Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for the ‘LEGO’ Category


Kolejna wystawa zdążyła już zostać rozłożona, pierwsi zwiedzający mieli już okazję ją zobaczyć, a ja wciąż nie napisałem o poprzedniej. A było EKSTRA!

Stowarzyszenie Zbudujmy To, którego od lutego tego roku jestem członkiem, zapewniło jeden z punktów programu podczas tegorocznej edycji nerdowskiej imprezy Pixel Heaven. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych zaprezentowaliśmy odwiedzającym nasze modele w tym: makietę miasteczka Zbudujcowa, bitewniakową wersję futurystycznej wersji Odsieczy Wiedeńskiej (gdzie stały moje konstrukcje), tor GBC i całą masę innych modeli oraz dioram. Zainteresowanych odsyłam do filmu z wystawy nakręconego przez Sariela:

Poniżej znajdziecie coś w stylu relacji z tego wydarzenia. Z mojej perspektywy, czyli osoby, która uczestniczyła w konwencie przede wszystkim jako wystawca. Nie mam zamiaru ukrywać, że do Warszawy pojechałem głównie w celach klockowo-towarzyskich, a cała otoczka związana z oldskulowymi grami i sprzętem, mimo iż przyjemna i potrafiąca zaangażować, stała na dalszym planie.
Raport w miarę na żywo prowadziłem na moim fanpejczu, skąd część wpisów zostanie przekopiowana do tego tekstu.

***

DZIEŃ PIERWSZY – Czwartek

W zasadzie nie był to dla mnie jeszcze w pełni konwentowy dzień – do południa byłem półtora godziny na uczelni, potem przed wyjazdem zdążyłem skończyć sprawozdanie na laboratorium, ale z kronikarskiego obowiązku odnotować wypada, że z Krakowa wystartowaliśmy wieczorem i na miejsce dotarliśmy krótko po północy.

***

DZIEŃ DRUGI – Piątek

Rano pobudka, śniadanie, mycie zębów i spacerek do stacji metra, skąd mieliśmy dotrzeć bezpośrednio na teren imprezy. Po drodze do metra cyknąłem fotkę najbardziej rozpoznawalnego budynku Warszawy.

I cóż – faktycznie mają metro w Warszawie. Legendy nie kłamią.

Jak się okazuje, mają nawet półtora metrów.

Już w budynku MZA dołączyłem do rozkładania klocków. Spora część wystawy była już przygotowana, chłopaki się naprawdę postarali.


Zdjęcia makiety w jakiejś ludzkiej jakości znajdziecie w galerii Servatora – KLIK.
Galerie pozostałych współautorów wiedniowej makiety:
BH’s
Glaz
Goldsun
Jaskier (czyli ja :P)
Kris Kelvin
Zgrredek

Jak pisałem na fejsbuku, musieliśmy jechać do docelowego hotelu, zameldować się, zostawić walizki i wrócić. I tu miejsce na humorystyczną wstawkę.
Ponieważ w tym samym hotelu nocowała w tym samym czasie jakaś młodzieżowa reprezentacja klubu gimnastycznego, pan z recepcji wziął nas za jej członków. Także spoko, niechodzenie na WF najwidoczniej nie zostawiło skutków ubocznych. Gdy już wyjaśniliśmy, że jednak nie, nie jesteśmy gimnastykami, ani nawet trenerami gimnastyki i dostaliśmy klucze, to z kolei pani z recepcji strzeliła z grubej rury, mówiąc, że zakładali, że nasza rezerwacja – dla grupy – dotyczyła gości weselnych. W sumie jak to teraz piszę, to już nie wydaje się takie śmieszne, ale wtedy autentycznie skisłem.

Po powrocie na imprezę (szczęśliwie identyfikator odebrałem wcześniej, wychodząc – po 15 do rejestracji była już kolejka) poplątałem się chwilę wokół ekspozycji i o 16 zaczął się mój dyżur. Na czym polegał? No cóż, odwiedzający nie zdają sobie sprawy z tego, iż niektóre modele trzymają się na tak zwane zagęszczone powietrze, a część osób przyprowadza zawsze ciekawskie dzieci. Jeśli kiedyś będziecie na tego typu wystawie, to – proszę – pamiętajcie, że NIE wolno dotykać modeli. Nie wolno podnosić samolotów, nie wolno kręcić antenami stacji badawczej, nie wolno przestawiać figurek na makiecie. Z naszej strony nie jest to żadna nieuprzejmość czy coś. Po prostu – jeśli każdy by chciał sobie czegoś dotknąć, to po chwili znaczna część ekspozycji byłaby uszkodzona. I tak musiałem naprawiać autko, zabierać dzieciom pochwycone minifigurki i podczepiać zbudowane jakąś kosmiczną techniką koła samolotu.

