w żadną część cyklu nie grałem, to będę nosił, nadruk mi się podoba.

***

FIGURKA

Bardzo liczyłem na to, że nie będzie Funko POP-a i niestety się przeliczyłem.

Mimo wszystko, figurka nie jest tragiczna, ma mnóstwo detali i rogaty hełm, dzięki któremu głowa nie jest typową dla tej marki bryłą z czarnymi kółkami w miejscach oczu.


Niestety, dla mnie wartości sentymentalno-nerdowskiej nie posiada, ponieważ w Skyrima grałem bardzo krótko. Figurka jednak jest spoko, jedna z lepszych wielkogłowych pokrak, jakie widziałem. W zasadzie jest dość neutralna – wygląda jak typowy mroczny wojownik z dowolnego typowego uniwersum fantasy, nieznajomość gry więc nie uniemożliwia zupełnie cieszenia się nią. No ale – Gandalf to to nie jest.

Sprezentuję ją bratu.

***

DUŻY FANT

Oprócz koszulki i figurki zazwyczaj można liczyć na jakiś praktyczny gadżet. Czy to inspirowaną jakąś grą solniczkę, czy to skarpety lub kubek.
W tym miesiącu było takie coś:

W pierwszej chwili miałem problem z rozkminieniem, cóż to takiego, ale na szczęście opakowanie zawiera wszystkie niezbędne informacje.

Jest to taki dynks, którego się używa podczas jedzenia jajka na miękko. Jestem wielkim fanem tak przyrządzonych jajek, mam wszystkie ich płyty, w dodatku akurat faktycznie potrzebowałem takiego fanta, gdyż poprzedni gdzieś się zagubił podczas przeprowadzki.
Uważam to za najlepszą składową grudniowego Pixel-Boxa, być może właśnie dlatego, że kiedyś przez pół godziny chodziłem po sklepie z wszelkiej maści kuchennym ekwipunkiem, szukając właśnie czegoś takiego. A tu przyszło i to nawet w nerdowskiej wersji.

Jakby co, podstawka działa, wczoraj przetestowałem.

***

MAŁY FANT

Czwartym elementem paczki był medalik z Harry’ego Pottera. Ma kształt złotego znicza i można go zawiesić na łańcuszku na szyi, ale jakoś nie czuję takiej potrzeby. Aha, łańcuszka w paczce brak.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że jakaś fanka Harry’ego montuje sobie ten bibelot we własnoręcznie zrobionej bransoletce, ale ja nie mam pojęcia, co z czymś takim zrobić. Na to miejsce wolałbym jakikolwiek brelok, który mógłbym przyczepić do kluczy. Albo replikę Jedynego Pierścienia. Z łańcuszkiem.

***

RESZTA

W paczce znajdowała się jeszcze widoczna powyżej drobnica – dwie wlepki, dwie przypinki i kartonik informujący o możliwości wygrania fakiegoś fanta dzięki umieszczeniu zdjęcia z zawartością tego Pixel-Boxa na swoim Instagramie.

***

PODSUMOWANIE

Paczka mnie nie zachwyciła, powiedziałbym nawet, że lekko się rozczarowałem. Pomimo tematu przewodniego, który – jak sądziłem – idealnie mi podpasuje, większość składowych paczki oceniam na – co prawda – dobrze wykonane, aczkolwiek nie w pełni satysfakcjonujące. Tak jest z koszulką i figurką. Złoty znicz to z kolei pierdółka, którą najprawdopodobniej wrzucę do szuflady i o niej zapomnę. Jedynie podstawka na jajko mnie naprawdę totalnie urzekła – jest to gadżet praktyczny i akurat mi potrzebny. Z tym jednym Pixel-Box trafił bezbłędnie.


Potraktowałem tę paczkę jako test i – niestety – Pixel-Box go oblał. Nie sądzę, bym w przyszłości zdecydował się jeszcze raz na zakup takiego pudełka-niespodzianki. Taką kwotę lepiej wydać na jakiś konkretny nerdowski gadżet, z którego będzie się w stu procentach zadowolonym. Tak przynajmniej uważam.
A jakie jest Wasze zdanie?
Jak oceniacie tego Pixel-Boxa?
Może zamawiacie jakieś inne paczki z nerdowskimi fantami?

