Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Jai Courtney’

Przed Wami moje zestawienie najciekawszych, najmocniej zapadających w pamięć, no i tak ogólnie moim zdaniem najlepszych ról w 2016 roku. Pogrupowane zostały na następujące kategorie – Mała i Duża rola w filmie popcornowym. O przydzieleniu do danej kategorii decydowały głównie ilość czasu ekranowego oraz istotność dla fabuły.
Kolejność według polskiej premiery.

Zapraszam do czytania. ;)

Mała rola w filmie popcornowym

Chadwick Boseman, jako T’Challa/Czarna Pantera w filmie Civil War

Chadwick Boseman zamiast się wymądrzać i biadolić, jak to biali nie potrafią skakać nie dopuszczają czarnych do filmów, mógłby dawać więcej takich popisów jak w Civil War. Od jego postaci bije tutaj charyzma, pewność siebie, powaga i dostojność. Przez cały czas czuć, że T’Challa pochodzi z królewskiego rodu, budzi respekt wśród pozostałych bohaterów filmu. Jednocześnie jako jedyny potrafi w porę ochłonąć, odsunąć od siebie pragnienie zemsty, zastąpić je chęcią wymierzenia sprawiedliwości.

Cóż, co tu dużo mówić – po jego występie w trzeciej części Kapitana Ameryki ludzie nie mogą doczekać się solowego filmu Czarnej Pantery.

***

Karl Urban, jako doktor McCoy w filmie Star Trek Beyond

Karl Urban jest we wszystkim i gdzie się nie pojawi, tworzy oryginalną postać. Trochę jak Gary Oldman, tylko bez okresu grania łotrów w filmach science-fiction.
W nowych Star Trekach jest od samego początku, wcielając się w pokładowego lekarza na USS Enterprise.
Moim zdaniem robi najlepszą robotę spośród obsady nowej serii – pozostali aktorzy również dobrze się spisują, aczkolwiek np. wysunięci na pierwszy plan Chris Pine oraz Zachary Quinto z pewnych przyczyn, w które nie chce mi się teraz zagłębiać, zobowiązani są do duplikowania ról o wiele bardziej charyzmatycznych aktorów.
Dzięki temu popis Urbana lśni o wiele jaśniej, pozwalając mu wnieść do Gwiezdnej Wędrówki nonszalancję, sarkazm i butelkę czegoś mocniejszego.

Aha, zapomniałbym – #BringBackDREDD.

***

Jai Courtney, jako Kapitan Boomerang w filmie Suicide Squad

Jai Courtney do tej pory znany był z tego, że ma agenta cudotwórcę. Dostawał role w dużych filmach – duże role (chociażby Kyle’a Reese’a w Terminatorze: Genisys). Nigdy jednak nie dało się o nim powiedzieć czegokolwiek więcej niż – beztalencie.
W końcu jednak – ku zdziwieniu chyba wszystkich – odnalazł się w jakiejś roli. Jego interpretacja Kapitana Boomeranga, niezbyt bystrego dresiarza, szubrawca i osoby pozbawionej przyzwoitości oraz kręgosłupa moralnego była jednym z jaśniejszych punktów sponiewieranego w poprzednim wpisie Suicide Squad.

***

Benedict Wong, jako Wong w filmie Doctor Strange


Benedictowi Wongowi powierzone było trudne zadanie – Wong w komiksach jest mistrzem kung-fu, ale jednocześnie służącym Doktora Strange’a. Dosłownie służącym – parzącym herbatę i otwierającym drzwi Azjatą. Jak uciec od tego stereotypu w czasach, gdy rynek chiński nieustannie rośnie i przynosi coraz większe dochody?
Twórcy uporali się z tym problemem całkiem sprytnie, kładąc nacisk na zdolności oraz wiedzę bohatera. Dlatego też w kolejnych filmach pełnić będzie raczej rolę sojusznika i doradcy tytułowego maga.
Benedict Wong wnosi do odgrywanej postaci powagę mnicha z Dalekiego Wschodu, ale jednocześnie potrafi rzucić dobrym tekstem. Scenka, w której słucha piosenki Beyonce albo ta, w której gani Strange’a za lekkomyślnie obchodzenie się z jednym z Kamieni Nieskończoności, na pewno każdemu zapadły w pamięć

***

James Earl Jones, jako Darth Vader w filmie Rogue One: A Star Wars Story

Kto widział, ten wie, dlaczego postać Dartha Vadera zasłużyła, by znaleźć się w tym zacnym gronie. Poza tym – jak mógłbym przepuścić okazję i nie wyróżnić Jamesa Earla Jonesa. Przecież ten głos jest legendarny!