Po trzech godzinach bicia po łapach skończyłem dyżur i mogłem połazić po terenie imprezy. Niestety, jeszcze nie wiedziałem, że na poustawianych pod ścianami flipperach można pograć za friko, więc po prostu łaziłem, rozglądając się po różnych stoiskach. Zaszedłem na komiksy i podłubałem trochę w kartonach, ale okazało się, że nie było pierwszego numeru Moon Knighta z Marvel NOW!, więc koniec końców nic nie wziąłem.

Figurki przy stanowisku tej firmy przykuły moją uwagę, więc przystanąłem, żeby zapytać, jak je robią. No i się okazało, że wykonują projekty modeli w komputerze, potem drukują na drukarkach 3D. Usłyszawszy ceny, stwierdziłem, że dorabianie elementów do klocków mija się z celem, ale pan ze stanowiska propsował moje figurki z LEGO, więc niech mają reklamę.

Czekałem na pierwszy z punktów programu i w zasadzie jedyny, na którym mi tak naprawdę zależało – o 20 na Main Stage’u miał się odbyć pokaz tajwańskiego filmu klasy Z, Lady Terminator, z prowadzonym na żywo, improwizowanym dubbingiem. Emisja w ramach VHS Hell, którego istnienie obiło mi się już kiedyś o uszy, i którego byłem bardzo ciekaw. O dziwo, faktycznie pewne sceny w filmie przywodzą na myśl Terminatora, ale całość ma jakieś absurdalne, mistyczno-seksualne podłoże. Morduje na ekranie nie robot z przyszłości, ale opętana przez chutliwego ducha młoda pani archeolog… albo antropolog. Jeszcze bardziej o dziwo, improwizowane dialogi potrafił w niektórych momentach rzeczywiście rozbawić. Nie pamiętam, jak nazywał się pan, który „miał w ręku piwo zamiast listy dialogowej”, ale odwalił kawał dobrej roboty.

Mimo iż było już grubo po 21, to dzień się jeszcze nie skończył, na wieczór mieliśmy zaplanowaną integrację w jadłodajni Blue Cactus.

*pomnika

Jak widać na załączonym obrazku, w drodze do restauracji w pewnym momencie poszedłem na skrzyżowaniu niewłaściwą ulicą i zaszedłem aż za Belweder.

Jedzenie było spoko, Cola dawno mi tak nie smakowała i nie wiem, czy to kwestia cytrusa nadzianego na szklankę, czy tego, że cały dzień był intensywny.

Aha – ponieważ siedzieliśmy niemalże do zamknięcia, to mogliśmy zaobserwować klasyczny obrazek – barman polerował szklanki, rozmawiając z kokietującą go samotną, siedzącą przy barze dziewczyną. Nie powiem, trzymałem za niego kciuki.

***

DZIEŃ TRZECI – Sobota

Pobudka o podobnej porze – 8 – naprawdę syte śniadanie w hotelu i jazda na konwent. Od 10 dyżur, dotarliśmy chwilę wcześniej, ale flippery były jeszcze pogaszone – smutnazabaface.

Za to stoisko z koszulkami i innymi duperelami było otwarte. Jak tylko zobaczyłem ten nadruk, stwierdziłem, że muszę ją mieć. Niestety, nie pamiętam, jak się nazywał sklep, w którym ją kupiłem, a na terenie imprezy były ze trzy. W każdym razie – był to ten koło stoiska z komiksami.

BUT MAGIC IS HERESY – głosi dalsza część napisu na koszulce

Poniżej seria zdjęć modeli, które szczególnie zwróciły moją uwagę.

Na makiecie miasteczka umieszczone były liczne scenki z postaciami z popkultury – dwie szczególnie mnie urzekły. Obie autorstwa Tyborta.

Druga rozwaliła mnie jeszcze bardziej. Mimo iż postacie nie są oddane w stu procentach, a dałoby się je wykonać lepiej, to jednak bez problemów rozpoznałem bohaterów animowanego serialu Wodogrzmoty Małe.

Mario mój i Thietmaiera. Nieskromnie się pochwalę, że w zorganizowanym konkursie moja figurka zajęła trzecie miejsce. Jako nagrodę otrzymam Bellę.

Miecz Geralta kolegów i koleżanki z Politechniki Rzeszowskiej.

Tutaj klockowa wersja Pac-Mana. Zapamiętajcie.

Fragment makiety Fallout. Szyld zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie.

