Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘wikingowie’

#blablabla

W żadnym wypadku nie należy tego wpisu postrzegać jako próby zrecenzowania któregokolwiek z wymienionych poniżej seriali – po pierwsze nie chce mi się pisać odpowiednio dużo na temat każdego z nich, a po drugie większość z nich zdążyła się już zakurzyć, więc recenzowanie ich nieco mija się z celem.
Nie żebym ja tutaj kiedykolwiek pisał jakieś poważne recenzje…

***

Luke Cage

Luke Cage to trzecia z postaci Marvela, która dostała swój własny serial na Netflixie. I… cóż – ma te same problemy, jakie miała Jessica Jones i drugi sezon Daredevila. :/

Pierwszy fragment serialu jest ekstra – kilka początkowych epizodów buduje odpowiednią atmosferę, wprowadzone są na scenę drugoplanowe postacie, które naprawdę da się lubić – detektyw Misty Knight, właściciel zakładu fryzjerskiego Pop, gangster Cottonmouth.
Wybija się zwłaszcza ten ostatni – twórcom udało się stworzyć kolejnego mafijnego bossa, który przyciąga uwagę, ma za sobą trudną przeszłość, nie lubimy go, bo jest zły, krzywdzi ludzi, ale rozumiemy, iż w pewnym sensie stał się on ofiarą środowiska, w którym przyszło mu dorastać. Jednocześnie nie jest to kopia Kingpina. Olbrzymia zasługa aktora, który odgrywa tę rolę – nagrodzonego w tym roku Oscarem za rolę w Moonlight Mahershala Aliego.

Również sceny akcji są ciekawe – w przeciwieństwie do Matta Murdocka – Luke Cage nie musi unikać kul, więc prze do przodu niczym taran, okręcając drzwi od auta wokół zbirów lub ogłuszając ich jednym potężnym ciosem. Ten aspekt serialu jest naprawdę satysfakcjonujący. Uwielbiam również te momenty, gdy bohater wpada do jakiejś dziupli, krzycząc, by bandziory oddały ukradzione mieszkańcom Harlemu fanty. To jest po prostu bezcenne.

Także ujawniana po kawałku przeszłość Luke’a jest w porządku. Wątek w więzieniu mocno trąci klimatem blaxploitation, ale to akurat bardzo pasuje do serialu, dobrze gra z poruszanymi problemami czarnoskórych mieszkańców Harlemu.

Co więc jest nie tak?
Serial jest przeciągnięty. Od pewnego momentu strasznie się dłuży i przeszkadza to jeszcze bardziej niż w Jessice Jones. Tam przynajmniej antagonista był przez cały sezon interesujący, tego Tennantowi nie można odmówić.. Tutaj Cottonmouth zostaje w pewnym momencie wymieniony na Diamondheada… albo Diamondbacka. Następuje totalny zwrot w klimacie serialu, zaczyna się istne szaleństwo, przeciwnik cytuje Biblię, ma superpancerz i superrękawice, które pozwalają mu się napierdalać na pięści z Cage’em. I takie superkule, które potrafią przebić jego skórę.
Wiadomo, że musieli wyjść z jakimś rodzajem kryptonitu, ale zrobiono to tak niezręcznie…

W dodatku przez cały sezon Luke ma ból dupy o to, że nie chce być bohaterem. Ból dupy rodem z Flasha. Chodzi i wszystkim mówi, że nie będzie bronił ludzi, że chce tylko żyć w spokoju. Wszyscy mu mówią, że powinien wykorzystywać swoje zdolności, że z wielką mocą i tak dalej, ale on wciąż powtarza swoją mantrę. To się naprawdę w pewnym momencie zrobiło nie do wytrzymania.

Jest też taki facet, który nosi okulary przeciwsłoneczne cały czas. W dzień, w nocy, na zewnątrz, w budynkach. Jest okropny. Grany na podobną nutę, co Captain Cold w Legends of Tomorrow, tylko że tam Wentworth Miller potrafił wzbudzić moją sympatię. Tutaj absolutnie nie ma mowy o czymś takim. Nawet nie pamiętam już, co się stało z tym typem.

