Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Kwiecień 2014

Siedzisz sobie w Wielkanoc wieczorem przed telewizorem, a tam G.I. Joe: Czas Kobry. No i co tu zrobić? No obejrzeć.

Jest o wiele lepiej niż w kontynuacji, o której pisałem w październiku. Zakładam, że głównie dlatego, że nie ma tu Rocka, nikt też nie obiecywał Bruce’a Willisa, który machnął ręką, rzucił „cześć”, zgarnął czek i zniknął. Dupki…
Właściwie sam się troszkę zdziwiłem, że oklepany duet znany z każdego filmu akcji, w tym wypadku w postaci Tatuma i tego czarnego z Lochów i Smoków, nie wadził jakoś wybitnie. Nie licząc drętwych wątków miłosnych kręcących się wokół tych panów. Tanie i nużące.

Rządzą, oczywiście, ci źle. Bo o ile tytułowy oddział jest całkiem kozacki, w taki typowy sposób, mile łechtający dziecko, które każdy z nas w sobie ma, to grupa łotrów jest wprost wyborna (równie świetny jest Snake Eyes z obozu dobrych, ninja na wiecznym propsie). Mamy tu bowiem specjalistę od kamuflażu, któremu podkręcają zdolności za pomocą nanotechnologii, handlarza bronią, którego ród zajmuje się tą profesją od kilku stuleci, wojownika ninja, obłąkanego naukowca, będącego we wczesnym stadium bycia Darthem Vaderem oraz Baronową, ichnią wersję Czarnej Wdowy. Nic więc dziwnego, że w zestawieniu z taką ekipą tytułowy skład nie robi jakiegoś porażającego wrażenia.

Plan złoczyńców jest – naturalnie – niezwykle prymitywny, ich celem to podbicie świata czy coś w tym stylu. Pod koniec jednak okazuje się, że to nie do końca takie oczywiste i tak naprawdę kto inny gra tu pierwsze skrzypce. Intrygujące – muszę przyznać, że nie spodziewałem się czegoś takiego po dosyć klasycznie prowadzonej historii, stanowiącej jedynie pretekst do tego, by rzucać drużyną po najróżniejszych malowniczych miejscach, czego należało się spodziewać, wiedząc, jaki film paczymy, więc absolutnie nie można mu mieć tego za złe.

Efekty specjalne to nie jest najwyższa półka, ale pasują do konwencji, jakość użytego CGI nie przeszkadza w chłonięciu tego pokręconego świata. Jednakże, jeśli szykowaliście się na wizualną ucztę, to wiedzcie, że możecie się zawieść.

Leciutki i naładowany akcją – taki jest ten film. Jeżeli Wam to odpowiada, śmiało oglądajcie, nie ważcie się jednak liczyć na nic więcej.

Jaskier

Read Full Post »


Kapitan Ameryka: Winter Soldier* to bez wątpienia najlepszy film z MCU od czasu Avengers. Głównie dzięki temu, że próbuje czegoś nowego, czegoś, czego do tej pory w tych produkcjach nie uświadczyliśmy. Bo nie oszukujmy się – zarówno Iron Man 3 jak i kontynuacja Thora opierały się na postaciach. Naturalnie, tutaj Rogers, Czarna Wdowa, Fury i inni również są istotni, jednak niezwykły nacisk położono na opowiadaną historię, co jest czymś zupełnie nowym, jak zresztą napisałem już dwie linijki wyżej. A jako że fabuła jest intrygująca i angażująca widza, to cieszyć się należy podwójnie.

Zamiast klecić kolejny akcyjniak, w którym najistotniejszą rolę odgrywają lasery, skupiono się na intrydze, która co prawda jest łatwa do rozszyfrowania, jednak dzięki powiewowi świeżości, jaki wnosi do serii, nie nuży i realnie przez cały seans przykuwa do ekranu. By nie zdradzać zbyt wiele – Kapitan zostaje wyjęty spod prawa i – oczywiście – nie bacząc na to, musi uratować świat.
(Wszystko to zahacza delikatnie o pytanie: Kiedy strzeżenie obywateli zamienia się w ich kontrolowanie oraz rządy terroru? oraz: Na ile S.H.I.E.L.D. może sobie pozwolić? Później jednak okazuje się, że podział na Dobrych i Złych istnieje, więc wymowa o naturze orwellowskiej maleje, ale pojawienie się takiego motywu to i tak duży plus tej produkcji.)

Wychodzi mu to fenomenalnie, już pod koniec Avengers dostrzec można było przebłyski charyzmy oraz niezłomności, które czynią z niego idealnego dowódcę (najwyraźniej te cechy charakteru potrzebowały więcej czasu na rozmrożenie). Tutaj jest to widoczne w pełni – Kapitan to prawdziwy kozak i nikogo nie będzie już śmieszył jego kiczowaty kostium. Oglądając jego brawurowe wyczyny (scena w windzie!), w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że nie supersiła, superszybkość i superakrobacje są jego mocą.  Najważniejszym czynnikiem czyniącym z Rogersa superherosa jest to, co ma wewnątrz siebie – charakter oraz wiarę w ideały.