Dajcie znać w komentarzach. ;)

***

*Zewnętrzny dostawca coś pokiełbasił z wysyłką jednego fanta i do klientów w tym miesiącu paczki dotarły z lekkim opóźnieniem, choć i tak przed Świętami. Mi to tam różnicy i tak nie robi, bo do domu wróciłem dwa dni po wizycie kuriera.

Tak przynajmniej zrozumiałem maila z BOK-u. Którego otrzymałem bardzo sprawnie. Za to należy się pochwała.

Jaskier

WPIS NIE JEST SPONSOROWANY.

Read Full Post »

Rok temu napisałem, że idąc na The Force Awakens, chciałem czegoś nowego, czegoś świeżego, czegoś, co jest Gwiezdnymi wojnami, ale jednocześnie nie jest powtórką z rozrywki.
Wreszcie to dostałem. :D

Disney się otrząsnął i po słabawym siódmym epizodzie, wydał na świat pierwszy film niewchodzący w skład sagi Skywalkerów, który wgniata w kinowy fotel. Naprawdę to zrobili. Aż się chce człowiekowi płakać ze szczęścia (i nie tylko). Bowiem Rogue One jest najlepszym aktorskim, pełnometrażowym filmem SW od czasów Imperium kontratakuje.
Idźcie, koniecznie obejrzyjcie w kinach. Ja sam wybiorę się chyba na drugi seans.

Co jest takiego wspaniałego w tym filmie?
Klimat jest cudowny.
Ogólnie chodzi o to, że jest Sojusz i słabo jest być jego członkiem, ale gdyby nie Rebelianci, to Imperium by ostatecznie zatryumfowało. Dlatego też wielu ludzi, spośród których niektórzy pamiętają jeszcze lepsze czasy, a inni wychowywali się już w złowrogim cieniu rzucanym na całą Galaktykę przez Imperium, bohatersko stawia opór. Często nie ma w ich czynach nic chwalebnego – trzeba kogoś zlikwidować, zamordować z zimną krwią, trzeba zrobić coś, co przyniesie represje na cywilach, czasem konieczne jest odwalenie po całości Konrada Wallenroda. To nie jest świat bohaterów. To jest świat zaprawionych w partyzantce i szpiegostwie ludzi, którym niestraszne jest zginąć i tak samo niestraszne jest kogoś zabić.

I to jest cudowne, bo do tej pory w filmach tego nie widzieliśmy. Tego zaplecza Rebelii. W Starej Trylogii wyglądało to tak, jakby Luke pokonał Imperium solo*. Tam przecież musiały być całe zastępy żołnierzy, pilotów i techników, którzy oddali życie, by pierwszoplanowi bohaterowie mogli zrealizować cele całego Sojuszu.
O tych bezimiennych postaciach jest Rogue One.

***

Film rozkręca się powoli – po krótkim wstępie przedstawiającym nam przeszłość Jyn Erso, głównej bohaterki, dostajemy jeszcze całą masę scen, w których zapoznajemy się z kolejnymi postaciami. Następnie akcja się rozwija, ale dalej niespiesznie, dostajemy pierwsze, naprawdę satysfakcjonujące sceny walki, trochę ckliwości, trochę słów o marzeniach i walce o słuszną sprawę. Potem akcja przenosi się na inną planetę, gdzie nieco nabiera tempa, ale tylko trochę, znów mamy superowe sceny akcji, ale zaraz przenosimy się do bazy Rebeliantów, by wysłuchać debaty pomiędzy jej przywódcami. Można by rzec, że twórcy próbują uśpić naszą czujność, gdyż gdy już po chwili zaczną włączać wyższe biegi, to wszystko dziać się będzie tylko szybciej i szybciej.
Tak jakby rozgrywali partię szachów – rozstawiają figury na planszy i – gdy są już gotowi – przeprowadzają ostateczne natarcie, a my – niczego niespodziewający się widzowie – możemy tylko chłonąć to, co dociera do nas z ekranu. A jest to naprawdę świetne, intensywne i wbija się głęboko pod czaszkę.