A kto nie widział, ten trąba.

***

Duża rola w filmie popcornowym

Sylvester Stallone, jako Rocky Balboa w filmie Creed

Sly w formie! Po całej serii zdobytych Złotych Malin oraz trzech częściach Niezniszczalnych, które mi niezbyt przypadły mi do gustu, wraca do roli, która otworzyła mu drzwi do salonów Hollywood i wpuściła go na czerwone dywany.
Zamiast udawać, że taplanie się w błocie i zabijanie czołgów łukiem wciąż mu wypada, Sylvester Stallone wciela się w rolę, jaka mu w pewien naturalny sposób przysługuje – mentora bohatera z nowego pokolenia.
I – no – jest w niej bezbłędny.

***

Ryan Reynolds, jako Wade Wilson/Deadpool w filmie Deadpool

Ryan Reynolds zrobił niesamowitą robotę, nie tylko grając Deadpoola, ale zaciekle przez lata walcząc o to, by film o tym antybohaterze w ogóle powstał. Po tym gwałcie na postaci, jakim był Baraka w Geneza: Wolverine, Wade Wilson zasługiwał na porządny film ze swoim udziałem. Tak się szczęśliwie złożyło, że Fox rzucił trochę drobnych i produkcja ta mogła powstać.

Rola Reynoldsa nie skończyła się po ostatnim klapsie na planie filmowym, kampania marketingowa (która notabene ostatecznie okazała się lepsza od samego filmu) powinna zostać wyróżniona i nagrodzona. A pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Reynolds.

Niesamowitą drogę przeszedł ten aktor – od dennych komedii romantycznych oraz nadziewania bułeczek miłością w Wiecznym studencie – do przenoszenia na ekran takiego bohatera, jakim jest Deadpool. I to w jakim stylu!

***

Chris Evans, jako Steve Rogers/Kapitan Ameryka w filmie Civil War

Podobną drogę przeszedł Chris Evans – od głupawych komedii o amerykańskich nastolatkach i kiepskich filmów o superbohaterach, do wcielania się w amerykańską ikonę.
Jest coś urzekającego w tym Rogersie i to nie tylko w zestawieniu z kiczowatymi wersjami z poprzednich dekad – Evans nadaje swojej postaci niezbędnej charyzmy. Potrafi zagrać człowieka z minionej epoki – wyposażonego w adamantowy kręgosłup moralny i będącego wzorem dla innych herosów zupełnie inaczej niż Superman Cavilla, chociaż ja bym bardziej winił Snydera. Podczas gdy zachwycaliśmy się, moim zdaniem zasłużenie, Downeyem i jego Tonym Starkiem, w jego cieniu zabłysnął ktoś inny – Chris Evans z ikoniczną rolą Kapitana Ameryki.
Nie wiem, jak ci ludzie to robią, ale castingi mają bezbłędne.

***

Amy Adams, jako Louise Banks w filmie Arrival


Amy Adams w filmie o próbie nawiązania kontaktu z rasą obcych.
Jak to dobrze, że aktorka ta miała okazję wykazać się w tym filmie (w innych zapewne też, ale ten widziałem), w przeciwieństwie do innej produkcji, w której rozmawia z kosmitą.
Cały ciężar filmu spoczywa na barkach Amy Adams i ta dzielnie go dźwiga, przekazując widzowi istotną lekcję o tym, jak ważna jest zdolność do komunikacji. Nie jest to rola pełna aktorskiego szarżowania czy czegoś w tym stylu, aczkolwiek zdecydowanie zapada w pamięć, a końcowy zwrot fabularny, który wywraca całe nasze rozumienie tej postaci, jej motywów i zachowań, uwidacznia nieliniowość fabuły i stanowi wisienkę na torcie.