Tytułowy Zimowy Żołnierz (serio?) wypada znakomicie, choć – paradoksalnie – film nie straciłby wiele na jego braku. Poważnie, Zimowy Żołnierz byłby równie dobrym filmem, gdyby nie było w nim Zimowego Żołnierza. Jego wątek będzie kontynuowany w następnej części, która zapowiedziana jest  na 2016 (obecnie jestem nią bardziej zainteresowany niż mającym premierę tego samego dnia Batman vs. Superman, brawo DC), więc najwyraźniej ta produkcja miała na celu jedynie wprowadzenie tego bohatera. Toteż tytuł jest „nieco” mylący. Pojawia się on tylko wtedy, gdy fabuła wymaga tego, by kogoś zlikwidował, następnie stacza z Kapitanem kończący się remisem pojedynek i znika. W komiksach Zimowy Żołnierz działał mniej więcej w taki sam sposób, zatem mój problem związany jest wyłącznie z tytułem filmu. Dlaczego pojawia się w nim postać, która nie jest w centrum fabuły?

Pozostałe postacie również na plus – dokooptowanie S.H.I.E.L.D. do Kapitana pozwoliło na rozwinięcie postaci Fury’ego i Czarnej Wdowy, którzy nie byli tyle czasu na ekranie nawet w Avengers. Działa to świetnie, bo Samuel L. Jackson wypada kapitalnie w roli superszpiega, a Scarlett Johansson… … nie, jeszcze moment… jeszcze chwilkę… Scarlett Johansson jako niegrzeczna dziewczyna stanowi interesujące połączenie ze Złotym Chłopcem Ameryki, jakim jest Rogers. Taki grzeczny i w ogóle. Pewnie co z tego będzie, bo która kobieta nie chciałaby takiego ideału?

Nowy w obsadzie jest Anthony Mackie, który wciela w Falcona. Całe szczęście, darowano sobie jarmarczną czerwień i zrobiono z niego ekskomandosa, radośnie rzucającego się na pomoc Kapitanowi. Tak to wygląda, ale w praktyce sprawdza się bardzo dobrze i poniekąd jest dosyć wiarygodne – który żołnierz nie marzy bowiem o walce ramię w ramię z Kapitanem Ameryką? Nie jest typem irytującego przydupasa, do którego starają się nas przyzwyczaić filmy z lat ’90 emitowane przez stację na „P” albo TVN. A to bardzo dobrze. Jestem ciekaw, jak rozwinie się jego relacja z głównym bohaterem.

Nawiązań do reszty tego uniwersum jest kilka, choć żadne z nich nie jest tak rewelacyjne jak pojawienie się Kapitana Ameryki w Thor: Mroczny świat. Jednak usłyszenie kilku znajomych nazwisk (Strange!) wystarczająco karmi moje wewnętrzne dziecko.

Bardzo przyjemny w odbiorze film, który polecam każdemu. Wcześniej jednak warto zapoznać się ze starszymi produkcjami, na pewno z Avengers.

To niesamowite, iż Marvel Cinematic Universe rozwinęło się na tyle, że w ciągu roku możemy obejrzeć trzy diametralnie się różniące filmy. A w sierpniu czeka nas przecież wizyta w kosmosie, więc coś jeszcze innego.
Dla każdego coś dobrego.

Jaskier

*Wybaczcie, tłumaczenie jest moim zdaniem zbyt toporne.

Read Full Post »

Pewnikiem tego nie pamiętacie, bo Was tu wtedy nie było, ale zaliczyłem swego czasu romans z tematyką kulinarną.

No i dzisiaj, jako że mam już wakacje, a ludzie wolą czytanie o jedzeniu niż czytanie o czytaniu lub oglądaniu, robię to ponownie.

Trzeba się uczyć samodzielnego… gotowania to może zbyt górnolotnie zabrzmieć… przyrządzania posiłków. I przyzwyczajać się do jedzenia przedwczorajszych bułek.

Kolejny acziwment na drodze ku dorosłości zdobyty.

Inne informacje z dziś:

  • Snyder robi film Justice League. Hurra!(?)
  • Maciej Musiał odchodzi z serialu Rodzinka.pl.
  • Natalia Siwiec odpadła z Tańca z gwiazdami.

Jaskier

PS Pytanie do Was, drodzy czytelnicy, wolicie żółtko lejące czy może raczej zdecydowanie nie?