***

Nie chcę się rozpisywać zbyt długo na temat postaci, żeby nie zepsuć Wam frajdy płynącej z samodzielnego poznawania kto jest kim w tym zespole, napiszę więc tylko tyle, że każdy ma swoje miejsce, każdy ma coś do zrobienia, każdy zostanie zapamiętany. Może niekoniecznie z imienia, ale bez trudu będzie się dało daną postać opisać, powiedzieć, jak pomogła, co zrobiła.
Nasunęło mi się dzisiaj porównanie z Hobbitem, tym filmowym. Tam krasnoludów możemy się doliczyć tylko dlatego, że czytaliśmy książkę i wiemy, że było ich trzynastu. Tutaj – rzecz jasna – z racji mniejszej liczby członków załogi tytułowego Łotra 1 łatwiej było twórcom przedstawić postacie, dać każdej z nich moment albo dwa, dzięki którym poczujemy do niej sympatię i zaczniemy trzymać za nią kciuki.

***

Jyn Erso (w tej roli Felicity Jones) wypada poświęcić jednak kilka linijek. W końcu jest twarzą tej produkcji.
Ja jej występ kupuję. Gdy ma być zadziorna, gdy ma podnosić wysoko głowę dumna z własnej samodzielności, gdy ma być głosem nadziei dla całej Rebelii, jest taka naprawdę. W tym ostatnim jest także urocza. Jest jeden moment w filmie, gdy odbiera wiadomość od ojca, wzruszona pada na kolana i początkowo wydawało mi się, że „trochę” przesadza z ekspresją, ale kiedy później się z nim spotkała, pierwszy raz od lat, to zrozumiałem, że tamten płacz był płaczem dziewczynki, która została oddzielona od rodziców.

Gdy film trwał i trwał, zastanawiałem się, która z drugoplanowych postaci zdobędzie moje największe uznanie i przez większość czasu sądziłem, że laur pierwszeństwa przypadnie robotowi K-2SO, któremu głos podkładał Alan Tudyk. Film jest dosyć ciężki i sposób interakcji tej postaci ze wszystkimi dookoła bardzo dobrze rozładowuje napięcie. Wszelkie żarty związane z droidem są trafione w punkt.

Gdy jednak już opadł kurz po bitwie, gdy przygasły światła, w ciemności rozbłysł miecz świetlny Dartha Vadera. Ta relatywnie krótka scena, w której w zasadzie nie ma dialogów, ale naprawdę dużo się dzieje, niemalże kradnie cały spektakl, którego doświadczamy. Nie przebija, nie przykrywa to prawdziwego zakończenia, świetnie je natomiast dopełnia, stanowi idealny epilog.
Darth Vader pokazany jest jako prawdziwy, budzący grozę przekozak.

***

Pojawiło się nieco kontrowersji związanych z występem Carrie Fisher i Petera Cushinga (sic!). Z racji upływu czasu od premiery Nowej nadziei i faktu, iż Rogue One dzieje się bezpośrednio przed nią, nie można było po prostu zaangażować aktorki, no a aktor jest już świętej pamięci, więc tym bardziej nie mógł pojawić się na planie. Dlatego też zrobiono komputerowe hokus-pokus i księżniczka Leia została odmłodzona, a Wielki Moff Tarkin wrócił z zaświatów.
W przypadku Carrie Fishier nie powiedziałbym, że nie mamy do czynienia z aktorką, która faktycznie była na planie, gdybym nie wiedział, jak wygląda ona teraz. Być może dlatego, że ma tylko jedną kwestię i pojawia się na krótką chwilę.
Z kolei jeśli chodzi o Tarkina, to ma znacznie więcej czasu ekranowego, sporo linii dialogowych i – niestety – widać, że to CGI. Kojarzył mi się z postaciami z Opowieści wigilijnej z Carreyem. Tylko nie w konwencji kreskówki. Był na tyle ludzki, aczkolwiek jednocześnie na tyle komputerowy, że łapał się w otoczenie minimum doliny niesamowitości. Cóż jednak mieli zrobić?

***

W punkt trafiają wszystkie nawiązania do poprzednich filmów (i nie tylko filmów). Podczas gdy W Nowej Trylogii George Lucas wpychał nam brutalnie na siłę odniesienia i pokracznie łączył wątki – R2 na statku z Naboo, C3PO zbudowany przez Anakina etc. etc., tak tutaj wszelkie gwiezdnowojenne odciski palców są integralną częścią filmu. A to migną w jednej scenie wspomniane droidy, a to ktoś wspomnie o Obi-Wanie, a to przez megafon wzywana jest generał Syndulla – nie powoduje to odruchu wymiotnego, jaki towarzyszył Mrocznemu widmu, Atakowi klonów i Zemście Sithów. Wręcz przeciwnie – idealnie się komponuje i stanowi smaczek dla miłośników marki.

