Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Felicity Jones’

Oscary rozdane, czas rozdać najważniejsze Jaskiery.
Oto, moim skromnym zdaniem, pięć najlepszych rozrywkowych filmów 2016 roku. :D

Kolejność według daty polskiej premiery.

***

Ave, Cezar!, reż. Joel Coen, Ethan Coen

Ave, Cezar! idealnie chwyta pewne wyobrażenie o Hollywood i przerabia je na język filmowy. Jedna wytwórnia i jeden człowiek, który jest za wszystko odpowiedzialny, tysiące spraw, których musi upilnować i dopiąć na ostatni guzik.
Josh Brolin wywiązuje się z powierzonej mu roli fenomenalnie, a i drugiemu planowi nie można nic zarzucić. Mimo iż konkretne role to pewne znajome stereotypy, to zostały rozpisane i zagrane bardzo elegancko.
Film jednak przede wszystkim wygląda niesamowicie – różnorodne plany zdjęciowe, scenografia, kostiumy z epoki, a wszystko starannie uchwycone okiem kamery.
Polecam. ;)

Po więcej zapraszam do mojego tekstu, który powstał ponad rok temu: KLIK.

***

Kapitan Ameryka: Civil War, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Kolejny film na tej liście jest zgoła odmienny – dynamiczny, pełen akcji i humoru, ale jednocześnie potrafiący zatrzymać się, dać bohaterom czas na porozmawianie, widzom na złapanie oddechu. W finale w odpowiedni sposób uderza w cięższy ton, nie popadając przy tym w zbędny i nudny patos.
Nie sposób nie zauważyć, że sukces tej produkcji w lwiej części gwarantowany jest przez to, że to niejako kolejna część serii. Znamy te postaci od lat, widzieliśmy ich rozwój i zmiany ich relacji, dzięki temu doskonale rozumiemy, kto jest kim i dlaczego opowiada się po którejś ze stron.
Jednocześnie Civil War stanowiło bardzo dobre wprowadzenie dla nowych postaci – Black Panthera i Spider-Mana. Kto wcześniej czekał na film o królu Wakandy przebranym za czarnego kota?

Jeśli na Infinity War Marvel naszykuje coś jeszcze lepszego (wszak dopiero to będzie zwieńczeniem trzech faz MCU), to nie wiem, jak taką porcję wrażeń wytrzymam, nie mdlejąc w kinowym fotelu.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Zwierzogród, reż. Byron Howard, Rich Moore

Jedyny film na tej liście, którego w ciągu roku szerzej nie omawiałem na moim blogasku. Za to od czasu premiery zdążyłem obejrzeć go w dwóch wersjach językowych. :P
W minionych latach produkcje Disneya nie były jakoś szokująco dobre, jasne, ciężko się doczepić do Krainy lodu czy coś, ale moim zdaniem ostatni naprawdę dobry Disney był w 2012 roku (Ralph Demolka). Zwierzogród robi robotę.
Jest tutaj mnóstwo ciekawych, dobrze zrealizowanych pomysłów. Sposób, w jaki skonstruowano tytułowe miasto, jest niesamowity, powinni zrobić jakiś animowany serial na DisneyXD o pracy policji i pokazywać, pokazywać tej kreatywności jak najwięcej.
Żarty są świetne i różnorodne, chociaż w głównej mierze opierają się na cechach zwyczajowo przypisywanych poszczególnym gatunkom zwierząt – leniwce są powolne, króliki mają dużo potomstwa etc. Oklepane, ale w tym przypadku jakoś tak magicznie działa.
Morał jest w porządku, mimo iż po prostu to banalne hasełko o tym, że nie wolno oceniać innych pochopnie, że ludzie zwierzęta się zmieniają. Proste, aczkolwiek podane w odpowiedni sposób.

Niestety, mogę porównać tylko z Moaną, więc nie wiem, czy Oscar jest w pełni zasłużony, czy pozostałe produkcje nie okazałyby się moim zdaniem jeszcze lepsze. Na pewno Zwierzogród jest lepszy od Moany.

Podsumowując – bardzo, bardzo dobra animacja, nadaje się zarówno dla maluchów, jak i dorosłych. 8/10, polecam.