Read Full Post »

Szkoła była – właściwie wciąż jest – dla mnie ważnym miejscem. To w szkole nauczyłem się wzoru na wyróżnik dwumianu kwadratowego oraz tego, że nie da się poderwać dziewczyny na układanie kostki Rubika.

A teraz koniec…

Dziwnie tak jakoś będzie obudzić się w poniedziałek ze świadomością, że nie trzeba się spieszyć na autobus.

Spieszmy się kochać szkołę, tak szybko się kończy(?).

melancholiiiiiiiiiiiiiiiiiijnie

Tradycyjnie zostałem poczęstowany książką, której najprawdopodobniej nigdy nie otworzę. Co za nonsens. Ja naprawdę wolałbym dychę. Nawet bez koperty. Łatwiej do domu donieść. I w ogóle.

Na szczęście dostałem też breloczek z logo szkoły.
Będzie zdjęcie. Kiedyś.

Więcej refleksji, i to nawet w jakiejś uporządkowanej formie, dotyczących chodzenia do liceum za jakiś czas na łamach Lesera.

Smutno tak jakoś…

A jakie są Wasze wspomnienia związane ze szkołą?

 

Jaskier

Read Full Post »


Książka będąca zapisem rozmów Josepha Campbella i Billa Moyersa, zakupiona oraz przeczytana przeze mnie w ramach przygotowywania się do prezentacji maturalnej z języka polskiego.

Co prawda, o samym monomicie nie ma tam zbyt wiele, raptem jeden rozdział dotyczy go bezpośrednio, ale absolutnie nie żałuję przeczytania całości. Gratis dostałem bowiem mnóstwo filozoficznego roztrząsania najrozmaitszych idei, począwszy od miłości, przez samodoskonalenie, poszukiwanie szczęścia i wiele, wiele innych.
Tyle zadowolenia.

Wychodzi też na to, że jestem całkiem mądrym chłopcem*, ponieważ natrafiłem na kilka wniosków, do których doszedłem samemu jeszcze przed rozpoczęciem lektury:

  • Od celu ważniejsza jest droga doń wiodąca (czyni to samą drogę celem, cóż jest więc wtedy drogą, hę?);
  • Należy podążać za głosem serca i nie ulegać presji otoczenia;
  • Co przekłada się na robienie tego, co sprawia nam przyjemność, byśmy pod koniec nie musieli rzec: „Nigdy w całym moim życiu nie zrobiłem tego, na co miałem ochotę” (Babbitt, Sinclair Lewis);

Jest to pozycja warta zainteresowania się nią i mam wrażenie, że bardzo dobra na początek, do zapoznania się z teoriami p. Campbella, w które wgryźć będzie się można w „poważniejszych”  publikacjach, do przeczytania których zostałem zachęcony. Prosty język i stosunkowo powierzchowne potraktowanie tematu (co nie powinno dziwić – na dwustu pięćdziesięciu poruszane jest baaaaardzo dużo czasem dość luźno powiązanych ze sobą aspektów) czynią Potęgę mitu książką przystępną dla czytelnika niezaznajomionego z prądami filozoficznymi, teologią, psychologią i innymi naukami, których studiowanie kończy się za ladą w McDonaldzie.

Polecam wszystkim domorosłym filozofom. (y)

Jaskier

*Abstrahując od faktu, że jestem idiotą.

Read Full Post »

Na początku dziękuję wszystkim, którzy czytają to gunwo, czasem nawet zostawiając po sobie ślad w postaci lajka lub komentarza. Wasza obecność jest jednym z ważniejszych powodów istnienia tego miejsca.

Życzę Wam wszystkiego dobrego, by dopisywało Wam zdrowie, żebyście się uśmiechali, żebyście mieli dużo dobrych filmów do paczenia, książek do czytania i w ogóle, żeby Wam w łapki wpadały same dobre rzeczy.

Jeśli trafiliście tu przypadkiem, to też Wam życzę wszystkiego dobrego, dużo zdrowia i przede wszystkim spokoju, żeby nie było tak, że Wasze rodziny są patologiczne i pokazują je w Uwadze!.
I bardzo przepraszam, jeśli trafiliście tutaj, szukając jakichś czaderskich życzeń, z pomocą których można by przyszpanować, wrzucając je dziewczynie Waszych marzeń na tablicę.
Nie ten adres.
Zresztą i tak metoda beznadziejna. Wiem, bo sam próbowałem.

A więc przerwa do wtorku co najmniej. Pewnie byście nawet nie zauważyli…
Ale to wcale nie jest tak, że jestem leniwy. Po prostu przykładam się do nauki. Mam nadzieję, że będzie to widać po wynikach matur.
Właśnie – jeśli zdajecie w tym roku maturę, to weźcie się do roboty. Chociaż teraz to już pewnie i tak za późno.