***

W porównaniu do tego filmu Przebudzenie Mocy jest gniotem. Nowa Trylogia jest jeszcze większym gniotem. Miejmy nadzieję, że franczyza obierze teraz prawidłowy kurs i za rok również będę mógł napisać, że jestem zachwycony tym, co zobaczyłem w kinie. Jeśli tak mają wyglądać również kolejne spin-offy, to ja się już nie mogę doczekać.

***

*Wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać.

***

Korzystając z tego, że to ostatni wpis przed świętami Bożego Narodzenia, chciałbym Wam życzyć wszystkiego najlepszego i niech Moc będzie z Wami.
Przeżyjcie te Święta w spokojnej, rodzinnej atmosferze, odetchnijcie od zabieganej codzienności.

Jaskier

Read Full Post »

Arrival wyskoczył pod koniec tego roku niczym Filip z konopi i mało brakowało, a nie obejrzałbym go w kinie. Naprawdę, dosłownie mało – zastanawiałem się, czy pójść, czy nie pójść, byliśmy na zakupach i dopiero wtedy podjąłem męską decyzję o tym, że zostaję w galerii na film.
Była to moja najlepsza nagle podjęta decyzja kinowa w tym roku.

Jakby to ująć?…
Największą zaletą Arrival jest to, że potrafi zaskakiwać, że w zasadzie do końca nie wiadomo, co się podzieje i jak wszystko się skończy. Chociaż tak naprawdę to nie i to jest jeszcze lepsze. Cudowne jest to, że film ten przez cały czas balansuje na granicy sztampowości i lawiruje pomiędzy oklepanymi schematami rodem z Emmericha albo nawet i Baya, jakby podchodząc do nich od drugiej, tej prawidłowej, niedającej raka, strony. Wreszcie, po tylu latach smętów, wybuchów i machania przed statkiem obcych amerykańską flagą, dane jest nam obejrzeć produkcję, której fajność nie polega na tym, że strzelają, świeci się, a popcorn nie jest przypalony.

Idźcie i obejrzyjcie, gdzieniegdzie jeszcze grają.

***

A tych, którzy już widzieli i nawet wyrazili swoją chęć poczytania czegoś więcej poprzez lajeczki na fanpejczu, zapraszam do zapoznania się z dokładniejszą opinią. Uprzedzam, że mogę zdradzić nieco zbyt wiele.

Od samego początku wszystkie znaki wskazują na to, że Arrival nie będzie typową historią o tym, że kosmici przylecieli do Ameryki i jakiś dzielny murzyński pilot albo żydowski informatyk będą musieli ich jakoś sprytnie pokonać. Film rozpoczyna się scenami retrospekcji z życia głównej bohaterki (Amy Adams), przedstawiając widzom jej wspomnienia dotyczące córki. Widzimy kilka momentów z krótkiego życia dziewczynki, nieszczęśliwie kończy się ono chorobą i śmiercią. Po tym zdarzeniu Louise – bo tak ma na imię protagonistka – niejako zamyka się w sobie i wiedzie monotonny żywot wykładowcy lingwistyki.

W zasadzie tego stanu rzeczy nie przerywa nawet przybycie na Ziemię kilkunastu statków obcych. Louise Banks nie ma bowiem z kim uciekać, mieszka sama, nie ma nawet psa, którego mogłaby nerwowo szukać w ogrodzie, przed odpaleniem pickupa i wyruszeniem. Informacja o przybyciu obcych zastaje ją podczas zajęć, gdy jeden ze studentów prosi o włączenie telewizora w sali. W zasadzie bohaterka oraz wszyscy inni ludzie nie mają nawet przed czym uciekać, gdyż statki po prostu są. Zawisły nad ziemią i nieruchomo trwają, zwiastując… no właśnie – co?

Dlaczego przybyli?

Tak jakoś się w kinie utarło, że skoro już przybywają, to w wybitnie niepokojowych celach, od razu kogoś kasują laserem, wybucha jeden bądź drugi charakterystyczny budynek etc.
Z tego też powodu bierność przybyszów wzbudza nawet większe poruszenie, niż gdyby rozpoczęli anihilację ludzkości. Jeśli przybyli tu z zamiarem podboju, to na co czekają? Jeśli natomiast ich celem nie jest podbicie Ziemi, to co w takim razie tutaj robią?