Mam nadzieję, że Iron Fist wypadnie lepiej. Chociaż pierwsze recenzje tego nie zapowiadają. :(

***

Rick and Morty

Na Netflixie można obejrzeć pierwsze dwa sezony tej kreskówki (trzeci będzie dopiero miał premierę chyba jakoś w tym roku). Jest cudaczna, niepoprawna politycznie, przepełniona nawiązaniami do popkultury, wulgarna – uwielbiam ją.

Rick and Morty to mocno kwasowe science fiction o Ricku – dziadku-geniuszu, który zabiera swojego nieco przygłupiego wnuka – Morty’ego – na przygody dziejące się w całym Wszechświecie, a także w innych wymiarach.

Kreskówka wygląda dokładnie tak, jak na powyższej grafice – bardzo schludnie. Nie dajcie się jednak zwieść i trzymajcie dzieci z dala od niej – to serial przeznaczony wyłącznie dla dorosłych. Pod przykrywką szalonych przygód w kosmosie animacja porusza najróżniejsze tematy – społeczeństwa, odpowiedzialności za własne czyny, granic wolności jednostki, moralności, seksualności. Z tym, że robi to w bardzo specyficzny sposób – nikt tu się w tańcu nie pierdoli.

W każdym epizodzie równocześnie toczą się dwie historie. Przeważnie jedna dotyczy przygody tytułowych bohaterów, a druga dzieje się w ich domu, gdzie pozostali członkowie rodziny muszą zmierzyć się z jakimś typowym problemem wynikającym z trudności w ich wzajemnych relacjach.

Jednocześnie serial jest naprawdę zabawny. Jeśli ktoś lubi czarny humor i ceni inteligentne nawiązania do popkultury, to jest to pozycja obowiązkowa. Warto spróbować chociaż jeden odcinek. ;)

***

Wikingowie

Świat Wikingami jarał się już kilka lat temu, ja pierwsze odcinki obejrzałem dopiero w zeszłym roku, ale to Netflix dał mi teraz możliwość wciągnięcia się w ten serial dzięki łatwemu dostępowi do wersji z napisami. Na chwilę obecną jestem jakoś pod koniec drugiego sezonu, po egzekucji jarla Borga. Myślę, że powolutku sobie będę oglądał dalej.

Dla mnie to taka lepsza Gra o tron – brudny i brutalny świat, w którym jednak jest miejsce na bohatera, w przeciwieństwie do serialu HBO. Ja wolę fabułę, w której mogę śledzić losy konkretnej postaci bądź grupy i Wikingowie właśnie to mi dają, nic nie zabierając z konstrukcji świata.

Bardzo cenię rozmach realizatorski – kostiumy, charakteryzacja, tony ekwipunku oraz przedmiotów codziennego użytku, plenery, wnętrza, statki i konie – mają rozmach, skurwisyny. Ilość strać, potyczek, a nawet – nie bójmy się słów – bitew jest niesamowita. Nie spodziewałem się po serialu tak wielu scen batalistycznych. Jasne, w większości są to po prostu ludzie walczący w zwarciu, okładający się mieczami i toporami, niby nic nadzwyczajnego, aczkolwiek i tak robi wrażenie. Zwłaszcza w porównaniu z Grą o tron, gdzie w pierwszym sezonie wycięto całą bitwę.

Bardzo podoba mi się również dbanie o historyczną poprawność. Idea jarlów, sposób prowadzenia życia oraz walki, tradycje, wierzenia i zwyczaje – to wszystko mocno trzyma się kupy i zbieżne jest z informacjami, jakie można odnaleźć w literaturze.

***

Seria Niefortunnych Zdarzeń

Na temat tego serialu dużo nie będzie, gdyż widziałem tylko trzy odcinki.

Neil Patrick Harris zdaje egzamin jako diaboliczny Hrabia Olaf.

Serial dobrze oddaje dziwaczność świata przedstawionego w powieściach. Tak się składa, że przeczytałem kiedyś prawie wszystkie tomy (poza finałowym Końcem końców) i mimo iż było to naprawdę dawno, nie pamiętam już żadnych szczegółów z większości z nich, to jednak klimat absurdu został tutaj dobrze oddany. Wszystko wygląda tak, jak w jakiejś książce dla dzieci – otoczenie jest albo przesadnie kolorowe, albo szare, w dwuwyrazowych nazwach pierwsze litery przeważnie są takie same – no ma to wygląd bajki, ale sytuacja nie jest bajkowa. Dzieci stają się ofiarą nie tyle Hrabiego Olafa, co durnego systemu prawnego i głupoty urzędników, a w zasadzie wszystkich dorosłych, jakich napotykają na swojej drodze.