***

Arrival, reż. Denis Villeneuve

Arrival pojawiło się znikąd. To nie film superbohaterski, nie ma wielkich robotów, ani choćby nawet spektakularnych wybuchów w CGI. Za to posiada kosmitów oraz – przeciwnie niż wiele innych produkcji – scenariusz zawierający fabułę. Autentycznie wciągającą, klimatyczną, zaskakującą fabułę.
Film porusza istotną kwestię tego, jak ważna jest komunikacja – w zasadzie cały jest o tym, że różni ludzie, z różnych stron świata na jakiś sposób próbują porozumieć się z obcymi, dowiedzieć się, dlaczego przybyli. Jednocześnie pokazuje, że pomimo braku tak drastycznych różnic, jak między ludźmi, a heptopodami, poszczególne kraje nie są w stanie dogadać się i w stu procentach współpracować.

Cały czas jest to także świeży i doskonały film o przybyciu obcych.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Rogue One, reż. Gareth Edwards


Brudne i brutalne – Gwiezdne wojny, na jakie czekałem. The Force Awakens nie spełnił nadziei, jakie w nim pokładałem, ale Rogue One dał mi za to jeszcze więcej.

Oczywiste jest to, że filmy wchodzące w skład głównej sagi pewnych granic przekraczać nie mogą – muszą iść utartymi ścieżkami, podążać bezpiecznymi szlakami Kina Nowej Przygody. Miejsce na eksperymenty, różnej maści skoki w bok pojawiło się na szczęście w nowo powstałym fragmencie Expanded Universe, produkcjach z nagłówkiem A Star Wars Story, których to pierwszym przedstawicielem był Rogue One.
Jest to film inny od znanych nam Star Warsów, lecz jednocześnie mocno osadzony w stylistyce, a także świecie Odległej Galaktyki. Czuć, że wydarzenia z tego filmy dzieją się za rogiem, na zapleczu tego świata.
W mojej opinii są to najlepsze Gwiezdne wojny od czasów Imperium kontratakuje.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Uff, w końcu podsumowanie minionego roku za nami.

Co według Was wypadło najlepiej? Zapraszam do komentowania. ;)

Jaskier

PS Pozwolę sobie jeszcze zamieścić adnotację o tym, czego nie udało mi się zobaczyć w minionym roku, a na co miałem ochotę wybrać się do kina:

Zmartwychwstały
Kung Fu Panda 3
Łowca i Królowa Lodu
Gdzie jest Dory?
Księga dżungli
Tarzan: Legenda
Ghostbusters

Reklamy

Read Full Post »

Przed Wami moje zestawienie najciekawszych, najmocniej zapadających w pamięć, no i tak ogólnie moim zdaniem najlepszych ról w 2016 roku. Pogrupowane zostały na następujące kategorie – Mała i Duża rola w filmie popcornowym. O przydzieleniu do danej kategorii decydowały głównie ilość czasu ekranowego oraz istotność dla fabuły.
Kolejność według polskiej premiery.

Zapraszam do czytania. ;)

Mała rola w filmie popcornowym

Chadwick Boseman, jako T’Challa/Czarna Pantera w filmie Civil War

Chadwick Boseman zamiast się wymądrzać i biadolić, jak to biali nie potrafią skakać nie dopuszczają czarnych do filmów, mógłby dawać więcej takich popisów jak w Civil War. Od jego postaci bije tutaj charyzma, pewność siebie, powaga i dostojność. Przez cały czas czuć, że T’Challa pochodzi z królewskiego rodu, budzi respekt wśród pozostałych bohaterów filmu. Jednocześnie jako jedyny potrafi w porę ochłonąć, odsunąć od siebie pragnienie zemsty, zastąpić je chęcią wymierzenia sprawiedliwości.

Cóż, co tu dużo mówić – po jego występie w trzeciej części Kapitana Ameryki ludzie nie mogą doczekać się solowego filmu Czarnej Pantery.

