Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2016

Październik to czas powrotów – studentów na studia, a seriali do tygodniowej ramówki. Obejrzałem sobie po jakimś odcinku lub dwóch z kontynuowanych pozycji, które śledziłem w poprzednich sezonach i dzisiaj Wam coś o mniej lub bardziej udanych powrotach napiszę.

***

Gotham

Gotham sobie doobejrzałem pod koniec wakacji (przerwałem oglądanie drugiego sezonu po śmierci tego bieda-Jokera). Gdy wreszcie zeszli z koszmarnego wątku tajemnych, quasi-okultystycznych organizacji pragnących zamordować Bruce’a Wayne’a, a na scenę wszedł motyw z dziwacznymi eksperymentami Hugo Strange’a, pojawił się ojciec Pinwgina etc., odetchnąłem z ulgą.
Niestety, sezon drugi skończył się uwolnieniem wyników eksperymentów szalonego naukowca i trzeci póki co (widziałem półtora odcinka) opowiada o tym, jak to Jim Gordon – chwilowo bez odznaki – łapie monstra. No bo tak, jeśli umarłeś i dostałeś się do laboratorium Strange’a, to ożywił cię jako X-Mena. Każdy bez wyjątku wracał do życia z jakąś mocą, no ale hej! jeśli ten naukowiec poprzednio zajmował się odtwarzaniem DNA dinozaurów przy pomocy genomu żab i odniósł przy tym sukces, to w sumie nie ma co się dziwić.
Na domiar złego w równolegle toczącym się wątku młodego Wayne’a pojawiła się kolejna złowroga, sekretna organizacja, która na niego dybie.
Gotham sobie chwilowo odpuszczam, drama Jima Gordona mnie nie interesuje, żeńska część obsady jest irytująca – Fish, Barbara – te postacie powinny być dawno wyrzucone. To strasznie dziwaczne, że obok tak żenujących bohaterów funkcjonują tacy, o których spokojnie można by oprzeć sensowną historię – Pingwin, Bullock, Alfred.
W ogóle, cały ten świat zaczyna wyglądać tak, jakby Batman się miał w nim w ogóle nie pojawić. Wiadomo, fabuła nie musi – wręcz nie może – przebiegać dokładnie tak samo jak w komiksach, aczkolwiek zawsze mi się wydawało, że to skrzydlate alter ego Wayne’a wywołało lawinową reakcję i napływ popaprańców do Gotham.

***

Flash

Nowy sezon Flasha to najprawdopodobniej powtórka z rozrywki.
Przypomnijmy – pod koniec drugiego sezonu, po pokonaniu Zooma, Barry Allen cofnął się w czasie, zapobiegł zamordowaniu swojej matki i stworzył alternatywną linię czasową, w której Amazonki toczą wojnę z Atlantydą, a Batmanem jest Thomas Wayne. W pierwszym odcinku sezonu trzeciego, zatytułowanym Flashpoint, Barry orientuje się, że nie wszystko jest tak cacy, jak wyglądało na pierwszy rzut oka. Dlatego też cofa się w czasie jeszcze raz, próbując zresetować rzeczywistość. Drugi odcinek (Paradox) pokazuje, że zabawy z linią czasu nie są proste i wpływanie na wydarzenia w odległej przeszłości trwale „uszkadzają” rzeczywistość i uzyskanie jej pierwotnego kształtu nie jest możliwe.
No i teraz cały sezon będzie o tym, że niektórzy ludzie we Flashpointowej wersji rzeczywistości mieli supermoce i zyskują je w zresetowanej linii czasowej, a Barry czuje się za te wszystkie przeinaczenia, których jako jedyny jest świadom, odpowiedzialny.
Zapewne klasyczny układ odcinków, czyli dwa starcia, pierwsze zakończone porażką, drugie wygrane dzięki wymyślonemu naprędce trikowi, zostanie zachowany.
Do tego typowy, nieznany przeciwnik, który okaże się kimś z otoczenia Barry’ego. Przynajmniej tym razem nie jest speedsterem.
Nie mam ochoty brnąć przez to samo trzeci raz, a poziom dramy, częstotliwość obrażania się na siebie i ból dupy niektórych postaci, żywcem wyjęte z Arrow, nie pomagają.
W dodatku mamy taką sytuację, że pod koniec poprzedniego sezonu, a także podczas kampanii marketingowej tego, zapowiadano poważną zmianę status quo, wywrócenie wszystkiego do góry nogami, a skończyło się na tym, że ktoś tam z kimś nie rozmawia, a Barry czuje się za to odpowiedzialny. Jakby tego było mało, już drugi odcinek kończy się w przyjaznej atmosferze przynajmniej częściowego zakopania topora wojennego.