Po obleceniu naszej wystawy ruszyłem na podbój konwentu. Udało mi się sporo pograć na flipperze. Straciłem poczucie czasu, bo kiedy już się do jednego dopchałem, to prztykałem jakieś czterdzieści minut. Przez dłuższą chwilę na sąsiednim (Judge Dredd) grał Kris Kelvin. Także spotkanie z celebrytą przy okazji wizyty w Warszawie mam zaliczone. :D

Flippery to było jednak małe piwo w porównaniu do stojących w sąsiednim pomieszczeniu starych telewizorów z podpiętymi konsolami, na których można było popykać w kultowe gry. Do Mario nie udało mi się dopchać, za to w Pac-Mana całkiem sporo pograłem. Jak na pierwszy raz trzymania w ręku joysticka od Atari, to uważam, że poszło mi całkiem nieźle. Zwłaszcza za drugim razem.

 

Nie udało mi się załapać na testowanie VR-u w tej grze, w której wszystko jest białe, poza przeciwnikami, którzy są pomarańczowoczerwonożółci. Mieli stoisko obok naszej wystawy. Za to założyłem gogle przy innym stoisku, gdzie odbywała się prezentacja gry w strzelanie. Chodziło się po jakichś dokach/magazynie i strzelało z karabinu. Strasznie dziwne uczucie, gdy obraz się porusza, jakbyśmy rzeczywiście szli, za co odpowiada gałka analogowa, a jednocześnie czujemy, że nogi się nam nie ruszają. Po kilku minutach spędzonych w wirtualnej rzeczywistości zaczęło mi się kręcić w głowie.

Tak się skończył trzeci dzień konwentowania. Na zdjęciu powyżej widać większą część mojego dziennego posiłku. Poza tym zjadłem jeszcze paczkę ciastek i rano śniadanie w hotelowej restauracji. Jakoś się nie skusiłem na ofertę food trucków, które parkowały przed budynkiem.

***

DZIEŃ CZWARTY – Niedziela

Ponownie – pobudka z rana, bo plan dnia napięty niczym leginsy na dupie grubej dziewczyny. Zaplanowaną mieliśmy wizytę w LEGO Store w Galerii Mokotów.

Jak widać, byliśmy na miejscu przed czasem i musieliśmy czekać kwadrans. 12:50 musieliśmy już być na Dworcu, więc trzeba się było sprężać. Na szczęście poszło gładko, kubek ładowało się szybko, a i wybór figurek się zbytnio nie rozwlekł.

Jeśli ktoś nie wie – w oficjalnych sklepach LEGO klocki można kupować na kubki, wybierając z dostępnego asortymentu elementów. Jest jedna zasada – kubek musi się zamknąć. Ten, który widzicie na zdjęciu, kosztuje 89,99zł, zmieściłem w nim przeszło 500 bricków 2×1 i jeszcze ponad 200 innych elementów. Średnio 0,11zł za klocek. O aktualny stan ścianki można pytać na fanpejczu sklepu.
Minifigi z kolei kosztują 44,99zł i działa to tak, że z puli elementów wybiera się po trzy: nogi, torsy, główki, włosy/czapki, akcesoria i w ten sposób składa trzy figurki. Tutaj pod względem ceny już nie jest tak różowo, aczkolwiek dużo zależy od klocków, jakie uda się znaleźć – czasem trafiają się prawdziwe perełki.

Już bez dalszych przygód wróciliśmy, wymeldowaliśmy się z hotelu, dotarliśmy na Dworzec i załadowaliśmy się do pociągu. Sama podróż przebiegła naprawdę klawo – z Warszawy do Krakowa pociąg jechał nieco ponad dwie godziny. I dali pół litra wody w cenie biletu, także więc bajka.

***

Cóż, tak to właśnie wyglądało. Ja się zakochałem w tym klimacie, na pewno wybiorę się na kolejne wystawy naszego Stowarzyszenia. Jedna obecnie trwa, również odbywa się w Warszawie, ja niestety muszę się uczyć, ale Was zapraszam. Jeśli tylko macie możliwość, to wybierzcie się na Warsaw Comic Con – my tam jesteśmy. ;)

Chciałbym podziękować kolegom ze Stowarzyszenia – Toltomei, który był tym drugim, kiedy pisałem w tym wpisie „my” oraz Innosowi za ogarnianie na miejscu, przewóz mnie i moich fantów. Podziękowania należą się również niezrzeszonym kolegom – Jahoo i gmkkk, również za transport samochodowy mnie lub klocków oraz za możliwość pogadania z kimś o wspólnej pasji.
Dziękuję współautorom naszej makiety bitewnej, których wymieniłem już wcześniej oraz wszystkim innym uczestnikom wystawy, zwłaszcza jetboyowi za trzymanie pieczy nad wszystkim.

Bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się Was poznać inaczej niż przez forum, Wy LEGO-we świry,

Jaskier, też LEGO-wy świr.

 

 

 

 

PS Załączam zdjęcie figurek, które kupiłem w LEGO Store.

Read Full Post »

OSTRZEŻENIE!
Niniejszy wpis zawiera lokowanie produktu, dodatkowo poświęcony jest całkowicie wspomnieniom autora, które przypadkowego czytelnika obchodzić powinny jeszcze mniej, niż ukazujące się tutaj zazwyczaj teksty. Autor zdaje sobie z tego sprawę, lecz – jak to ma w zwyczaju – ma to w nosie.
KONIEC OSTRZEŻENIA!

***

Dwa lata temu w tekście Wszystko inne, co uczyniło moje dzieciństwo zajebistym, będącym zamknięciem napisanego wówczas przeze mnie trzyczęściowego zbioru wspominek z okresu pacholęctwa, napomknąłem, iż plastykowe wytwory duńskiej firmy stanowiły dla mnie istotny element tegoż czasu. Na tyle istotny, że wciąż mam ich w pokoju pełno (i to pewnie ze cztery razy więcej niż dziesięć lat temu).
Modelowanie tak mi się jakoś w duszę wryło, że pisząc te słowa, patrzę na gotową makietę średniowiecznego miasta, podpokład steampukowego statku pirackiego rozgrzebany od lutego, fragment laboratorium szalonego naukowca oraz biurko oblegane przez oddziały fikcyjnej frakcji, wymyślonej na zasadzie „wezmę siedemnastowiecznych żołnierzy i wyposażę ich w parowe maszyny bojowe, będzie to fajnie wyglądało”.
Nie byłoby jednak tego wszystkiego, tych tysięcy drobnych klocków porozkładanych po pudełeczkach i szufladkach, gdyby nie kilka przełomowych dla mnie zestawów, które współtworzyły moją kolekcję, dołączając do niej między 1998 i 2004 rokiem.

Poniżej chronologiczne zestawienie pięciu zestawów, dzięki którym nieuleczalnie zachorowałem na LEGO.

***

4128 – XL Value Bucket
Liczba części: 650
Rok wydania: 1997

To czerwone wiaderko pojawiło się już wcześniej na blogu, ale nie powinno to dziwić – otwieranie tego urodzinowego prezentu jest – wprawdzie zamglonym, niezbyt dokładnym – lecz najstarszym z moich wspomnień.
Nawet pudełko do dzisiaj służy (spoczywają w nim figurki Bionicle, które zamiast charakterystycznej plastykowej tuby, miały kartonowe opakowanie), natomiast same klocki, o ile nie uległy uszkodzeniu lub nie zaginęły, wciąż z powodzeniem wykorzystuję podczas budowania, jak np. widoczne na zdjęciu ramiona robota, które wykorzystałem do skonstruowania kokpitu mecha.
Ten potężny zastrzyk elementów, jaki przydarzył mi się już na samym początku przygody z LEGO, był bardzo istotny. 650 klocków, wśród nich dachówki, cegiełki, okna, śmigła, koła etc. dawały mnóstwo możliwości tworzenia własnych konstrukcji. To dzięki temu zestawowi mogłem jednego dnia budować kolorowe zordy drużyny Power Rangers, by następnego przeistoczyły się w spokojny domek szczęśliwej rodziny.

***

6089 – Stone Tower Bridge
Liczba części: 409
Rok wydania: 1998

Przez długi okres zestaw ten, wówczas jedyny w mojej kolekcji z linii Castle, stanowił główne źródło części niezbędnych do odtworzenia scen z filmowego Władcy Pierścieni. Były takie czasy, że moja klockowa Drużyna Pierścienia w zubożonym składzie, bo na co komu hobbici, gdy ma się Aragorna, Legolasa, Gimlego oraz Boromira, wycinała sługusów Saurona za pomocą katan, dzierżonych pierwotnie przez widocznych na powyższym zdjęciu samurajów i ninja.
Lecz nawet nim nastała moja fascynacja fantasy, potrafiłem godzinami siedzieć przy tych klockach, wymyślając historie, w których Zły Czerwony Samuraj zagrażał pokojowi Królestwa i Dzielni Ninja pod wodzą Szoguna musieli stawiać mu czoło.
Nie sposób nie wspomnieć także o pozostałych superanckich klockach, jakie ten set zawierał. To stąd mam moją pierwszą skrzynię, zapadnię, skały*, koła od wozu i cały zapas czerwonych „pralek”, które pozwalały zamocować coś do boku klocka.