Serial jednak robi jedną rzecz źle – już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że jest jakaś intryga, a rodzice „sierot” żyją. Trochę za szybko.

Może się zbiorę kiedyś do obejrzenia pozostałych odcinków, wówczas napiszę coś więcej.

***

Riverdale

Riverdale to adaptacja komiksów z Archie Comics. Archetypowe postacie nastolatków ze szkoły w jakimś amerykańskim Wygwizdowie co tydzień na małym ekranie.

Serial to cudowna teen drama z wątkiem kryminalnym w tle.
Małym miasteczkiem wstrząsa zaginięcie kapitana szkolnej drużyny, co rusz wychodzą na jaw nowe fakty, rodzice i policja próbują ustalić prawdę, na pierwszym planie jest jednak codzienne życie nastolatków – pierwsze miłości, szkolne bale, trudne decyzje związane z dorastaniem – zupełnie jak HSM, tylko że zrobione dobrze. Ba! perfekcyjnie!

Głównym bohaterem jest Archie Andrews, obok niego przewija się cała masa interesujących i dobrze zagranych postaci. Mimo iż większość z nich realizuje powierzoną przez twórców rolę szkolnych archetypów, to jednak styl i klasa, z jaką młodzi aktorzy podchodzą do tego zadania, zasługuje na wszystkie Teen Choice Awards tego świata.

Nigdy nie podejrzewałem, że szkolne perypetie grupki amerykańskich nastolatków sprawią, że będę co tydzień czekał na nowy epizod.

Co tu dużo gadać – Riverdale trzeba zobaczyć. Myślę, że po zakończeniu sezonu pojawi się tutaj jakiś wpis na temat tego serialu – w Stanach emitowany jest na kanale The CW, Netflix dystrybuuje go na kraje Trzeciego Świata, w tym Polskę, dlatego też trzeba czekać na kolejne odcinki.

***

 

Co Wy polecacie z Netflixowego menu*?

*Poza Narcos, bo Narcos polecali mi już wszyscy.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

Hej, hej, hej! Czas pochwalić się nieco tym, co znalazłem pod choinką… uprzednio samodzielnie to tam włożywszy.

Po drobnych perturbacjach* paczki z gadżetami dotarły do klientów. W tym także do mnie.

Do zakupu zostałem skuszony ciekawą tematyką oraz promocją, jaka pojawiła się pod koniec listopada. Ale głównie tematyką. Fantastycznych światów jest bowiem tyle, że na pewno w paczce trafi się coś, co mnie niebotycznie usatysfakcjonuje – tak sobie myślałem, decydując się na zakup kota w worku. Władca Pierścieni, Wiedźmin, Warcraft, Heroes, Warhammer – w zasadzie każdy rycerzowo-potworowy świat prezentuje się w moich oczach interesująco.

Witaj.

Przejdźmy zatem do opisu i oceny poszczególnych składowych paczki.

***

KOSZULKA

T-shirt jest obowiązkowym elementem wchodzącym w skład Pixel-Boxa, a także każdej innej paczki z nerdowskimi gadżetami, jakiej rozpakowanie widziałem. Uwierzcie mi, trochę tego było.
Paczka w tym miesiącu zawierała koszulkę z Zeldy, wyprodukowaną przez Bioworld. Hura!(?)

Nie zrozumcie mnie źle, projekt nadruku jest w porządku, jakość na pierwszy rzut oka też niczego sobie, zobaczymy jeszcze, jak zniesie pranie. Na plus na pewno to, że jest czarna, a nie jakaś fikuśna kolorowa. Licencjonowana odzież swoje kosztuje, ceny tej koszulki na eBayu zaczynają się od 12 euro (sprawdzane pobieżnie).

Mimo iż nigdy w żadną część cyklu nie grałem, to będę nosił, nadruk mi się podoba.

***

FIGURKA

Bardzo liczyłem na to, że nie będzie Funko POP-a i niestety się przeliczyłem.

Mimo wszystko, figurka nie jest tragiczna, ma mnóstwo detali i rogaty hełm, dzięki któremu głowa nie jest typową dla tej marki bryłą z czarnymi kółkami w miejscach oczu.