Zadanie znalezienia odpowiedzi na to pytanie zostaje powierzone przez armię Louise. Nie dlatego, że tak, tylko po prostu posiada już stosowne dokumenty, gdyż wcześniej pomagała w walce z islamistami, tłumacząc z ichniego na angielski, więc nie będzie konieczne uruchamianie ciągnących się procedur. Jako że żołnierze dobrzy są przede wszystkim w strzelaniu, a tym razem trzeba trochę pomyśleć, armia zapewniła pani lingwistce wsparcie Iana Donnelly’ego (J.Renner)… który jest fizykiem. I umie robić różne fizyczno-matematyczne rzeczy.
Ponieważ mundurowi znają się tylko na skutecznym wykonywaniu rozkazów, polegających ostatnimi czasy głównie na niesieniu demokracji w roponośnych rejonach świata, to nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że poznanie odpowiedzi na przedstawione wyżej pytanie, jest zadaniem w głównej mierze polegającym na znalezieniu sposobu jego zadania.
W przeciwieństwie do innych filmów o kosmitach przybywających na Ziemię, sam proces komunikacji stanowi tutaj problem. O niego oparta jest fabuła. Nie dość, że ludzie nie znają języka heptopodów, to nawet myślą w inny sposób. Sposób, który uniemożliwia proste porozumienie się. Nie ma tutaj żadnej kosmicznej ryby, która pełnić będzie rolę tłumacza symultanicznego, nie ma możliwości porozumienia się binarnie, nie ma odpowiedzi na ciąg Fibonacciego.

To uczucie, gdy siedzisz na skraju kinowego fotela i już zaraz spodziewasz się wybuchów, a tu nagle okazuje się, że nie będzie żadnych spektakularnych eksplozji, jest niepowtarzalne.

***

Jest to jeden z lepszych filmów 2016 roku. Na to, jak bardzo jest dobry, składa się kilka czynników – przede wszystkim fabuła, która jest nadrzędna wobec innych składowych, dobór aktorów (Amy Adams rządzi w tym filmie), znakomite, acz oszczędnie stosowane i pomysłowe efekty specjalne, poruszane kwestie – wszystko to zlepione jest do kupy i uformowane w coś niezwykle oryginalnego.

Jaskier

Read Full Post »

Czwarty sezon wystartował całkiem nieźle. Jasne – pierwsza połowa miała kilka bolączek, ale potrafiła zaoferować wystarczająco dużo ciekawych rzeczy, żeby sprawiać frajdę z oglądania. Niesmak po słabawym sezonie trzecim zniknął bez śladu i można się było cieszyć jak dziecko z regularnych występów Ghost Ridera.
Do czasu ostatniego odcinka przed zimową przerwą…
Zacznijmy jednak od pozytywów.

Już finał poprzedniego sezonu zwiastował duże zmiany – w epilogu dane nam było zobaczyć, że Coulson przestał być dyrektorem, S.H.I.E.L.D. czekały zmiany – wyjście z cienia, przeniesiono akcję o kawał czasu do przodu. Również nowa pora emisji oraz zapowiedź pojawienia się Ghost Ridera pozwalały myśleć, że idzie nowe.
No i w zasadzie przyszło, większość wątków pokazanych w tych pierwszych ośmiu odcinkach jest ciekawa, wszystko, że się tak wyrażę, gra, budzi ciekawość i sprawia, że czeka się na kolejny odcinek i zastanawia nad tym, jak to wszystko się rozwinie.

