Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Deadpool’

O! jakże przewrotny jest tytuł tego wpisu. Nie przeczytałem bowiem wszystkich tomów wydanych dotąd w Polsce przez Egmont. Ba! póki co nie udało mi się nawet zaliczyć chociaż po jednym tomie z każdej z proponowanych serii. Dlatego też przepraszam wszystkich, którzy dali się nabrać i kliknęli, licząc na jakiś wielgachny przegląd kilkudziesięciu wydanych dotąd albumów.
Tego tutaj nie znajdziecie, za to będzie można przeczytać, co sądzę na temat tego, co albo kupiłem, albo udało mi się wypożyczyć w krakowskiej Artetece.

***

***

All-New X-Men 1-2-3

Gdy pojawiła się informacja o starcie Marvel NOW! w Polsce – a to było ze dwa lata temu – stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli zdecyduję się na jedną, góra dwie serie i je będę regularnie kupować i czytać.
Ponieważ wiele osób w internetach polecało, mój wybór w pierwszej kolejności padł na historię klasycznych X-Men, przeniesionych w czasie w celu… nie wiem. Chyba żeby obecny Scott Summers a.k.a. Cyclops zobaczył młodszego siebie, wiernego ideałom i nawrócił się z obranej ścieżki bycia Winkelriedem mutantów.
Wyrwani ze szkolnych, beztroskich lat młodości mutanci stają twarzą w twarz ze swoimi starszymi wersjami, rozczarowując się obrazem tego, kim w tej linii czasowej się stali.

Było to narysowane bardzo ładnie, ale fabuła i postacie mnie kompletnie nie porwały. Zupełnie. Te młodzieżowe dramy o to, kto się w kim kocha albo co się stało z moim życiem?! były męczące, a ciągły ból dupy każdego z piątki mutantów przeniesionych w czasie sprawił, że po trzech tomach stwierdziłem, że odpuszczam czytanie tej serii.
Zdaje się, że ostatnio wyszedł kolejny tom, ale po tych trzech naprawdę nie mam ochoty na więcej.

Uncanny X-Men 1-2
Jest to seria komplementarna wobec tej z akapitu powyżej. Część wydarzeń mających w nich miejsce się pokrywa, zmienia się jedynie perspektywa – przedstawione są oczami członków przeciwnego zespołu. W innych przypadkach akcja się rozjeżdża i w Uncanny X-Men śledzimy poczynania dorosłego Cyclopsa, który jest teraz Wrogiem Ludzkości Numer Jeden i razem z Magneto i Emmą Frost prowadzi własną szkołę, podróżuje po świecie, zbierając do niej uczniów.

W tej serii też się nie zakochałem. Zaprezentowane w niej młode pokolenie mutantów miałem w dupie. Ale to tak totalnie. Pamiętam z nich tylko jedną dziewczynę, która umiała na pewnym ograniczonym obszarze stworzyć bańkę czasu. Poza tym pamiętam, że Cyclops (ten dorosły) miał ból dupy o to, że wszyscy mieli do niego ból dupy o to, że zabił Xaviera.

Wolverine and the X-Men 1-3
Tę serię czytałem wyrywczo, wypożyczając to, co akurat było dostępne w bibliotece. Ogólnie rzecz ujmując, jest to historia zupełnie nowego pokolenia mutantów, dla których Wolverine, Beast, a nawet Kitty Pryde to stare dziady.
Od pierwszego numeru totalnie się odbiłem. Zawarta w nim była historia jakiegoś cyrku, którego szef był potworem Frankensteina (sic!) i opanował umysły kadry pedagogicznej czyli Storm, Logana, Beasta etc. i młodzi mutanci musieli coś z tym zrobić. W ogóle mi to nie podeszło.
Do serii wróciłem jakiś czas później, gdyż musiałem dopchać limit trzech wypożyczanych komiksów, a akurat na półce stał trzeci numer. I to było naprawdę świetne. Dwoje młodych mutantów udało się – bez wiedzy nauczycieli – na misję infiltracji szkoły dla superzłoczyńców prowadzonej przez Hellfire Club. Tylko teraz Hellfire Club to najwyraźniej takie cool dzieciaki z bogatych domów, które ogólnie gardzą wszystkimi innymi. Ten koncept bardzo mi się spodobał, na pewno do serii wrócę. Niedawno został wydany czwarty tom.