***

Supergirl

Ciężko powiedzieć, żebym śledził pierwszy sezon Supergirl, gdyż widziałem raptem dwa odcinki – pilotażowy i ten z gościnnym występem Flasha. Jednakże zachęcony perspektywą zobaczenia na małym ekranie walczącego u boku kuzynki Supermana, zasiadłęm do epizodu rozpoczynającego drugi sezon.
Co stwierdzam?
Pomimo zmiany stacji (z CBS na The CW), praktycznie nic się nie zmieniło. Być może dlatego, że już wcześniej ten serial wyglądał bardzo sidabljuowsko, z tą swoją przesadzoną dramą, nieszczęśliwie zakochaną główną bohaterką, która nie potrafi się zdecydować, czy pragnie Jimmy’ego Olsena, czy może jednak nie. Notabene – on wciąż jest czarny, dyskryminacja rudych osób ma się świetnie. A mieli taki wspaniały Flashpoint, żeby to poprawić.
Wciąż nie widzę w tym serialu zbyt wiele dla siebie, nawet pomimo faktu, że na drugim planie obecny jest Martian Manhunter, no i aktualnie jest tu też Superman. Byłoby fantastycznie, gdyby stopniowo przenosili ciężar na Clarka i za rok skasowali Supergirl, a wystartowali z serialem o Supermanie, ale to raczej niemożliwe.
Wciąż uważam, że Melissa Benoist lepiej wygląda jako Kara Danvers niż Supergirl, ale te jej prywatne problemy, utarczki z szefową i miłosna drama przyprawiają o ból głowy.
Najprawdopodobniej obejrzę te odcinki, w których będzie Superman, zapewne też wielki crossover z pozostałymi superbohaterami z CW, ale regularnie nie ma co tego oglądać.

***

Jeżeli się zbiorę do obejrzenia tegorocznego startu pozostałych dwóch pozycji – Arrow i Legends of Tomorrow – to coś się na ich temat z pewnością pojawi.

Regularnie oglądam Agents of S.H.I.E.L.D., wczoraj widziałem czwarty odcinek. Póki co jest lepiej niż w poprzednim, słabawym sezonie. W trakcie długiego weekendu spróbuję usiąść wreszcie do Luke’a Cage’a – na temat tych dwóch tytułów coś naskrobię. W najbliższy czwartek idę natomiast na Doctora Strange’a do IMAX-a, więc spodziewać się można opinii na temat tego filmu. Dodatkowo chciałbym popełnić jakiś popularnonaukowy tekst, dotyczący potencjalnego krzyżowania się magii i fizyki.
Co Wy na to?

 Jaskier

PS Na fanpejczu stuknęło 200 lajeczków. Dzięki. ;)

Reklamy

Read Full Post »

teenage-mutant-ninja-turtles-water-posterjpg-652dfc_765w
Wojownicze żółwie ninja: Wyjście z cienia przemknęły tego lata niczym ninja, niemalże niezauważone z powodu kilku innych premier, wokół których narosło sporo kontrowersji. Nowe Ghostbusters i kaszaniaste Suicide Squad skutecznie odwróciły uwagę od kolejnej porcji przygód opancerzonych gadów. Kontynuacja „hitu” z 2014 roku nie jest filmem rewelacyjnym, ba! ciężko nawet powiedzieć, by to była dobra produkcja, ale na pewno sprawiła mi więcej frajdy niż Suicide Squad od Warner Bros. (tegorocznych Ghostbusters jeszcze nie widziałem).

Przede wszystkim dlatego, że TMNT: Wyjście z cienia to ciągnąca się niemal przez godzinę i pięćdziesiąt dwie minuty szalona jazda bez trzymanki. Poważnie, jest tutaj takie nagromadzenie absurdalnych pomysłów oraz scen, że można nimi byłoby obdarzyć kilka tego typu popcorniaków. Jeśli w pierwszej części był zjazd ciężarówkę po ośnieżonym zboczu góry, to tutaj spływali rwącą rzeką gonieni przez czołg, gdyż autorzy uznali, że tamto, to było za mało.

W ogóle, film poprawia większość błędów poprzednika, o których pisałem w swoim TEKŚCIE. Rola Megan Fox została zredukowana do bycia ładną dziewczyną, która trzyma z żółwiami. Co prawda nijak się to ma to postaci April, no ale po tym, co się odwaliło w poprzednim filmie, cieszę się, że zdecydowano się po prostu uszczuplić jej rolę i w to miejsce wrzucić jakąś szaloną akcję. Oglądałem Wyjście z cienia już jakiś czas temu, więc mogę się mylić, ale nie przypominam sobie, by trzeba było ratować tę postać albo coś w tym stylu – wręcz przeciwnie, kilka razy to dzięki jej działaniom bohaterowie odnosili sukces. No ale w głównej mierze stała się ładną buzią, wliczając w to cudownie wręcz kiczowatą i – powiedziałbym nawet – seksistowską pierwszą scenę, w której się pojawia, działając „pod przykrywką”.
Projekt mistrza Splintera w końcu nie wygląda jak gówno. Poważnie, w poprzednim filmie wyglądał paskudnie, tutaj wreszcie da się na niego patrzeć, nie pragnąc jednocześnie wydłubać sobie oczu.
Kretyński plan zakażenia całego miasta, żeby potem zarobić fortunę na sprzedaży antidotum, został zastąpiony prostą i skuteczną motywacją klasycznych arcyłotrów – są źli i marzą o przejęciu kontroli nad światem. I są mózgami z innego wymiaru. <3
Pojawienie się Kranga, w dodatku w tym absurdalnym robocie, który wyskakuje totalnie z dupy, z jakiegoś równoległego wymiaru, jest po prostu piękne. To samo tyczy się Bebopa i Rocksteady’ego, którzy z pary głąbowatych rabusiów przeistaczają się – oczywiście dzięki zaawansowanej technologii odnajdywania genetycznych zwierzęcych przodków – w humanoidalnego nosorażca i guźca.
A – jeszcze jedna drobna rzecz – Klan Stopy to wreszcie wojownicy ninja, a nie najemnicy biegający po metrze z karabinami i biorący zakładników.