Jaskier

Read Full Post »

Movie 43

Zobaczyłem na półce w stalowowolskim Empiku i nie umiałem powstrzymać się od kupna. W końcu piętnaście złotych bez grosza za najgorszy film minionego roku to nie tak dużo. Zwłaszcza biorąc poprawkę na fakt, iż chciałem to „cudo”  obejrzeć.

Ten film jest popieprzony. Jest tak popieprzony, że z udziału w jego tworzeniu zrezygnowali Trey Parker i Matt Stone. To o czymś świadczy.

Jednak nie nazwałbym go najgorszym filmem roku. W moim rankingu zająłby drugie miejsce (za Man of Steel) w kategorii Zmarnowany Potencjał 2013. Widać bowiem wyraźnie, że stał za tym wszystkim dość ciekawy pomysł i była szansa na genialną satyrę Hollywood. Najprawdopodobniej na to liczyli zaangażowani w produkcję aktorzy. Albo ich bliscy zostali porwani i grożono ich śmiercią, jeśli nie zostaną spełnione warunki porywaczy.

Movie 43 nie jest dobrym filmem z powodu tragicznie żałosnych i nieśmiesznych żartów o seksie i kupie, przewijających się przez wszystkie segmenty. To jest poziom obrzydliwości rodem ze Scary Movie i filmideł z tego gatunku. Albo sceny z hot-dogami z Wiecznego studenta. Niesmaczne i odrzucające.

Produkcja ma kompozycję szufladkową – główny wątek przeplatany jest krótkimi historyjkami, które nie są ze sobą w żaden sposób powiązane (niżej wymienię te, które da się oglądać). W wersji, którą oglądaliśmy, amerykańskiej, motyw przewodni dotyczy scenarzysty, który pragnie, by jego pomysły zostały przerobione na filmy. I gdyby nie to, że Movie 43 jest wybitnie nieudane, można by pokusić się o interpretowanie tego wątku jako policzka dla całego Hollywood. Niestety, odnosi się wrażenie, że w podobnych okolicznościach powstawał też ten film, więc ironiczny wydźwięk drastycznie maleje. W finałowej scenie zostaje zburzona czwarta ściana, ale odebrałem to jako stwierdzenie „dobra, chłopaki, zjebaliśmy, kończmy to jak najszybciej”, a nie próbę wprowadzenia autoironii.

Oglądać da się segment Happy Birthday o dwóch kumplach, którzy próbują zmusić przebranego za skrzata z Irlandii Gerarda Butlera (sic!) do oddania im garnka pełnego złota. Świadomość tego, że leprechaun rzucający wulgaryzmy piskliwym głosikiem to tak naprawdę Leonidas jest strasznie śmieszna.

Komiczna jest również hiperbolizacja problemów nastolatka w segmencie Homeschooled,  którego głównym bohaterem jest chłopak, którego rodzice nie wysłali do szkoły, zamiast tego organizując mu szkołę w domu. Ze wszystkimi atrakcjami. I przez atrakcje nie mam na myśli możliwości podglądania koleżanek przebierających się przed wf-em*.

Super Hero Speed Dating jest niezwykle wulgarne, ale występują w nim Robin, Supergirl oraz zboczony Batman w kostiumie pożyczonym z serialu z Adamem Westem (sic!), więc o nim wspominam. Gdyby nie przesadzanie z prymitywnymi żartami, to byłoby to świetne odniesienie do kultowej marki.

Truth or Dare z Halle Berry ma jeden kapitalny gag. Kilkukrotnie przewijaliśmy film, żeby obejrzeć go ponownie i za każdym razem bawił tak samo. Segment ten wybija się niestety tylko pojedynczym żartem, a jak na „dorodną komedię”, to stanowczo za mało.

Victory’s Glory bazuje za to na tylko jednym dowcipie, jednak sprawdza się on kapitalnie – odwrócenie ról i rasistowska postawa trenera koszykarzy granego przez Terrence’a Howarda (który z powodów finansowych stracił rolę Rhodey’a w serii filmów o Iron Manie, ale tutaj jakoś zagrał) zapada w pamięć.

Poruszająca jest również pojawiająca się znikąd reklama, którą znajdziecie poniżej.

Niestety, czegoś zabrakło, dominujący kloaczny humor pogrążył tę produkcję, sprawił, że momentami naprawdę ciężko jest wytrzymać jej oglądanie.

Ale nie żałuję zakupu i poświęconego filmowi czasu, lecz raczej zdecydowanie do niego nie wrócę. Ewentualnie do pojedynczych żartów.
Reszta jest zbyt bolesna.

Pocieszać się można tym, że to film, w którym grają Hugh Jackman oraz Liev Schreiber, ale nie X-Men Geneza: Wolverine.

Jaskier

*To jakaś miejska legenda, nie? Robił kiedyś ktoś coś takiego?

Read Full Post »

Older Posts »