***

Karl Urban, jako doktor McCoy w filmie Star Trek Beyond

Karl Urban jest we wszystkim i gdzie się nie pojawi, tworzy oryginalną postać. Trochę jak Gary Oldman, tylko bez okresu grania łotrów w filmach science-fiction.
W nowych Star Trekach jest od samego początku, wcielając się w pokładowego lekarza na USS Enterprise.
Moim zdaniem robi najlepszą robotę spośród obsady nowej serii – pozostali aktorzy również dobrze się spisują, aczkolwiek np. wysunięci na pierwszy plan Chris Pine oraz Zachary Quinto z pewnych przyczyn, w które nie chce mi się teraz zagłębiać, zobowiązani są do duplikowania ról o wiele bardziej charyzmatycznych aktorów.
Dzięki temu popis Urbana lśni o wiele jaśniej, pozwalając mu wnieść do Gwiezdnej Wędrówki nonszalancję, sarkazm i butelkę czegoś mocniejszego.

Aha, zapomniałbym – #BringBackDREDD.

***

Jai Courtney, jako Kapitan Boomerang w filmie Suicide Squad

Jai Courtney do tej pory znany był z tego, że ma agenta cudotwórcę. Dostawał role w dużych filmach – duże role (chociażby Kyle’a Reese’a w Terminatorze: Genisys). Nigdy jednak nie dało się o nim powiedzieć czegokolwiek więcej niż – beztalencie.
W końcu jednak – ku zdziwieniu chyba wszystkich – odnalazł się w jakiejś roli. Jego interpretacja Kapitana Boomeranga, niezbyt bystrego dresiarza, szubrawca i osoby pozbawionej przyzwoitości oraz kręgosłupa moralnego była jednym z jaśniejszych punktów sponiewieranego w poprzednim wpisie Suicide Squad.

***

Benedict Wong, jako Wong w filmie Doctor Strange


Benedictowi Wongowi powierzone było trudne zadanie – Wong w komiksach jest mistrzem kung-fu, ale jednocześnie służącym Doktora Strange’a. Dosłownie służącym – parzącym herbatę i otwierającym drzwi Azjatą. Jak uciec od tego stereotypu w czasach, gdy rynek chiński nieustannie rośnie i przynosi coraz większe dochody?
Twórcy uporali się z tym problemem całkiem sprytnie, kładąc nacisk na zdolności oraz wiedzę bohatera. Dlatego też w kolejnych filmach pełnić będzie raczej rolę sojusznika i doradcy tytułowego maga.
Benedict Wong wnosi do odgrywanej postaci powagę mnicha z Dalekiego Wschodu, ale jednocześnie potrafi rzucić dobrym tekstem. Scenka, w której słucha piosenki Beyonce albo ta, w której gani Strange’a za lekkomyślnie obchodzenie się z jednym z Kamieni Nieskończoności, na pewno każdemu zapadły w pamięć

***

James Earl Jones, jako Darth Vader w filmie Rogue One: A Star Wars Story

Kto widział, ten wie, dlaczego postać Dartha Vadera zasłużyła, by znaleźć się w tym zacnym gronie. Poza tym – jak mógłbym przepuścić okazję i nie wyróżnić Jamesa Earla Jonesa. Przecież ten głos jest legendarny!

A kto nie widział, ten trąba.

***

Duża rola w filmie popcornowym

Sylvester Stallone, jako Rocky Balboa w filmie Creed

Sly w formie! Po całej serii zdobytych Złotych Malin oraz trzech częściach Niezniszczalnych, które mi niezbyt przypadły mi do gustu, wraca do roli, która otworzyła mu drzwi do salonów Hollywood i wpuściła go na czerwone dywany.
Zamiast udawać, że taplanie się w błocie i zabijanie czołgów łukiem wciąż mu wypada, Sylvester Stallone wciela się w rolę, jaka mu w pewien naturalny sposób przysługuje – mentora bohatera z nowego pokolenia.
I – no – jest w niej bezbłędny.

***

Ryan Reynolds, jako Wade Wilson/Deadpool w filmie Deadpool

Ryan Reynolds zrobił niesamowitą robotę, nie tylko grając Deadpoola, ale zaciekle przez lata walcząc o to, by film o tym antybohaterze w ogóle powstał. Po tym gwałcie na postaci, jakim był Baraka w Geneza: Wolverine, Wade Wilson zasługiwał na porządny film ze swoim udziałem. Tak się szczęśliwie złożyło, że Fox rzucił trochę drobnych i produkcja ta mogła powstać.

Rola Reynoldsa nie skończyła się po ostatnim klapsie na planie filmowym, kampania marketingowa (która notabene ostatecznie okazała się lepsza od samego filmu) powinna zostać wyróżniona i nagrodzona. A pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Reynolds.