***

Felicity Jones, jako Jyn Erso w filmie Rogue One: A Star Wars Story


Wielu zarzucało temu filmowi, że jego główna bohaterka w mgnieniu oka zmienia zdanie i od postawy: Mam w dupie całe to Imperium i całą tę waszą Rebelię, przechodzi do rzucania na prawo i lewo haseł o tym, jak to warto ginąć za dobrą sprawę.
I no niby tak – zmiana jest bardzo drastyczna i ma miejsce w krótkim czasie. Moim zdaniem jest jednak silnie umotywowana przez emocje Jyn. Po kilkunastu latach życia w nieświadomości, że jej ojciec konradwallenroduje przeciwko Imperium, dziewczyna dowiaduje się o roli, jaką ten wybitny inżynier dla siebie zaplanował. Dowiaduje się, że poświęcił swoje siły i życie, by Galaktyka była dla niej i pozostałych mieszkańców lepszym miejscem. Dla mnie jest tak jakby oczywiste, że chciała uhonorować jego postawę i zupełnie oddała się misji, której przez tak wiele lat był wierny.
Scena po wysłuchaniu wiadomości od ojca, w której Felicity Jones przekazuje pełne spektrum emocji, dowodzi słuszności mojej interpretacji jej zachowania i daje aktorce miejsce na tej liście.

***

Tak to wygląda, jeszcze tylko najlepsze filmy i będziemy to mieć za sobą. ;)

Jakie role w 2016 roku Wam najbardziej zapadły w pamięć?

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »


Może zacznę od pozytywnego aspektu – Suicide Squad w przeciwieństwie do BvS ma jakąś fabułę, jakąś konkretną historię do opowiedzenia. Kto wie, być może następy film z uniwersum DC będzie kolejnym krokiem w ewolucji i jego scenariusz będzie zawierał porządną fabułę. W przeciwieństwie do tej zaprezentowanej tutaj.

***

Wzorem opisywanego… „dzieła”, rozpocznę od przydługiego przedstawienia moich wniosków odnośnie antybohaterów pojawiających się w filmie. Pierwsze – nie wiem – pół godziny (?) to nużąca i ciągnąca się ekspozycja dla totalnych Januszów popkultury, w której Amanda Waller prezentuje kolejnych członków tytułowego zespołu, samą siebie pokazując jako twardą sucz, która nie zniesie sprzeciwu. Trzeba zaznaczyć, że za ideą powołania Task Force X stał strach przed metaludźmi, którzy mogliby okazać się terrorystami. Toteż do walki z przyszłym potencjalnym złym Supermanem zostali wybrani:

Will Smith a.k.a. Deadshot – płatny zabójca, który nigdy nie chybia celu. Ma jeden słaby punkt – córkę. Co za tym idzie, facet ma tak naprawdę złote serce i jest dobry, i zabija ludzi na zlecenie tylko po to, by w przyszłości opłacić córce studia. Ciężko cokolwiek więcej powiedzieć… Will Smith spoko wygląda łysy i z brodą. Gra tutaj typowego twardziela, który przez wzgląd na dziecko/chorą matkę/ etc. okazuje się być wzorem cnót wszelakich.

Margot Robbie a.k.a. Harley Quinn – była pani psychiatra, która podczas leczenia Jokera zakochała się w nim, co nie skończyło się dla niej najlepiej. Z grupy tych „główniejszych” postaci to ona moim zdaniem wypadła najlepiej. Miała kilka przebłysków niepasującej do niej racjonalności, ale ogólnie była odpowiednio szalona i seksowna.

Jai Courtney a.k.a. Captain Boomerang – złodziej z Australii. Aktor ten był do tej pory znany z tego, że jego agent potrafił zdziałać cuda i – pomimo totalnego braku talentu aktorskiego swojego klienta – załatwił mu spore role w dość dużych filmach. Tutaj jest tchórzem, fanem pluszowych kucyków i najchętniej jak najszybciej by się wykręcił z tej imprezy. Nie wiem, co się stało, może Courtney sprzedał dupę diabłu, ale wypada naprawdę świetnie. Sprawdził się w roli głupawego rzezimieszka i liczę na to, że się jeszcze pojawi. Może w krótkim występie w filmie o Flashu?

El Diablo – były latynoski gangster, który potrafi tworzyć i kontrolować ogień. Jest całkiem kozacki z tym swoim pacyfizmem i „nie jestem bronią i nikogo więcej nie zabiję, chociaż bym mógł”, dopóki się nie okazuje, że po prostu ma wyrzuty sumienia, gdyż w niekontrolowanym wybuchu zamordował żonę i dzieci. Takie coś naprawdę nie pasuje do tego filmu. Takie – wiecie – no kiedyś byłem zły, no ale przesadziłem i teraz pokutuję. Zespół mieli tworzyć źli ludzie…
Ale naprawdę doceniam finałową walkę, w której się okazało, że jest uosobieniem jakiegoś azteckiego boga i przemienił się w wielki, płonący szkielet.