***

5903 – Johnny Thunder and Baby T
Liczba części: 23
Rok wydania: 2000

Był w Stalowej Woli wieki temu taki sklep Rumcajs. Chyba nawet do tej pory jest, ale oryginalnych LEGO już w ofercie nie ma. Ale mniejsza z tym – na wystawce miał wspaniały zestaw 5988 The Temple of Anubis. W ogóle, cała seria Adventurers, jawnie nawiązująca do przygód, uwielbianego przeze mnie równie długo co klocki, Indiany Jonesa, była niesamowita i nie zliczę godzin, które spędziłem, przeglądając katalogi i gapiąc się na modele przedstawiające perypetie najsłynniejszego awanturnika i poszukiwacza przygód w całym Wszechświecie LEGO.
Niestety, z racji tego, że seria zadebiutowała w 1998 podserią Desert, gdy byłem niewystarczająco kumaty, żeby sprecyzować moje pragnienia, a i jej kontynuacja (Jungle) w 1999 roku jakoś mi się wymknęła, nie posiadałem ani jednego zestawu, a przede wszystkim figurki głównego bohatera – Johnny’ego Thundera, z dość oczywistych przyczyn nazywanego wówczas przeze mnie Indianą Jonesem.
Wielka była moja radość, gdy otrzymałem 5904, w którym obecna była inna istotna fabularnie postać, lecz eksplozja euforii miała dopiero nadejść, gdy po krótkim czasie wyszło na jaw, że mama przeszła samą siebie i kupiła dziecku również widoczny wyżej 5903. Oba zestawiki (potocznie nazywane impulsami) należały do trzeciej podserii o wdzięcznej i wszystko mówiącej nazwie Dino Island, będącej oczywistą zrzynką z Parku Jurajskiego**, który to dzieciaki takie jak ja wówczas uwielbiały. Rzecz jasna, ja na równi z Indianą.
Prócz najwspanialszej na świecie figurki, drobny zestawik zawierał sporo zawsze przydatnego ekwipunku oraz małego tyranozaura.
TY-RA-NO-ZAU-RA!

***

1266 – Space Probe
Liczba części: 23
Rok wydania: 1999

Ten impuls z kolei wiąże się z pewnym przykrym doświadczeniem. Ponieważ mierząc te 137cm wzrostu, byłem idiotą, złamałem na huśtawce nogę. No ale – nie ma tego złego… czego Jaś się nie nauczył, to na dwoje babka wróżyła. Od pana doktora dostałem gips, a od rodziców karykaturalny statek kosmiczny z pilotem. Niby wygląda to niepozornie, ale nie dajcie się zwieść – wszak są tutaj aż(!) dwa ognie oraz kosmonauta.
Kiedy już odechciewało mi się bawić w Indianę Jonesa lub Shogun War, to brałem koleżkę z tego zestawu i robiłem z niego tajnego agenta. Miał nadrukowane słuchawkę oraz mikrofon na twarzy, więc był idealnym kandydatem do powierzanej mu roli. To trochę zabawne, bo nie mam pojęcia, czego się naoglądałem, że robiłem z niego klockowego Ethana Hunta. Może Bonda z Brosnanem. Albo zwiastunów Matrixa.
Czasem bywał ten jegomość również szefem zespołu ratowników (dwie strony katalogu poświęcone brygadzie z serii RES-Q <3) albo pilotem śmigłowca w bazie badaczy na Antarktydzie.
To było najlepsze w LEGO – za każdym razem można się było bawić w coś innego stosunkowo ograniczoną „masą” tej zabawki. Tak naprawdę tylko komputer, cRPG-i i RTS-y, zaoferowały mi coś podobnego na taką skalę, ale to przecież nie to samo.