Niesamowitą drogę przeszedł ten aktor – od dennych komedii romantycznych oraz nadziewania bułeczek miłością w Wiecznym studencie – do przenoszenia na ekran takiego bohatera, jakim jest Deadpool. I to w jakim stylu!

***

Chris Evans, jako Steve Rogers/Kapitan Ameryka w filmie Civil War

Podobną drogę przeszedł Chris Evans – od głupawych komedii o amerykańskich nastolatkach i kiepskich filmów o superbohaterach, do wcielania się w amerykańską ikonę.
Jest coś urzekającego w tym Rogersie i to nie tylko w zestawieniu z kiczowatymi wersjami z poprzednich dekad – Evans nadaje swojej postaci niezbędnej charyzmy. Potrafi zagrać człowieka z minionej epoki – wyposażonego w adamantowy kręgosłup moralny i będącego wzorem dla innych herosów zupełnie inaczej niż Superman Cavilla, chociaż ja bym bardziej winił Snydera. Podczas gdy zachwycaliśmy się, moim zdaniem zasłużenie, Downeyem i jego Tonym Starkiem, w jego cieniu zabłysnął ktoś inny – Chris Evans z ikoniczną rolą Kapitana Ameryki.
Nie wiem, jak ci ludzie to robią, ale castingi mają bezbłędne.

***

Amy Adams, jako Louise Banks w filmie Arrival


Amy Adams w filmie o próbie nawiązania kontaktu z rasą obcych.
Jak to dobrze, że aktorka ta miała okazję wykazać się w tym filmie (w innych zapewne też, ale ten widziałem), w przeciwieństwie do innej produkcji, w której rozmawia z kosmitą.
Cały ciężar filmu spoczywa na barkach Amy Adams i ta dzielnie go dźwiga, przekazując widzowi istotną lekcję o tym, jak ważna jest zdolność do komunikacji. Nie jest to rola pełna aktorskiego szarżowania czy czegoś w tym stylu, aczkolwiek zdecydowanie zapada w pamięć, a końcowy zwrot fabularny, który wywraca całe nasze rozumienie tej postaci, jej motywów i zachowań, uwidacznia nieliniowość fabuły i stanowi wisienkę na torcie.

***

Felicity Jones, jako Jyn Erso w filmie Rogue One: A Star Wars Story


Wielu zarzucało temu filmowi, że jego główna bohaterka w mgnieniu oka zmienia zdanie i od postawy: Mam w dupie całe to Imperium i całą tę waszą Rebelię, przechodzi do rzucania na prawo i lewo haseł o tym, jak to warto ginąć za dobrą sprawę.
I no niby tak – zmiana jest bardzo drastyczna i ma miejsce w krótkim czasie. Moim zdaniem jest jednak silnie umotywowana przez emocje Jyn. Po kilkunastu latach życia w nieświadomości, że jej ojciec konradwallenroduje przeciwko Imperium, dziewczyna dowiaduje się o roli, jaką ten wybitny inżynier dla siebie zaplanował. Dowiaduje się, że poświęcił swoje siły i życie, by Galaktyka była dla niej i pozostałych mieszkańców lepszym miejscem. Dla mnie jest tak jakby oczywiste, że chciała uhonorować jego postawę i zupełnie oddała się misji, której przez tak wiele lat był wierny.
Scena po wysłuchaniu wiadomości od ojca, w której Felicity Jones przekazuje pełne spektrum emocji, dowodzi słuszności mojej interpretacji jej zachowania i daje aktorce miejsce na tej liście.

***

Tak to wygląda, jeszcze tylko najlepsze filmy i będziemy to mieć za sobą. ;)

Jakie role w 2016 roku Wam najbardziej zapadły w pamięć?

Jaskier

Read Full Post »

Rok temu napisałem, że idąc na The Force Awakens, chciałem czegoś nowego, czegoś świeżego, czegoś, co jest Gwiezdnymi wojnami, ale jednocześnie nie jest powtórką z rozrywki.
Wreszcie to dostałem. :D

Disney się otrząsnął i po słabawym siódmym epizodzie, wydał na świat pierwszy film niewchodzący w skład sagi Skywalkerów, który wgniata w kinowy fotel. Naprawdę to zrobili. Aż się chce człowiekowi płakać ze szczęścia (i nie tylko). Bowiem Rogue One jest najlepszym aktorskim, pełnometrażowym filmem SW od czasów Imperium kontratakuje.
Idźcie, koniecznie obejrzyjcie w kinach. Ja sam wybiorę się chyba na drugi seans.