O pozostałych członkach tytułowego składu nie ma się co rozpisywać – Killer Croc zdecydowanie na plus, Slipknot ma uroczą, króciutką rolę, Katana się właściwie nie liczy, bo bez niej mogłoby się spokojnie obyć.

***

Przechodząc dalej, Jokera nie kupuję. Nie wiem, było go za mało chyba i wszystko, co robił, było związane z Harley. Głównie to ją ratował i strasznie mi to zgrzyta, jest mi ciężko polubić Jokera, którego głównym motorem napędowym jest uczucie, jakim darzy byłą psychiatrę. Poza dwoma retrospekcjami – jednej będącej genezą Harley Quinn i drugiej, w której paktował z jakimś czarnym gangsterem – wszystkie akcje Księcia Zbrodni mają na celu wyswobodzenie ukochanej. I to nie jest Joker, jakiego znam, i nie chcę takiego poznawać. To absolutnie nie jest wina aktora, ani wizerunku postaci – li tylko scenariusza.

Pozostały jeszcze dwie kwestie, które chciałbym poruszyć – ogólnego pomysłu (albo raczej jego braku) na fabułę oraz widocznych „humorystycznych” wstawek, które w żaden sposób nie pasowały do filmu. Zacznę od fabuły.

Amanda Waller chciałaby mieć ten swój Task Force X, ale wapniaki „z góry” się nie zgadzają. Potajemnie więc pozyskuje jednego metaczłowieka i wykorzystuje go, by pokazać wapniakom, że potrafi kontrolować taką potęgę. Tylko że potem okazuje się, że jednak nie. Bardzo nie. W komiksowym stylu nie. Metaczłowiek zrywa się ze smyczy, rozpoczyna koniec świata, zamienia ludzi w kitowców (sic!) i przez trzy dni napieprza w niebo błyskawicą.
Zespół zostaje wysłany, oczywiście bez prawdziwych informacji na temat misji, odbywają się dwie walki z kitowcami, okazuje się, że zadanie polega na wydostaniu Amandy Waller z miasta, przylatuje Joker, spadają jakieś śmigłowce i grupka decyduje się na heroiczny zryw i pokazanie, że potrafią być bohaterami.
Bo tak robią złoczyńcy…

Naprawdę przesadzono ze skalą. Pewnie widzieliście tego mema, w którym śmiano się z tego, że do walki z istotami o boskich mocach zostaje wysłana drużyna składająca się z dwóch gości, którzy potrafią strzelać, faceta rzucającego bumerangami, laski z kijem bejsbolowym i typa, który się znakomicie wspina. Jest to poważnym problemem tej produkcji. Mniej spektakularny przeciwnik sprawdziłby się o wiele lepiej.
Przy okazji wyłazi też coś innego – #winaWaller. I to bardziej niż Ultron był winą Starka. Gdyby nie jej potajemne gierki, to formowanie tego typu drużyny nie byłoby konieczne. W dodatku zostaje ona wysłana do uratowania Waller. Pewnie na wypadek sukcesu tej części planu przygotowano głowice, które miały zniszczyć miasto po ewakuacji.

No ale głupkowate fabuły czasem przecież wystarczą, co nie?
A jakże, lecz konieczne jest, by postacie, ich relacje oraz humor nadrobił braki historii. Tutaj na palcach można policzyć momenty, w których te trzy składniki zostały dobrze wymieszane, więc przez większość czasu przytłacza nas bylejakość scenariusza. Dopisane i dokręcone żarty tylko przeważają szalę goryczy. Kiedy dowódca strażników powiedział, że jeśli Deadshot go zastrzeli, to jego podkomendny ma go zabić i usunąć historię przeglądarki, to wypadło to tak żałośnie, że aż brak słów.

***

Cóż, tak ogólnie, to jest mocno źle, film ssie. Krótka piłka, Warnerowi znowu nie wyszło.
Gdy koleżanka z roku zapytała mnie, czy warto wybrać się do kina na Suicide Squad, to poleciłem jej nowego Star Treka.

Jaskier

PS Też się spodziewaliście, że Scott Eastwood gra Nightwinga?

Read Full Post »