Wątek Ghost Ridera prowadzony był bardzo dobrze, Robbie jest postacią, której rozterki łatwo zrozumieć – z jednej strony musi opiekować się bratem, zarabiać pieniądze na utrzymanie, z drugiej w jego głowie siedzi łaknący zemsty demon, który wespół z nim wymierza jakąś wersję sprawiedliwości. Taką, w której wpadasz do kryjówki gangu i załatwiasz wszystkich bandytów, których zastaniesz wewnątrz. No i trzeba pamiętać, że Ghost Rider to nie byle jaka postać, a dodatkowe gościnne pojawienie się Johny’ego Blaze totalnie bierze widzów z zaskoczenia i wywołuje wielkiego banana na twarzy, lecz jednocześnie uwypukla potężną wadę tego serialu – takich krótkich występów powinno być o wiele więcej. Cała masa postaci trzymana jest z dala od telewizyjnego zakątka MCU stacji ABC, mimo iż mogłaby pozytywnie wpłynąć na odbiór tego serialu.
No ale Robbie/Ghost Rider wypada na plus, podobała mi się jego interakcja ze starą gwardią serialu, odpowiadał mi sposób jego przedstawienia, jego wygląd, jego moce. Fajnie było móc zobaczyć tu gościa, który ma w dupie to, że coś mu wybuchło w twarz, który mógł – dosłownie – przejść przez ogień.

Na początku sezonu było trochę kwasu z Daisy a.k.a. Quake, która walczyła samodzielnie z przeciwnikami Inhumans, nie chcąc wrócić do S.H.I.E.L.D., bo jej chłopak umarł. Bo wiecie, nie mogłaby sobie poradzić ze śmiercią któregoś ze swoich przyjaciół, więc wolała działać solo. Na szczęście zostało to ucięte.

Równocześnie, nieco zakulisowo, toczył się wątek konstruowania sztucznej inteligencji przez doktora Radcliffe’a. Pomagał mu Fitz i – rzecz jasna – osiągnęli sukces. Aida, bo tak nazywa się ten LMD*, potrafi imitować ludzkie zachowanie tak skutecznie, że May, Coulson, a także nowy dyrektor nie są w stanie rozpoznać w niej robota.

Bardzo ważnym przedmiotem, który pojawia się w tym sezonie, jest Darkhold. Mroczna księga, spisana najprawdopodobniej przez demony lub zainspirowana ich podszeptami, pozwala korzystać z technologii wyprzedzającej o lata obecny stan wiedzy, czerpać energię z innych wymiarów, pobierać z nich materię, a nawet przenosić ludzi z jednego do drugiego. Nie jest to jednak łatwe, a ludzki umysł nie jest w stanie wyjść bez szwanku z przeczytania choćby kilku stronic Darkhold.
Bardzo podoba mi się to, że stanowi to pomost pomiędzy nauką zazwyczaj występującą w tym serialu, w tym uniwersum, a magią i mistyką, która pojawiła się w Doctorze Strange’u. Moją teorię odnośnie właśnie tego, jak to się trzyma kupy, przedstawię innym razem. Jeśli umieracie z niecierpliwości i musicie o tym przeczytać, to dajcie znać w komentarzach. To na pewno przyspieszy proces pisania takiego tekstu i nada mu wyższy priorytet.

Jest jeszcze wciąż ciągnięty wątek Inhumans, których świat wciąż się boi i wciąż traktuje jak mutantów nieufnie. Ewidentnie jednak nie mieli na to konkretnego pomysłu (co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że cały poprzedni sezon nie mieli), nie jestem pewien, czy szykują coś na dalszą część sezonu, czy może jedynie zapewniają widzów, że dalej problem Inhumans istnieje i że warto czekać na poświęcony im serial, który pojawi się już w przyszłym roku.
Mnie ten wątek tutaj męczył.

***

No i dochodzimy do odcinka ósmego, który powinien zatrząść fabułą serialu, postawić pytania bez odpowiedzi, zaprezentować jakąś tajemnicę, której rozwiązanie poznamy dopiero wiosną.
Co się natomiast dzieje w ósmym epizodzie?

  • Ghost Rider znika, historia zemsty demonicznej składowej tej postaci zostaje pominięta. Jeśli liczyliście na walkę z piekielnymi hordami na ich własnym podwórku, to możecie o tym zapomnieć, bo na główny plan w serialu zostanie wysunięte co innego. Kurde, przez większą część tego odcinka Robbie po prostu stoi uwięziony w pomieszczeniu! Nawet nie dostał godnego pożegnania. Co za marnotrawstwo i leniwe podejście do pisania scenariusza.
  • Zagrożenie ze strony opętanego żądzą siły użytkownika Darkhold zostaje zażegnane.
  • Okazuje się, że Aida – po przeczytaniu Darkhold – zultroniała. W dodatku plakat zapowiadający powrót po przerwie ma podtytuł LMD*(pierwszy miał Ghost Rider), więc przez następne odcinki bohaterscy agenci mierzyć się będą ze sztuczną inteligencją, z robotycznymi kopiami samych siebie, nie będzie wiadomo, kto jest maszyną, a kto prawdziwym człowiekiem.