Niestety, dla mnie wartości sentymentalno-nerdowskiej nie posiada, ponieważ w Skyrima grałem bardzo krótko. Figurka jednak jest spoko, jedna z lepszych wielkogłowych pokrak, jakie widziałem. W zasadzie jest dość neutralna – wygląda jak typowy mroczny wojownik z dowolnego typowego uniwersum fantasy, nieznajomość gry więc nie uniemożliwia zupełnie cieszenia się nią. No ale – Gandalf to to nie jest.

Sprezentuję ją bratu.

***

DUŻY FANT

Oprócz koszulki i figurki zazwyczaj można liczyć na jakiś praktyczny gadżet. Czy to inspirowaną jakąś grą solniczkę, czy to skarpety lub kubek.
W tym miesiącu było takie coś:

W pierwszej chwili miałem problem z rozkminieniem, cóż to takiego, ale na szczęście opakowanie zawiera wszystkie niezbędne informacje.

Jest to taki dynks, którego się używa podczas jedzenia jajka na miękko. Jestem wielkim fanem tak przyrządzonych jajek, mam wszystkie ich płyty, w dodatku akurat faktycznie potrzebowałem takiego fanta, gdyż poprzedni gdzieś się zagubił podczas przeprowadzki.
Uważam to za najlepszą składową grudniowego Pixel-Boxa, być może właśnie dlatego, że kiedyś przez pół godziny chodziłem po sklepie z wszelkiej maści kuchennym ekwipunkiem, szukając właśnie czegoś takiego. A tu przyszło i to nawet w nerdowskiej wersji.

Jakby co, podstawka działa, wczoraj przetestowałem.

***

MAŁY FANT

Czwartym elementem paczki był medalik z Harry’ego Pottera. Ma kształt złotego znicza i można go zawiesić na łańcuszku na szyi, ale jakoś nie czuję takiej potrzeby. Aha, łańcuszka w paczce brak.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że jakaś fanka Harry’ego montuje sobie ten bibelot we własnoręcznie zrobionej bransoletce, ale ja nie mam pojęcia, co z czymś takim zrobić. Na to miejsce wolałbym jakikolwiek brelok, który mógłbym przyczepić do kluczy. Albo replikę Jedynego Pierścienia. Z łańcuszkiem.

***

RESZTA

W paczce znajdowała się jeszcze widoczna powyżej drobnica – dwie wlepki, dwie przypinki i kartonik informujący o możliwości wygrania fakiegoś fanta dzięki umieszczeniu zdjęcia z zawartością tego Pixel-Boxa na swoim Instagramie.

***

PODSUMOWANIE

Paczka mnie nie zachwyciła, powiedziałbym nawet, że lekko się rozczarowałem. Pomimo tematu przewodniego, który – jak sądziłem – idealnie mi podpasuje, większość składowych paczki oceniam na – co prawda – dobrze wykonane, aczkolwiek nie w pełni satysfakcjonujące. Tak jest z koszulką i figurką. Złoty znicz to z kolei pierdółka, którą najprawdopodobniej wrzucę do szuflady i o niej zapomnę. Jedynie podstawka na jajko mnie naprawdę totalnie urzekła – jest to gadżet praktyczny i akurat mi potrzebny. Z tym jednym Pixel-Box trafił bezbłędnie.


Potraktowałem tę paczkę jako test i – niestety – Pixel-Box go oblał. Nie sądzę, bym w przyszłości zdecydował się jeszcze raz na zakup takiego pudełka-niespodzianki. Taką kwotę lepiej wydać na jakiś konkretny nerdowski gadżet, z którego będzie się w stu procentach zadowolonym. Tak przynajmniej uważam.
A jakie jest Wasze zdanie?
Jak oceniacie tego Pixel-Boxa?
Może zamawiacie jakieś inne paczki z nerdowskimi fantami?

Dajcie znać w komentarzach. ;)

***

*Zewnętrzny dostawca coś pokiełbasił z wysyłką jednego fanta i do klientów w tym miesiącu paczki dotarły z lekkim opóźnieniem, choć i tak przed Świętami. Mi to tam różnicy i tak nie robi, bo do domu wróciłem dwa dni po wizycie kuriera.

Tak przynajmniej zrozumiałem maila z BOK-u. Którego otrzymałem bardzo sprawnie. Za to należy się pochwała.

Jaskier

WPIS NIE JEST SPONSOROWANY.

Read Full Post »