***

7417 – Temple of Mount Everest
Liczba części: 292
Rok wydania: 2003

Listę kończymy z przytupem – ostatnią jak dotąd przygodą Johnny’ego Thundera. Powrócił do świata żywych w 2003 roku w podserii Orient Expedition, w ramach której zbadał Indie, Himalaje oraz Chiny. Zastanawiałem się, który z posiadanych przeze mnie zestawów z tej serii tutaj umieścić i ostatecznie wybór padł na właśnie ten – przedstawiający sanktuarium na szczycie najwyższej góry świata.
Po pierwsze – Świątynia Mount Everest, mimo iż najmniejsza ze wszystkich trzech „zamków” Orientu, posiada mnóstwo bajeranckich elementów. Jako środek transportu dzielnych podróżników zawsze wolałem ten klasyczny, dwupłatowy samolot, niż obecnego w Pałacu Skorpiona słonia. Tambylcy w grubych czapach, ruchoma skała kryjąca skarb oraz potężne wrota wyglądają rewelacyjnie. No i ten most linowy. Obracający się most linowy, z którego „podmuch wiatru” mógł strącić nieostrożnego wędrowca.
Po drugie – Johnny w skórzanej kurtce wygląda kozacko. :D
Marzy mi się kiedyś zmodernizować wszystkie trzy zamki (była jeszcze Forteca Smoka), zbudować je tak, jak buduję MOC-e. Właściwie to tak zaczął się mój powrót do LEGO. Wiosną cztery lata temu, gdy już wiedziałem, że mogę olać szkołę i zająć się czymś innym.

***

Morał tej bajki jest krótki i niektórym znany, mimo iż LEGO uzależnia, to i tak – mam nadzieję – jest tańsze od fajek i nie powoduje raka.

Jaskier

*Notabene, w fandomie nazywane LURP-ami – Little Ugly Rock Piece.

**Trzeba pamiętać, iż nie były to czasy wszechobecnych dziś serii licencjonowanych, których los przypieczętowany został dopiero po dobiciu targu z właścicielami praw do Gwiezdnych wojen.

Read Full Post »

Dzisiaj będziecie mieć okazję przeczytać mój komentarz odnośnie dwóch Biur Obsługi Klienta, zwanych dalej BOK-ami.

Mam polajkowany fanpejcz LEGO i widzę, że większość wpisów od użytkowników dotyczy brakujących elementów, jakichś uszkodzonych części lub innego rodzaju nieprawidłowości. Dzisiaj na ten przykład ktoś wrzucił zdjęcie figurki Hulka, który miał dwie takie same ręce – w sensie dwie prawe.

Podejrzewam, że wszyscy ci ludzie dopiero z odpowiedzi administratorów rzeczonego fanpejcza dowiadują się o istnieniu działu Customer Service, który działa niebywale prężnie i sprawnie, umożliwiając klientom rozwiązanie każdego problemu z zakupionym zestawem, na jaki tylko mogą się natknąć.

Jeżeli jakiegoś klocka nam brakuje w pudełku/uległ uszkodzeniu podczas składania, procedura wygląda następująco:

  1. Trafiamy na stronę BOK-u (link wyżej).
  2. Klikamy zakładkę „Bricks & Pieces”.
  3. Wpisujemy swoje dane.
  4. Wybieramy nasz problem.
  5. Podajemy numer zestawu.
  6. Wybieramy część z widocznej listy, opisujemy, co z nią jest nie tak.
  7. Czynności powtarzamy z każdym zepsutym/brakującym klockiem.
  8. Klikamy „Checkout” i uzupełniamy dane do wysyłki.
  9. Potwierdzamy wszystko i czekamy na maila.

Ciekawe jest to, że często wierzą na słowo – jedynie w przypadku minifigurek musiałem wysyłać zdjęcia, o co zostałem poproszony drogą mailową. Podejrzewam, że w przypadku rzadkich elementów z nadrukami lub z zestawów licencjonowanych byłoby podobnie. Jednak to tylko kilka dni zwłoki i koniec końców wszystko dotarło do mojego domu.
Zaskakujący jest również fakt, że gwarancja na elementy jest bardzo długa – wczoraj przyszła do mnie koperta z lawetą od armaty z zestawu z 2009 roku. Sześć lat to dłuższy okres gwarancyjny niż ten na sprzęt AGD i RTV lub zimowe buty. Nie można pod tym względem TLG nic zarzucić.
Nie wiem, jak by to wyglądało ze starszymi elementami, które zostały mi po szeroko rozumianym dzieciństwie i część z nich jest mocno sponiewierana, ale to ewidentnie skutek nadmiernej eksploatacji i mea culpa, więc głupio by mi było domagać się teraz – po piętnastu, dziesięciu latach – zadośćuczynienia.

Klocki przychodzą w około tydzień od otrzymania przez nas maila, są zabezpieczone kopertą bąbelkową, by nie uległy uszkodzeniu w trakcie transportu.

***


Drugi przykład to polski oddział wydawnictwa Hachette, z którym miałem przyjemność kontaktować się w związku z uszkodzonym egzemplarzem 57. tomu Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Kartkę ze stroną tytułową i wstępem redaktora miałem tak jakby naciętą czymś ostrym. Podejrzewam, że stało się to na jakimś magazynie lub już w procesie drukowania.
Archaiczna forma kontaktu z BOK-iem (TYLKO telefonicznie) sprawiła, że zwlekałem ze zgłoszeniem reklamacji. W końcu zadzwoniłem, w kilku słowach wyjaśniłem, jak sprawa wygląda, pani poprosiła o moje dane i po otrzymaniu ich obiecała, że dotrze do mnie egzemplarz, który będzie cały i zdrowy.
No i jakiś czas temu dotarł.