Brzmi co najmniej sztampowo i – kurde – motyw Darkhold, piekielnej zemsty Ghost Ridera, naukowy mistycyzm i mistyczna nauka, podróże pomiędzy różnymi wymiarami – to przecież zapowiadało się tak pięknie, a zostało beznamiętnie ucięte w ósmym odcinku. ;(

***

Nie wiem no, może zrobią z tym coś ciekawego, chociaż trochę nie chce mi się wierzyć. Bardziej niż na dobry plan, wygląda to na wyczerpanie pomysłów i przede wszystkim budżetu.

Jaskier

*Life Model Decoy

Read Full Post »

Gdy byłem tydzień temu* na Arrival, podczas oglądania szeregu zwiastunów, rzecz jasna przeplatanych reklamami banków i słodyczy, naszła mnie myśl, że może by tak jednak zainwestować w kartę Cinema City Unlimited. Szybko porachowałem, ile to jest 42 razy 12 podzielone przez 17 i wyszło mi, że żeby to się w ogóle opłacało, trzeba by było być w ciągu roku na trzydziestu seansach. Co najmniej.

No i tak to za mną chodziło, więc postanowiłem trochę lepiej się temu przyjrzeć, zaprząc jakieś narzędzia matematyczne, coś poestymować. Pamiętajcie, że analiza robiona była z mojej własnej perspektywy – osoby studiującej w Krakowie.

Zapraszam do zapoznania się z wynikami moich rozważań. ;)

***

Przede wszystkim – po wykupie abonamentu seanse są darmowe*. * znaczy ni mniej, ni więcej tyle, że niektóre nie są – szczegóły w regulaminie. Dopłaty nie są konieczne jedynie w przypadku filmów 2D. Wszelkie seansy w IMAX-ach, 3D, 4DX, te wszystkie inne dziwne, na które się raczej nie chodzi, wymagają dopłaty. Z tego co rozumiem, niektóre kina doliczają jeszcze dodatkową opłatę za wypożyczenie okularów do oglądania.
No ale cóż, wiadomo, że seanse 3D są droższe.

Żeby w ogóle zacząć coś liczyć, trzeba było coś oszacować, przyjąć jakąś średnią dopłatę za seans. Stwierdziłem, że raz na pięć idzie się do IMAX-a, raz na 3D, pozostałe trzy to tradycyjne seanse. Stąd uśredniona wartość dopłaty wynosząca 1,20 zł za jeden seans.
Analogiczne rozumowanie dla sytuacji, gdy nie posiadamy karty CC Unlimited – raz IMAX, raz 3D, trzy razy 2D. Stąd średnio seans kosztuje (wliczając skandaliczną dopłatę za zakup biletu przez Internet) 21,00 zł.

Rady typu „Ej, przecież możesz chodzić, gdy jest taniej – na tygodniu albo jeszcze lepiej w środy, kiedy obowiązuje promocyjna oferta.” na niewiele mi się zdadzą, gdyż mam albo zajęcia w godzinach popołudniowo-wieczornych, albo muszę uczyć się na zajęcia, które mam następnego dnia rano. Sporadyczne sytuacje w roku, gdy mógłbym skorzystać z ceny promocyjnej, giną w statystycznym szumie.
Poza tym – działałoby to na niekorzyść usługi Unlimited, a ja mam już gotowy wniosek i nie chcę, by wyszło na to, że wziąłem pod uwagę jakiś szczególny przypadek.

***

Sytuację obrazuje poniższy wykres – niebieskie punkty i dofitowana prosta odpowiadają sytuacji z kartą, bordowe sytuacji bez karty. Oś rzędnych to wydana kwota, oś odciętych to ilość seansów. Rzecz jasna, wartości na osi X mogą być jedynie całkowite.

Jak rozumie każde dziecko, bardziej opłaca się to, co jest niżej, więc dla małej liczby seansów w skali roku karta nie ma sensu, dla dużej wręcz przeciwnie. Przyjrzyjmy się punktowi granicznemu pomiędzy dwoma sytuacjami.