Avengers 1
W przypadku tego komiksu mam chyba najbardziej mieszane uczucia.

Jest to kosmiczne mambo-dżambo, jakich pełno w komiksach, angażujące najpotężniejszą drużynę ziemskich bohaterów, w dodatku ściągające na listę jej członków postacie z najdalszych części uniwersum Marvela, stawiające tych wszystkich bohaterów naprzeciw międzygalaktycznych quasi-bogów.
Pierwszy tom jest jednak ewidentnie zaledwie wstępem do jakiejś dużo większej historii, a mimo iż już w nim nasza cywilizacja ociera się o zagładę, to czuć w powietrzu, że przy nadciągających wydarzeniach te próby morfowania ziemskiej flory i fauny, jakie tutaj następują, będą wyglądać niczym rabowanie banku przez Shockera, którego Spidey powstrzymuje w czwartek na długiej przerwie.

The Superior Spider-Man 1
Ten komiks mam przeczytany najświeżej, że się tak wyrażę, gdyż wypożyczyłem go dwa tygodnie temu. Jest to wstęp do historii, która chyba już w tym roku doczeka się finału (w sensie zostanie u nas wydany ostatni tom), opowiadającej o Superior Spider-Manie, czyli Doktorze Octopusie w młodym, silnym ciele Petera Parkera.
To może wydawać się strasznie głupie, ale historia naprawdę przypadła mi do gustu. Octopus oczywiście planował przejąć ciało i moce Pająka, żeby robić różne złowieszcze rzeczy, nie wziął jednak pod uwagę tego, że wchodzenie do głowy kogoś, kto stracił tak wiele bliskich osób i z tego powodu cierpi, i ma poczucie winy, nie może nie odbić się bez echa na psychice nowego właściciela ciała.
Scena, w której Peter, uwięziony w okaleczonym, sponiewieranym ciele Octopusa, umierając, przekazuje mu swoją mantrę, czyli hasło o wielkiej mocy i wielkiej odpowiedzialności, napisana jest w naprawdę poruszający sposób. I w ogóle przez cały czas miałem takie uczucie, że to, co się dzieje, jest niesprawiedliwe i że łotr powinien w końcu przegrać. Mimo iż wiedziałem, że tak się nie stanie. Kibicowałem Peterowi (prawdziwemu Peterowi), wiedząc, że tym razem mu się nie uda. Z czymś takim spotkałem się wcześniej tylko w przypadku Titanica. Za każdym razem trzymam kciuki za DiCaprio…
Będę wypatrywał na bibliotecznej półce kolejnych numerów, a kto wie – może sobie sprawię całą serię? Czwarty tom swego czasu wygrałem w konkursie na yt, ale czekam z czytaniem, dopóki nie zaliczę poprzednich.

Deadpool 1-2-3

O Deadpoolu zdążyłem już napisać na blogu, dokładnie o dwóch pierwszych tomach, możecie kliknąć w link i tam sprawdzić, co o nich sądzę. Wciąż uważam, że Łowca dusz wypada o wiele lepiej od Martwych prezydentów, gdyż ten drugi (chronologicznie pierwszy :P ) jest bardziej śmieszkowy. W pierwszym tomie mniej jest zgłębiania chorej psychiki głównego bohatera, który tak naprawdę śmiechem, żartami maskuje swoje problemy i psychiczny ból, jakiego doświadcza.
Dobry, zły i brzydki idzie jeszcze o krok… albo i dziesięć dalej, przedstawiając tytułowego najemnika z zupełnie innej perspektywy. W przeciwieństwie do memów, w pewnej mierze także filmu, ta inkarnacja Deadpoola jest o wiele poważniejsza. Jasne, jest tu sporo komedii, ale jednocześnie naprawdę duża dawka tragedii.

Tomy czwarty i piąty leżą na półce, jeszcze zafoliowane, a szósty czeka na odebranie. Nie mam kiedy do nich usiąść, żeby móc przeczytać. :(

Thor: God of Thunder 1-2

Dwa pierwsze tomy serii God of Thunder tworzą zamkniętą opowieść o starciu Thora ze śmiertelnym wrogiem wszystkich kosmicznych bóstw. Autor Jason Aaron rozciągnął akcję w przestrzeni kosmicznej, a także czasie, gdyż w finale opowieści do walki ramię w ramię stają trzy wersje Gromowładnego. Młody i buńczuczny wojownik, niegodny jeszcze Mjolnira, potężny Avenger, bohater najbliższy filmowej wersji, a także wiekowy król Asgardu z odległej przyszłości. Ich wątki rozpoczynają się w różnych okresach i miejscach kosmosu, by spleść się razem w ostatecznym starciu.