No ale nie jest do końca tak kolorowo – w drugim akapicie pojawia się bowiem słowo „niemal”. Niestety, oprócz niczym nieskrępowanej akcji, szalonej pseudonauki, walk żółwi z innymi mutantami i/lub innymi ninja, mamy ludzi. I o ile ten gość, który w pierwszym filmie nieudolnie próbował poderwać Megan Fox, naprawdę daje radę, to pozostali już mniej. Wymyślono bowiem, że niby – niby – nowojorczycy uwierzyli, że to on sam i własnoręcznie powstrzymał Shreddera. W sensie w finale pierwszego filmu – z tą wielką zbroją, z zawalonym budynkiem, walką na dachu etc. Zrobiono więc z niego bohatera-celebrytę, który otoczony jest dupeczkami, otrzymuje klucze do miasta, udziela wykładów, ma fanów i tak dalej. I to jest tak głupie, że aż śmieszne.
Reszta natomiast to jeszcze dwóch bohaterów. Stephen Amell – znany z głównej roli w serialu CW Arrow – dokonał czegoś pozornie niemożliwego. Dzięki niemu Megan Fox nie jest najbardziej drewnianą częścią obsady. Tutaj wciela się w Casey Jonesa, ale robi to w taki sposób, że tylko czekałem, aż założy zielony kaptur i z lekką chrypą powie, że tak naprawdę jest Green Arrow i przybył tu, aby wesprzeć żółwie w walce z Klanem Stopy. Przestałem oglądać Arrow jakiś czas temu, ale mam wrażenie, że to, co tutaj pokazał ten… aktor, to jeszcze większa żenada, żal, smutek i łzy, gorzkie łzy. Nie siedzę jakoś specjalnie głęboko w świecie TMNT, z pewnych względów ominęły mnie lata ’80, kiedy to królowała animacja z nimi, ale nawet ja jakoś tak podświadomie czuję, że bohater, jakiego… zagrał Amell to nie jest Casey Jones.
Ostatnią postacią, o jakiej chciałbym wspomnieć, jest naukowiec, który wspiera Shreddera. Jest strasznie stereotypowo przedstawiony, wygląda jak nieco chudsza wersja grubego Eddie’go Murphy’ego z filmu Gruby i chudszy, nosi muszkę, a ze złymi współpracuje, bo jest niedoceniany i nie ma powodzenia u kobiet. Jak każdy fizyk, nie?* Shredder obiecał mu coś tam fajnego, ale – O-CZY-WIŚ-CIE – poczciwy, naiwny naukowiec zostaje przez łotra wykorzystany. Bo jak masz tytuły naukowe, lata doświadczenia i jesteś w stanie otworzyć portal do innego wymiaru, to z jakichś dziwnych przyczyn tylko superzłoczyńcy chcą ci dawać dotacje.

Jest tutaj też jakiś dziwny motyw z odwracaniem mutacji u żółwi i mam wrażenie, że Leonardo, który kategorycznie tego sobie i braciom odmawia, jest jakiś nieswój, ale nie chce mi się w to mocniej zagłębiać. Zresztą sam film wykorzystuje to jedynie jako pretekst do tego, by kolejny raz poróżnić tytułowych bohaterów, a Raphaela nastawić przeciwko liderowi. Niby jakoś tam pokazują, że żółwie marzą o normalnym życiu, ale oczywiste jest, że koniec końców zaakceptują siebie takimi, jakimi ich Szlam stworzył, więc kogo to obchodzi?

***

Nie jest to dobry film, ale mi dostarczył sporo frajdy z oglądania. Kosmicznie absurdalne sceny akcji gwarantują rozrywkę, a efekty wizualne stoją na naprawdę wysokim poziomie. Fabuła po części jest cudownie głupia, po części pretekstowa. Summa summarum, mnie się podobało i bardzo się ucieszyłem wyeliminowaniem błędów poprzedniej części. Szkoda, że nie obyło się bez wprowadzania nowych.

Jaskier

*Żart polega na tym, że studiuję fizykę.

Read Full Post »