21x = 1,2x + 504

19,8x = 504

x = 25,(45)

Ponieważ interesują nas jedynie x całkowite, to widać, że pomyślenie o skorzystaniu z usługi CC Unlimited, ma sens, jeśli jesteśmy w kinie co najmniej 26 razy w roku. Przy czym, zaoszczędzona w taki sposób kwota równa jest 10,80 zł. Na dobrą sprawę, nie starczy nawet na popcorn w kinowym barku. Nie inwestuje się pięciu stówek, żeby zaoszczędzić dychę, nieprawdaż? Każdy następny seans zwiększa zaoszczędzoną kwotę o 19,80 zł, więc już dla 30 seansów w roku w kieszeni zostaje nam 90,00 zł, dla 40 są to już niemalże trzy stówki (288,80 zł).

***

Tym, co nas ogranicza, jest jednak czas. Nie tylko na studiach – wszak praca, dzieci, rodzina i innego rodzaju obowiązki również są ważniejsze od regularnych, cotygodniowych lub nawet częstszych wizyt w kinie.
Skoro kwestie finansowe zostały już przeanalizowane, skupmy się na możliwościach zrealizowania ambitnego planu obejrzenia 40 seansów w ciągu roku.
Teoretycznie wydaje się to banalnie proste – rok liczy 52 tygodnie, do dyspozycji mamy więc 52 weekendy. Hej, nawet nie musimy być co tydzień w kinie! STOP
W moim przypadku od 52 weekendów w roku muszę odjąć weekendy wypadające w miesiącach wakacyjnych – lipcu, sierpniu i wrześniu. Na mojej prowincji nie ma kina Cinema City, w którym mógłbym zrealizować swój hipotetyczny abonament. Koszt dojazdu przerósłby może i dwukrotnie cenę biletu.
52-12=40
Więc wychodzi na to, że jednak co tydzień trzeba będzie swoje w kinie odsiedzieć. Albo raz na jakiś czas obejrzeć dwa seanse z rzędu. STOP
A co z weekendami wypadającymi w trakcie świąt i ferii?
40 – w1L – wBN – wPM – wW – w1M = ?
w1L – weekend wypadający w okolicy pierwszego listopada = 1;
wBN – weekendy wypadające w obrębie przerwy bożonarodzeniowej = 3;
wPM – weekendy przerwy międzysemestralnej = 2;
wW – Wielkanoc = 1;
w1M – weekend wypadający w okolicy 1 maja = 1;

40 – 1 – 3 – 2 – 1 – 1 = 32
Nie pozostaje więc żadne okienko, wielokrotnie trzeba będzie wybrać się na kilka następujących po sobie seansów, a musicie przyznać, że 32 to i tak dość dużo – przeciętny student wraca do domu na weekend o wiele częściej niż ja, zawsze też może coś niespodziewanego wypaść, nawet niekoniecznie zmuszającego do wyjazdu z Krakowa – różne obowiązki na miejscu mogą skutecznie uniemożliwić długą, pięciogodzinną wizytę w kinie.

***

Pozostaje jeszcze jedna, bardzo istotna kwestia – ile filmów w ciągu roku mamy ochotę obejrzeć? Gdyby na szybko przejrzeć listę premier, to bez wątpienia znajdzie się nawet i więcej niż 40 produkcji, a kilka zapewne warto by było obejrzeć więcej niż jeden raz. Jednakże to jest teoria, a praktyka jest bolesna i w moim przypadku nie byłbym w stanie zobaczyć każdego filmu w kinie. Tym bardziej, jeśli miałoby to być kino konkretnej sieci. Tym bardziej, że w okresie wakacyjnym do najbliższego kina tej sieci mam półtora godziny jazdy.

***

Podsumowując, oferta CC Unlimited to idealne wyjście dla ludzi, którzy lubią i mogą często oglądać filmy w kinie. Przeznaczona raczej dla mieszkańców większych miast, którzy nie muszą zawracać sobie głowy kwestią dojazdu do miejscowości, w której sieć Cinema City ma swoją placówkę.
Gdybym nie był studentem, to bez wahania wykupiłbym sobie taki kinowy abonament.

***

Materiał NIE powstał przy współpracy z siecią kin Cinema City.

Ani tym bardziej we współpracy z jakąkolwiek inną siecią kin.

*Dzisiaj (04.12.2016r.) to już dwa.

Jaskier

Read Full Post »