Co jest takiego wspaniałego w tym filmie?
Klimat jest cudowny.
Ogólnie chodzi o to, że jest Sojusz i słabo jest być jego członkiem, ale gdyby nie Rebelianci, to Imperium by ostatecznie zatryumfowało. Dlatego też wielu ludzi, spośród których niektórzy pamiętają jeszcze lepsze czasy, a inni wychowywali się już w złowrogim cieniu rzucanym na całą Galaktykę przez Imperium, bohatersko stawia opór. Często nie ma w ich czynach nic chwalebnego – trzeba kogoś zlikwidować, zamordować z zimną krwią, trzeba zrobić coś, co przyniesie represje na cywilach, czasem konieczne jest odwalenie po całości Konrada Wallenroda. To nie jest świat bohaterów. To jest świat zaprawionych w partyzantce i szpiegostwie ludzi, którym niestraszne jest zginąć i tak samo niestraszne jest kogoś zabić.

I to jest cudowne, bo do tej pory w filmach tego nie widzieliśmy. Tego zaplecza Rebelii. W Starej Trylogii wyglądało to tak, jakby Luke pokonał Imperium solo*. Tam przecież musiały być całe zastępy żołnierzy, pilotów i techników, którzy oddali życie, by pierwszoplanowi bohaterowie mogli zrealizować cele całego Sojuszu.
O tych bezimiennych postaciach jest Rogue One.

***

Film rozkręca się powoli – po krótkim wstępie przedstawiającym nam przeszłość Jyn Erso, głównej bohaterki, dostajemy jeszcze całą masę scen, w których zapoznajemy się z kolejnymi postaciami. Następnie akcja się rozwija, ale dalej niespiesznie, dostajemy pierwsze, naprawdę satysfakcjonujące sceny walki, trochę ckliwości, trochę słów o marzeniach i walce o słuszną sprawę. Potem akcja przenosi się na inną planetę, gdzie nieco nabiera tempa, ale tylko trochę, znów mamy superowe sceny akcji, ale zaraz przenosimy się do bazy Rebeliantów, by wysłuchać debaty pomiędzy jej przywódcami. Można by rzec, że twórcy próbują uśpić naszą czujność, gdyż gdy już po chwili zaczną włączać wyższe biegi, to wszystko dziać się będzie tylko szybciej i szybciej.
Tak jakby rozgrywali partię szachów – rozstawiają figury na planszy i – gdy są już gotowi – przeprowadzają ostateczne natarcie, a my – niczego niespodziewający się widzowie – możemy tylko chłonąć to, co dociera do nas z ekranu. A jest to naprawdę świetne, intensywne i wbija się głęboko pod czaszkę.

***

Nie chcę się rozpisywać zbyt długo na temat postaci, żeby nie zepsuć Wam frajdy płynącej z samodzielnego poznawania kto jest kim w tym zespole, napiszę więc tylko tyle, że każdy ma swoje miejsce, każdy ma coś do zrobienia, każdy zostanie zapamiętany. Może niekoniecznie z imienia, ale bez trudu będzie się dało daną postać opisać, powiedzieć, jak pomogła, co zrobiła.
Nasunęło mi się dzisiaj porównanie z Hobbitem, tym filmowym. Tam krasnoludów możemy się doliczyć tylko dlatego, że czytaliśmy książkę i wiemy, że było ich trzynastu. Tutaj – rzecz jasna – z racji mniejszej liczby członków załogi tytułowego Łotra 1 łatwiej było twórcom przedstawić postacie, dać każdej z nich moment albo dwa, dzięki którym poczujemy do niej sympatię i zaczniemy trzymać za nią kciuki.