Troszkę to słabe, że trzeba do nich dzwonić, gdyż nie ma (a przynajmniej ja nigdzie w internetach lub w środku komiksów nie znalazłem) adresu mailowego, pod który można by się zgłosić. Taka forma jest moim zdaniem przystępniejsza i o wiele wygodniejsza.

Grunt, że komiks wreszcie dotarł i faktycznie wewnątrz jest cały i zdrowy. Wniosek jest taki, że trzeba się tym albumom lepiej przyglądać przed dokonaniem zakupu.

Aha, uszkodzonego tomu nie musiałem oddać kurierowi.

***

Na zakończenie wpisu dodam tylko, że dziwi mnie to, jak bardzo obie firmy wierzą swoim klientom na słowo.

Jaskier

Read Full Post »

Zapraszam do mojej niby-recenzji filmu z klockami LEGO w roli głównej.

KLIK

Jaskier

Read Full Post »

Wielkie święto w światku tych fanów LEGO, którzy zajmują się tematyką Castle. Wszystko wskazuje na to, że moje biurko za moment zostanie zawalone pudełkami, pojemnikami i szufladkami z klockami, więc nie będę miał za bardzo warunków do pisania i robienie czegokolwiek innego, ale uważam, że mi się należy. Biorę wolne do końca weekendu.

Kategorie jak co roku są ciekawe, mam już kilka pomysłów, z których zapewne większość nie wypali, bo: a)nie będę miał czasu lub b)nie będzie mi się chciało.

Konkrety znajdziecie tutaj: KLIK.

Jak będziecie grzeczni, to będę pisał o swoich postępach albo tylko wrzucał linki na fanpejcz. To wymaga doprecyzowania.
Zachęcam do śledzenia podanej wyżej strony, ludzie budują naprawdę świetnie i zawsze jest na czym oko zawiesić. Jeśli lubisz LEGO. Albo tematykę fantasy lub średniowiecza.

Czujcie się poinformowani i nie płaczcie…

…za dużo.

Jaskier

PS Ten wpis ma numer 250. Jupi!
Czy coś w ten deseń.

Read Full Post »

Totalny miszmasz wspomnień, od których łezka się w oku kręci.

Super Mario Bros
Czy muszę tłumaczyć? Niech ta prosta w założeniach gierka symbolizuje wszystkie, w które maniakalnie pocinałem na sprzęcie, którego nazwy nie pomnę (to nie był Pegazus).
Godziny spędzone z łapkami na joystickach w nieustannej obawie, że zasilacz się zapali i wybuchnie pożar. ;)

Kapitan Pazur
Pierwsza gra komputerowa, grałem w nią jeszcze u starszego kolegi, kiedy sam nie miałem tego magicznego sprzętu. Biegasz, starając się przejść przez planszę i nie wpaść do głębokiej wody, w kolce albo pod szable będących na Twoim tropie łotrów. Oprócz pchnięcia bronią białą masz do dyspozycji pistolet, dynamit i magiczne zaklęcie, magiczne zaklęcie było najlepsze. I miało świetny efekt dźwiękowy.
Żeby nie było nudno, plansze są niezwykle różnorodne (lochy, las, wyspa piratów, port), pogrupowane po dwie, na końcu tej drugiej jest walka z bossem, na którego najczęściej trzeba wynaleźć jakiś sposób. Zbieramy różnego rodzaju skarby, najważniejsze z nich są kamienie szlachetne wypadające z pokonanych przeciwników głównych, które pozwolą uzupełnić Amulet Dziewięciu Istnień, który… fajnie mieć? Nie wiem, jakie to ma znaczenie, skoro gameplay jest miodny?

No i – KLIK.

Power Rangers
Mówcie, co chcecie, pierwsza seria rządziła. Byli tam wojownicy w kolorowych kostiumach, potwory, kosmici, czarownice i wielkie roboty. Czy potrzeba czegoś więcej?
Następną serią, z tym motywem ninja, też jeszcze oglądałem, ale potem się pogubiłem. Narobili strasznie dużo pomotanych cyklów albo po prostu z tego wyrosłem, trzeba uwzględnić również tę opcję. Ale pierwsza seria, z podtytułem Mighty Morphin wymiatała. Emitował ją Polsat i w każdą sobotę i niedzielę poranny seans był obowiązkowy.