Możliwość poznania różnych wersji bohatera, świadomość tego, że to faktycznie jest ta sama postać, tylko na różnych etapach rozwoju, przypadła mi do gustu. Jest to komiks opowiadający historię Thora, której wciąż brakuje w MCU – mroczną, pesymistyczną, ale jednocześnie naładowaną nieprzeszkadzającym w niczym patosem. Łatwo by było popaść w śmieszność, ale scenarzysta potrafił rozładować napięcie w odpowiednim momencie tak, by całość zagrała.

Miss Marvel 1

Na wydanie tego komiksu w Polsce czekała masa osób. Zebrał niesamowicie pozytywne recenzje zagramanicą i wcale się temu nie dziwię.
Główna bohaterka, należąca do rasy Inhumans Kamala Khan, przechodzi terrigenezę, zyskuje moc zmieniania kształtu swojego ciała i wydawać by się mogło, że jej marzenia się spełniają. Przyjmuje dawny pseudonim swojej idolki i zamierza ratować świat.

Największą zaletą komiksu jest aspekt życia codziennego Kamali. Pochodzi ona bowiem z pakistańskiej rodziny, więc w przeciwieństwie do rówieśników nie może chodzić na imprezy, nie może spotykać się z chłopakami, a gdy coś nabroi, rodzice wysyłają ją na rozmowę do imama. Ona nie do końca się z tym identyfikuje, swojego pobożnego brata uważa za wariata, a rodziców – mimo iż szanuje i kocha – nie bardzo rozumie i uważa, że nie mają do niej zaufania i na nic jej nie pozwalają. Jest to klasyczny przykład konfliktu międzypokoleniowego, przez co aspekt odmiennej kultury – mimo iż prominentny – do jakościowej analizy nie jest potrzebny. Po prostu poddana hormonom nastoletnia dziewczyna, która od życia chciałaby czegoś innego niż to, co ma na co dzień, nagle dostaje moce. Nie dziwię się, że Kamalę często porównuje się do Petera Parkera, który przez wiele lat na siłę był trzymany w liceum, żeby dla kolejnych pokoleń komiksowych nerdów mógł stanowić odskocznię od klasówek, zrzędzących rodziców i domowych obowiązków.

Hawkeye 1

Kolejna seria, która spotkała się w USA z naprawdę pozytywnym przyjęciem, zawitała dwa miesiące temu również i do Polski. Głównym bohaterem jest Clint Barton, na co dzień latający w kosmos lub strzelający z łuku do superzłoczyńców członek Avengers, po godzinach samotny stróż i obrońca bloku, w którym mieszka.

Cóż, te fragmenty z Clintem w cywilu, gdy tłucze dresów albo ucieka autem przed dresami, strzelając do nich z łuku, albo idzie z  rannym psem do weterynarza, są naprawdę świetne.
Niestety, spora część to historia o misji odzyskania taśmy, na której nagrano Bartona likwidującego terrorystę. No bo wiecie – gdyby w łapy jakiegoś superłotra wpadło nagranie z członkiem Avengers dopuszczającym się podczas misji morderstwa, wywołałoby to międzynarodowy skandal. Wciąż ta część historii była o wiele bardziej angażująca i ciekawa, i ogólnie lepsza od wymienionych wcześniej All-New X-Men, jednak nie tego się spodziewałem.
W dodatku na końcu albumu znajduje się jeszcze jeden zeszyt z zupełnie innej historii. Aż wezmę komiks i sprawdzę, co to było… Tak, dobrze pamiętałem, to zeszyt serii Young Avengers Presents. Zamieszczony tutaj został, by przybliżyć czytelnikom relację Clinta Bartona z Kate Bishop, również występująca pod pseudonimem Hawkeye, pojawiającą się w serii Matta Fractiona.

Myślę, że ta seria z większą ilością numerów bardziej przypadnie mi do gustu.

***

Z czystym sumieniem mogę polecić DeadpoolaMiss Marvel, Superior Spider-ManaThora.
Co do reszty… cóż, naprawdę liczę na rozkręcenie się Hawkeye’a.

Co Wy sądzicie o tej inicjatywie wydawniczej Egmontu?
Który z komiksów z Marvel NOW! przypadł Wam najbardziej do gustu?
Może czekacie na jakiś komiks, który w Polsce jeszcze nie został wydany?

Dajcie znać w komentarzach.

Jaskier

Read Full Post »

Przed Wami moje zestawienie najciekawszych, najmocniej zapadających w pamięć, no i tak ogólnie moim zdaniem najlepszych ról w 2016 roku. Pogrupowane zostały na następujące kategorie – Mała i Duża rola w filmie popcornowym. O przydzieleniu do danej kategorii decydowały głównie ilość czasu ekranowego oraz istotność dla fabuły.
Kolejność według polskiej premiery.

Zapraszam do czytania. ;)

Mała rola w filmie popcornowym

Chadwick Boseman, jako T’Challa/Czarna Pantera w filmie Civil War

Chadwick Boseman zamiast się wymądrzać i biadolić, jak to biali nie potrafią skakać nie dopuszczają czarnych do filmów, mógłby dawać więcej takich popisów jak w Civil War. Od jego postaci bije tutaj charyzma, pewność siebie, powaga i dostojność. Przez cały czas czuć, że T’Challa pochodzi z królewskiego rodu, budzi respekt wśród pozostałych bohaterów filmu. Jednocześnie jako jedyny potrafi w porę ochłonąć, odsunąć od siebie pragnienie zemsty, zastąpić je chęcią wymierzenia sprawiedliwości.

Cóż, co tu dużo mówić – po jego występie w trzeciej części Kapitana Ameryki ludzie nie mogą doczekać się solowego filmu Czarnej Pantery.

***

Karl Urban, jako doktor McCoy w filmie Star Trek Beyond

Karl Urban jest we wszystkim i gdzie się nie pojawi, tworzy oryginalną postać. Trochę jak Gary Oldman, tylko bez okresu grania łotrów w filmach science-fiction.
W nowych Star Trekach jest od samego początku, wcielając się w pokładowego lekarza na USS Enterprise.
Moim zdaniem robi najlepszą robotę spośród obsady nowej serii – pozostali aktorzy również dobrze się spisują, aczkolwiek np. wysunięci na pierwszy plan Chris Pine oraz Zachary Quinto z pewnych przyczyn, w które nie chce mi się teraz zagłębiać, zobowiązani są do duplikowania ról o wiele bardziej charyzmatycznych aktorów.
Dzięki temu popis Urbana lśni o wiele jaśniej, pozwalając mu wnieść do Gwiezdnej Wędrówki nonszalancję, sarkazm i butelkę czegoś mocniejszego.

Aha, zapomniałbym – #BringBackDREDD.

***

Jai Courtney, jako Kapitan Boomerang w filmie Suicide Squad

Jai Courtney do tej pory znany był z tego, że ma agenta cudotwórcę. Dostawał role w dużych filmach – duże role (chociażby Kyle’a Reese’a w Terminatorze: Genisys). Nigdy jednak nie dało się o nim powiedzieć czegokolwiek więcej niż – beztalencie.
W końcu jednak – ku zdziwieniu chyba wszystkich – odnalazł się w jakiejś roli. Jego interpretacja Kapitana Boomeranga, niezbyt bystrego dresiarza, szubrawca i osoby pozbawionej przyzwoitości oraz kręgosłupa moralnego była jednym z jaśniejszych punktów sponiewieranego w poprzednim wpisie Suicide Squad.

***

Benedict Wong, jako Wong w filmie Doctor Strange


Benedictowi Wongowi powierzone było trudne zadanie – Wong w komiksach jest mistrzem kung-fu, ale jednocześnie służącym Doktora Strange’a. Dosłownie służącym – parzącym herbatę i otwierającym drzwi Azjatą. Jak uciec od tego stereotypu w czasach, gdy rynek chiński nieustannie rośnie i przynosi coraz większe dochody?
Twórcy uporali się z tym problemem całkiem sprytnie, kładąc nacisk na zdolności oraz wiedzę bohatera. Dlatego też w kolejnych filmach pełnić będzie raczej rolę sojusznika i doradcy tytułowego maga.
Benedict Wong wnosi do odgrywanej postaci powagę mnicha z Dalekiego Wschodu, ale jednocześnie potrafi rzucić dobrym tekstem. Scenka, w której słucha piosenki Beyonce albo ta, w której gani Strange’a za lekkomyślnie obchodzenie się z jednym z Kamieni Nieskończoności, na pewno każdemu zapadły w pamięć

***

James Earl Jones, jako Darth Vader w filmie Rogue One: A Star Wars Story

Kto widział, ten wie, dlaczego postać Dartha Vadera zasłużyła, by znaleźć się w tym zacnym gronie. Poza tym – jak mógłbym przepuścić okazję i nie wyróżnić Jamesa Earla Jonesa. Przecież ten głos jest legendarny!

A kto nie widział, ten trąba.

***

Duża rola w filmie popcornowym

Sylvester Stallone, jako Rocky Balboa w filmie Creed

Sly w formie! Po całej serii zdobytych Złotych Malin oraz trzech częściach Niezniszczalnych, które mi niezbyt przypadły mi do gustu, wraca do roli, która otworzyła mu drzwi do salonów Hollywood i wpuściła go na czerwone dywany.
Zamiast udawać, że taplanie się w błocie i zabijanie czołgów łukiem wciąż mu wypada, Sylvester Stallone wciela się w rolę, jaka mu w pewien naturalny sposób przysługuje – mentora bohatera z nowego pokolenia.
I – no – jest w niej bezbłędny.

***

Ryan Reynolds, jako Wade Wilson/Deadpool w filmie Deadpool

Ryan Reynolds zrobił niesamowitą robotę, nie tylko grając Deadpoola, ale zaciekle przez lata walcząc o to, by film o tym antybohaterze w ogóle powstał. Po tym gwałcie na postaci, jakim był Baraka w Geneza: Wolverine, Wade Wilson zasługiwał na porządny film ze swoim udziałem. Tak się szczęśliwie złożyło, że Fox rzucił trochę drobnych i produkcja ta mogła powstać.

Rola Reynoldsa nie skończyła się po ostatnim klapsie na planie filmowym, kampania marketingowa (która notabene ostatecznie okazała się lepsza od samego filmu) powinna zostać wyróżniona i nagrodzona. A pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Reynolds.

Niesamowitą drogę przeszedł ten aktor – od dennych komedii romantycznych oraz nadziewania bułeczek miłością w Wiecznym studencie – do przenoszenia na ekran takiego bohatera, jakim jest Deadpool. I to w jakim stylu!

***

Chris Evans, jako Steve Rogers/Kapitan Ameryka w filmie Civil War

Podobną drogę przeszedł Chris Evans – od głupawych komedii o amerykańskich nastolatkach i kiepskich filmów o superbohaterach, do wcielania się w amerykańską ikonę.
Jest coś urzekającego w tym Rogersie i to nie tylko w zestawieniu z kiczowatymi wersjami z poprzednich dekad – Evans nadaje swojej postaci niezbędnej charyzmy. Potrafi zagrać człowieka z minionej epoki – wyposażonego w adamantowy kręgosłup moralny i będącego wzorem dla innych herosów zupełnie inaczej niż Superman Cavilla, chociaż ja bym bardziej winił Snydera. Podczas gdy zachwycaliśmy się, moim zdaniem zasłużenie, Downeyem i jego Tonym Starkiem, w jego cieniu zabłysnął ktoś inny – Chris Evans z ikoniczną rolą Kapitana Ameryki.
Nie wiem, jak ci ludzie to robią, ale castingi mają bezbłędne.

***

Amy Adams, jako Louise Banks w filmie Arrival


Amy Adams w filmie o próbie nawiązania kontaktu z rasą obcych.
Jak to dobrze, że aktorka ta miała okazję wykazać się w tym filmie (w innych zapewne też, ale ten widziałem), w przeciwieństwie do innej produkcji, w której rozmawia z kosmitą.
Cały ciężar filmu spoczywa na barkach Amy Adams i ta dzielnie go dźwiga, przekazując widzowi istotną lekcję o tym, jak ważna jest zdolność do komunikacji. Nie jest to rola pełna aktorskiego szarżowania czy czegoś w tym stylu, aczkolwiek zdecydowanie zapada w pamięć, a końcowy zwrot fabularny, który wywraca całe nasze rozumienie tej postaci, jej motywów i zachowań, uwidacznia nieliniowość fabuły i stanowi wisienkę na torcie.

***

Felicity Jones, jako Jyn Erso w filmie Rogue One: A Star Wars Story


Wielu zarzucało temu filmowi, że jego główna bohaterka w mgnieniu oka zmienia zdanie i od postawy: Mam w dupie całe to Imperium i całą tę waszą Rebelię, przechodzi do rzucania na prawo i lewo haseł o tym, jak to warto ginąć za dobrą sprawę.
I no niby tak – zmiana jest bardzo drastyczna i ma miejsce w krótkim czasie. Moim zdaniem jest jednak silnie umotywowana przez emocje Jyn. Po kilkunastu latach życia w nieświadomości, że jej ojciec konradwallenroduje przeciwko Imperium, dziewczyna dowiaduje się o roli, jaką ten wybitny inżynier dla siebie zaplanował. Dowiaduje się, że poświęcił swoje siły i życie, by Galaktyka była dla niej i pozostałych mieszkańców lepszym miejscem. Dla mnie jest tak jakby oczywiste, że chciała uhonorować jego postawę i zupełnie oddała się misji, której przez tak wiele lat był wierny.
Scena po wysłuchaniu wiadomości od ojca, w której Felicity Jones przekazuje pełne spektrum emocji, dowodzi słuszności mojej interpretacji jej zachowania i daje aktorce miejsce na tej liście.

***

Tak to wygląda, jeszcze tylko najlepsze filmy i będziemy to mieć za sobą. ;)

Jakie role w 2016 roku Wam najbardziej zapadły w pamięć?

Jaskier

Read Full Post »

Pierwszy tom Deadpoola został w Polsce wydany przez Egmont w ramach ich mocnej marvelowskiej ofensywy w lutym tego roku (czyli 2016). Data nie była przypadkowa – w tym samym miesiącu na ekranach kin zagościła adaptacja przygód najemnika, który nigdy nie zamyka swojej brzydkiej gęby. Wszyscy obiecywali, że ta komiksowa inkarnacja Wade’a Wilsona to naprawdę coś, toteż stwierdziłem, że warto zapoznać się z tym komiksem.

Tak też zrobiłem, nie obyło się bez drobnych kłopotów ze zdobyciem egzemplarza, nakład rozszedł się niemalże momentalnie, w niektórych księgarniach* już w dniu premiery cała partia była wykupiona.

Fabuła z grubsza wygląda tak: martwi prezydenci USA powstają z grobów w formie zombie i ktoś musi przed nimi ocalić kraj. Ponieważ wyznaczenie tego zadania Avengers z powodów prestiżowych nie jest najlepszym rozwiązaniem, SHIELD wynajmuje Deadpoola.

Komiks przeczytałem i… miałem mieszane uczucia na jego temat. Jasne, ilustracje są super, sam koncept również, w dodatku jest całkiem zabawny, akcja jest wartka, a fabuła przystępna nawet dla kogoś, kto nie siedzi głęboko w komiksach Marvela. Nawet poczucie humoru mi w gruncie rzeczy odpowiadało, mój ulubiony tekst tego tomu pada podczas spotkania Deadpoola oko w oko z prezydentem Williamem Taftem, który sportretowany jest jako olbrzymi, nagi grubas latający wanną (sic!). Kolos podnosi ręce, by zadać najemnikowi cios, a ten – w swoim stylu – komentuje jego wygląd, mówiąc: „Błeee… twoje cycki mają cycki!”. Nie wiem, dlaczego właśnie ten kadr najbardziej mnie rozbawił, przez co zapadł w pamięć, ale tak właśnie było. Nie zmyślam.
Mimo wszystko, nie była to petarda, jakiej spodziewałem się, przeczytawszy kilka opinii na temat tego tytułu.

Tom pełen jest scen nabierających znaczenia przy pewnej znajomości historii USA. Niektóre żarty działają dzięki temu, że są odniesieniem do autentycznych wydarzeń.

Koniec końców, komiks wypadł w mojej opinii jednak bardziej na plus niż minus, stwierdziłem więc, że warto kontynuować śledzenie tej serii i zanabyłem również drugi tom.

***

No i Łowca dusz to już było to! Deadpool oszukał kiedyś pomniejszego demona (cudowny prolog z klimatem rodem z przełomu lat ’70 i ’80), który po latach powraca, by odebrać to, co mu się zgodnie z kontraktem należy. Wade staje się cynglem na jego usługach, lecz jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że sam również jest na liście do sprzątnięcia, toteż na własną rękę kombinuje, by kolejny raz wykiwać demonicznego handlarza.

Pełno tu nawiązań do innych komiksów, gościnnie występuje Superior Spider-Man, humor natomiast utrzymany jest na podobnym poziomie oraz w podobnym stylu. Krokiem naprzód względem pierwszego tomu – podnoszącym w moich oczach wartość historii – jest stopniowe zagłębianie się w psychikę głównego bohatera. Wychodzi bowiem na jaw, że jego pozorne szaleństwo i brutalność są jedynie sposobem na poradzenie się z tragiczną przeszłością**. Wraz z postępem fabuły coraz częściej i obficiej skąpani jesteśmy w skrzywionej zawartości umysłu Wade’a. Co jest super, gdyż przecież głupek rzucający drętwymi sucharami o seksie i kupie na dłuższą metę byłby nudny. Jak się tutaj okazuje, za jego głupkowatością coś stoi. W przypadku Deadpoola mowa jest nie tylko o komizmie postaci, ale również jej tragizmie. Z zapartym tchem czekam na dalszy rozwój tego wątku.

***

Obecnie jesteśmy niecały miesiąc przed premierą trzeciego albumu (trafi na półki księgarń 21 września) i ja się zaczynam rozglądać za dobrą ceną i możliwością przedpremierowego zamówienia, gdyż Łowca dusz narobił mi apetytu na więcej przygód Deadpoola.

Moja opinia na temat filmowego Deadpoola.

Jaskier

*Mam tu na myśli księgarnie, w których warto kupować, gdyż oferują komiksy mocno poniżej ceny z okładki.

**Jakbyś też był tworem Roberta Liefelda, to nie byłoby z Tobą lepiej.

Read Full Post »

Nie zrozumcie mnie źle – Deadpool to naprawdę fajny film, w którym kupa rzeczy wyszła perfekcyjnie, ale… no właśnie, jest jedno wielkie, gigantyczne niczym ego Wade’a Wilsona ALE.

Jakość kampanii marketingowej tej produkcji przeszła najśmielsze oczekiwania, obfitując w niesamowicie wysokie jak na ten okres roku wyniki, pobicie kilku box office’owych rekordów (jeśli mnie pamięć nie myli, to dla filmu z kategorią R oraz premiery lutego) i takie ogólne podjaranie całego Internetu. Wszystko to dzięki Ryanowi Reynoldsowi, który naprawdę poświęcił się swojej wymarzonej roli. Przez kilka miesięcy regularnie pojawiały się informacje o tym, że aktor gdzieś tam zrobił coś w kostiumie Deadpoola. Zadziałać to mogło jedynie dzięki temu, że naprawdę mu zależało na tym filmie i jego sukcesie, a możliwość wcielenia się w tę konkretną postać była dla niego czymś więcej niż wykonaniem kolejnego zlecenia.

No i dochodzimy do tego ALE – oglądając Deadpoola w kinie, mimo iż świetnie się bawiłem i nieraz szczerze zaśmiałem, to nieustannie miałem wrażenie, że to jedynie kolejny szczebel w drabinie tej jakże miodnej kampanii marketingowej. Jak gdybym oglądał półtoragodzinny zwiastun. Wszystko chyba przez to, że trailery pokazały naprawdę dużo fabuły, pomijając jeden tylko fragment dotyczący celu krucjaty Wade’a. Historia prezentuje się bowiem w następujący sposób:

  1. Wade jest kozakiem.
  2. Wade poznaje dziewczynę, zakochują się w sobie.
  3. Wade dowiaduje się, że ma raka.
  4. Wade przyjmuje ofertę leczenia od podejrzanego typa.
  5. Wade zostaje poddany serii eksperymentów, zyskuje healing factor.
  6. Wade rusza do walki z ludźmi, którzy chcieli go wykorzystać.
  7. Wade się mocno wnerwia, gdy jego dziewczyna zostaje porwana.
  8. Wade pokonuje swojego przeciwnika.

Pod względem fabuły nie ma tutaj naprawdę nic więcej, a w dodatku wszystkiego poza tym, że Wilson wierzy, iż może znów wyglądać normalnie i dlatego ściga swoich oprawców, dowiedzieliśmy się z materiałów promocyjnych. Problemem jest to, że mimo wszystko Deadpool to nie Batman i trzeba było pokazać widowni jego genezę. Struktura filmu, który zaczyna się, gdy Wilson już od dawna wesoło bryka w czerwonym stroju i jedynie wraca w retrospekcjach do czasów sprzed przemiany oraz choroby, wskazuje na to, że scenarzyści woleliby od razu przejść do mięsa, ale że muszą wyjaśnić kilka spraw, to przynajmniej się postarają jakoś ciekawie to zaprezentować. Z drugiej strony, choć to trochę paradoksalnie zabrzmi, kolejnym argumentem, który by potwierdzał tezę o tym, że skoro już trzeba pokazać genezę postaci, to należy coś z nią zrobić, jest schematyczność przedstawionej historii. Jeśli przeanalizujecie powyższą listę, to zauważycie, że tak naprawdę to prozaiczna historia o zemście, jaką widzieliśmy już masę razy. Pokuszę się o hipotezę, że nie jest to przypadek, a próba sparodiowania wszelkiej maści origin story.

Wszystko inne, co obowiązkowo narasta wokół fabuły, jest od niej o kilka klas lepsze, ciekawsze i zabawniejsze, co bardzo dobrze wróży na przyszłość, skoro kontynuacja jest pewna, a twórcom nie będzie już ciążyła konieczność przedstawienia bohatera. Humor w filmie jest naprawdę różnorodny i mimo że sumarycznie najwięcej było dowcipów o seksie (niektóre naprawdę udane, inne nieco mniej), to jest też cała masa nawiązań do komiksów i ogólnie popkultury. Jest obowiązkowe cameo Stana Lee, ukłon w stronę obu twórców postaci, scenariusz inteligentnie wyśmiewa katorgę, jaką był proces wybłagania od studia pozwolenia na produkcję, a także punktuje wszystkie przywary filmowej serii X-Men Bryana Singera, która to została skompresowana do dwóch postaci, gdyż na więcej nie było pieniędzy.
Także więc ten aspekt stoi na naprawdę wysokim poziomie i o humor w kontynuacji jestem spokojny. Jeśli zgodnie z moimi przypuszczeniami odhaczenie genezy pozwoli scenarzystom rozwinąć skrzydła, to Deadpool 2 będzie filmem naprawdę zajebistym.

Wspomnieć chcę jeszcze o sposobie przedstawienia głównego bohatera. Wbrew powszechnej opinii, Deadpool wcale nie jest typem dowcipnisia, który rzuca na lewo i prawo żartami o seksie. To znaczy jest, ale po pierwsze primo – jak już wyżej wspomniałem – większość z nich jest naprawdę śmieszna i nie wszystkie dotyczą tej samej tematyki, a po drugie primo – wiedząc, czego Wade doświadczył, zdajemy sobie sprawę z tego, że jego poczucie humoru jest jedynym, co pozwala mu nie oszaleć.
Ryan Reynolds naprawdę się sprawdza, ale to chyba nie dziwi nikogo, gdyż to porządny aktor. Nawet w chałturach pokroju Origins: Wolverine lub Green Lantern potrafił utrzymać swój poziom, a jeśli chcecie dla odmiany dobrego filmu z tym aktorem, to polecam Kelnerów. O TU polecam. I gwoli ścisłości – oba wymienione superbohaterskie filmy w taki lub inny sposób zostają poniżone w omawianej produkcji.

Na koniec jeszcze słówko lub dwa o efektach specjalnych i scenach walki. Pierwsze są naprawdę spoko i nie czuć od nich niskiego budżetu (no bo co to jest 40mln$, nie?), te drugie są natomiast dynamiczne, kreatywne, przez co satysfakcjonujące.

***

Jeśli macie ochotę na więcej tego, co było w kampanii marketingowej, to film Wam to zaoferuje. Niestety, z pewnych przyczyn na naprawdę genialny film o Deadpoolu jeszcze trochę poczekamy, ale wierzę, że niebawem powstanie.

Aha, nie wychodźcie z kina przed końcem napisów końcowych.

Jaskier

Read Full Post »