***

Jyn Erso (w tej roli Felicity Jones) wypada poświęcić jednak kilka linijek. W końcu jest twarzą tej produkcji.
Ja jej występ kupuję. Gdy ma być zadziorna, gdy ma podnosić wysoko głowę dumna z własnej samodzielności, gdy ma być głosem nadziei dla całej Rebelii, jest taka naprawdę. W tym ostatnim jest także urocza. Jest jeden moment w filmie, gdy odbiera wiadomość od ojca, wzruszona pada na kolana i początkowo wydawało mi się, że „trochę” przesadza z ekspresją, ale kiedy później się z nim spotkała, pierwszy raz od lat, to zrozumiałem, że tamten płacz był płaczem dziewczynki, która została oddzielona od rodziców.

Gdy film trwał i trwał, zastanawiałem się, która z drugoplanowych postaci zdobędzie moje największe uznanie i przez większość czasu sądziłem, że laur pierwszeństwa przypadnie robotowi K-2SO, któremu głos podkładał Alan Tudyk. Film jest dosyć ciężki i sposób interakcji tej postaci ze wszystkimi dookoła bardzo dobrze rozładowuje napięcie. Wszelkie żarty związane z droidem są trafione w punkt.

Gdy jednak już opadł kurz po bitwie, gdy przygasły światła, w ciemności rozbłysł miecz świetlny Dartha Vadera. Ta relatywnie krótka scena, w której w zasadzie nie ma dialogów, ale naprawdę dużo się dzieje, niemalże kradnie cały spektakl, którego doświadczamy. Nie przebija, nie przykrywa to prawdziwego zakończenia, świetnie je natomiast dopełnia, stanowi idealny epilog.
Darth Vader pokazany jest jako prawdziwy, budzący grozę przekozak.

***

Pojawiło się nieco kontrowersji związanych z występem Carrie Fisher i Petera Cushinga (sic!). Z racji upływu czasu od premiery Nowej nadziei i faktu, iż Rogue One dzieje się bezpośrednio przed nią, nie można było po prostu zaangażować aktorki, no a aktor jest już świętej pamięci, więc tym bardziej nie mógł pojawić się na planie. Dlatego też zrobiono komputerowe hokus-pokus i księżniczka Leia została odmłodzona, a Wielki Moff Tarkin wrócił z zaświatów.
W przypadku Carrie Fishier nie powiedziałbym, że nie mamy do czynienia z aktorką, która faktycznie była na planie, gdybym nie wiedział, jak wygląda ona teraz. Być może dlatego, że ma tylko jedną kwestię i pojawia się na krótką chwilę.
Z kolei jeśli chodzi o Tarkina, to ma znacznie więcej czasu ekranowego, sporo linii dialogowych i – niestety – widać, że to CGI. Kojarzył mi się z postaciami z Opowieści wigilijnej z Carreyem. Tylko nie w konwencji kreskówki. Był na tyle ludzki, aczkolwiek jednocześnie na tyle komputerowy, że łapał się w otoczenie minimum doliny niesamowitości. Cóż jednak mieli zrobić?

***

W punkt trafiają wszystkie nawiązania do poprzednich filmów (i nie tylko filmów). Podczas gdy W Nowej Trylogii George Lucas wpychał nam brutalnie na siłę odniesienia i pokracznie łączył wątki – R2 na statku z Naboo, C3PO zbudowany przez Anakina etc. etc., tak tutaj wszelkie gwiezdnowojenne odciski palców są integralną częścią filmu. A to migną w jednej scenie wspomniane droidy, a to ktoś wspomnie o Obi-Wanie, a to przez megafon wzywana jest generał Syndulla – nie powoduje to odruchu wymiotnego, jaki towarzyszył Mrocznemu widmu, Atakowi klonów i Zemście Sithów. Wręcz przeciwnie – idealnie się komponuje i stanowi smaczek dla miłośników marki.

***

W porównaniu do tego filmu Przebudzenie Mocy jest gniotem. Nowa Trylogia jest jeszcze większym gniotem. Miejmy nadzieję, że franczyza obierze teraz prawidłowy kurs i za rok również będę mógł napisać, że jestem zachwycony tym, co zobaczyłem w kinie. Jeśli tak mają wyglądać również kolejne spin-offy, to ja się już nie mogę doczekać.

***

*Wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać.

***

Korzystając z tego, że to ostatni wpis przed świętami Bożego Narodzenia, chciałbym Wam życzyć wszystkiego najlepszego i niech Moc będzie z Wami.
Przeżyjcie te Święta w spokojnej, rodzinnej atmosferze, odetchnijcie od zabieganej codzienności.

Jaskier

Read Full Post »