Pokémon
I nie chodzi tu tylko o serial. To była prawdziwa mania. Oglądaliśmy tę kreskówkę, zbieraliśmy żetony, przejedliśmy dla nich tony czipsów i chrupków.
Później wielokrotnie próbowano powtórzyć sukces wyklętych przez ks. Natanka kieszonkowych potworków, ale moim zdaniem nie udało się tego dokonać nikomu. Te wszystkie bajki ze stworami wychodzącymi z kart albo kręcących się dysków nigdy nie zyskały statusu Pokemonów. My byliśmy już za duzi, młodsze dzieci miały już komputery i Internet.

Żołnierzyki

Ale nie te plastykowe, które przywędrowały z Zachodu. Po tacie i stryjkach odziedziczyłem wielką skrzynię ręcznie malowanych kowbojów, żołnierzy, Indian i rycerzy. Google Grafika zawiera mnóstwo archiwalnych zdjęć z Allegro, więc musiały być bardziej popularne, niż przypuszczałem.

Figurki dinozaurów

Dinozaury rządziły. Pewnie dlatego pierwsi Power Rangers mieli prehistoryczne zordy. Do tej pory mam wszystkie moje dinozaurowe figurki w pudełku u brata w pokoju.
Jak teraz się nad tym zastanawiam, to trochę dziwne. Bo jak można się bawić samymi dinozaurami? Co może być w tym niezwykłego? Oczywiście przestają być nudne w momencie, w którym okazuje się, że na triceratopsa można posadzić ręcznie malowanego hetmana Chmielnickiego, a pteranodonowi (tak, wiem, że nie jest dinozaurem) da się zamocować karabin.
Klimacik, jak w Paraworld.

LEGO
Obecne w moim życiu odkąd pamiętam. Dosyć dosłownie, najstarsze, zamglone wspomnienia dotyczą otwierania zestawu 4128.
Potem męczyłem oczy, przeglądając katalogi i ucząc się ich na pamięć. Miałem szczęści, bo udało się zebrać całkiem sporo zestawów, jak na polskie standardy. Oczywiście najukochańszą serią było Adventurers, widocznie inspirowane filmami o Indianie Jonesie. Niestety nie załapałem się na pierwsze trzy podserie, gdyż pierwsza wystartowała, gdy miałem trzy lata. Ale już z czwartej i niestety najprawdopodobniej ostatniej zdobyłem całkiem sporo zestawów. Co było świetne. Klocki potrafiły po zabawie leżeć w całym pokoju. Aczkolwiek zawsze dokładnie sprzątałem, bo dla mnie było nie do pomyślenia, że ktoś miałby chować je albo w ogóle jakiekolwiek inne zabawki za mnie.

Obecnie usilnie i nieprzerwanie pracuję nad powiększaniem kolekcji i bawię się także w modelowanie. Moje zabawki można paczeć TU lub TU. Jeśli ktoś ma ochotę. Nie ma szału, ale postępy są dostrzegalne.

No, to by było na tyle. Tak to mniej więcej wyglądało i będzie wyglądać, bo nie mam zamiaru udawać, że te wszystkie rzeczy, o których pisałem przestały mnie bawić.

Jaskier

Read Full Post »

Jutro najprawdopodobniej zaliczę seans Man of Steel (nie lubię polskiego tytułu), toteż dzisiaj, jak poprzednio w przypadku Iron Mana, notka o najsłynniejszym superbohaterze w klockowym uniwersum.


Pierwszy występ w zestawie S zaliczył w 2012 roku w ramach serii Super Heroes. Towarzyszyła mu Wonder Woman (obecna jedynie tu) i oczywiście Lex Luthor, którego figurkę dołączono również do któregoś tam wydania LEGO Batman 2: DC Super Heroes, gdzie oczywiście nie mogło zabraknąć Supermana.
Premierze najnowszego filmu towarzyszy wypuszczenie trzech bazujących na jego fabule zestawów.


Szału nie ma, ale i tak jest lepiej niż w przypadku Iron Mana. Oprócz trzech tradycyjnych zestawów na rynku pojawił się również polybag promocyjny z Jor-Elem. Teraz możesz postawić na półce własnego klockowego, brodatego Russella Crowe’a.

Opętani ludzie mieli również okazję zdobyć kilka figurek z tego uniwersum na konwentach.


Oczywiście również w tym przypadku maniacy LEGO wzięli sprawy w swoje ręce i powstało mnóstwo prac przedstawiających Supermana ratującego świat.


Lub po prostu stojącego w oczekiwaniu na okazję do ratowania świata.

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »