Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Jude Law’

Oto i mój spóźniony tekst dotyczący najnowszej wersji legendy arturiańskiej. Czy film Guya Ritchie’ego zasłużył na zmasakrowanie, jakie spotkało go zarówno ze strony krytyków (28% na RT), jak i widowni (słabiutki wynik w box office’ie)? Przeczytajcie tekst, a dowiecie się, co sądzę na ten temat.

Informacja o tym, że Ritchie planuje nakręcić film o królu Arturze, krążyła po sieci już lata temu. Chyba byłem jeszcze przed maturą, kiedy pierwszy raz o tym przeczytałem. Potem jednak jakoś tak przycichło na ten temat i w pewnym momencie projekt wydał mi się martwy, aż tu nagle w zeszłym roku zobaczyłem zwiastun i po krótkiej chwili konsternacji – A jednak to nakręcił – pomyślałem sobie, że warto będzie się wybrać do kina, ponieważ a) nie ma za dużo filmów fantasy, b) Guy Ritchie ma unikalny styl kręcenia filmów, który bardzo mi odpowiada.
Te dwie kwestie film zrealizował elegancko – to bez wątpienia kawał solidnego fantasy, ale jednocześnie czuć rękę reżysera. Średniowieczny romans został przez niego przekuty na opowieść o zemście, powrocie prawowitego władcy, który przejmuje należny mu z racji pochodzenia tron. I jest londyńskim gangsterem. :D

***

Historia zaczyna się narracją, opowieścią o tym, jak to ludzie i magowie żyli sobie obok w dobrobycie, pokoju i harmonii. Pewnego dnia jednemu z czarowników jednak odjebało i postanowił odwalić Saurona/Voldemorta/Imperatora, zdobyć władzę nad światem, podporządkowując sobie królestwa ludzi. Ostatni jego łupem miał paść zamek Camelot, gdzie jednak uzurpator poległ z ręki króla Uthera. Zniesmaczony porażką, knujący za plecami władcy brat króla samodzielnie dokończył dzieło, dokonując przewrotu. Z rzezi ocalał jedynie syn króla, którego nurt rzeki zaniósł do miasta Londinium, gdzie chłopiec dorastał, imając się najróżniejszych zajęć.

W pierwszej chwili świat przedstawiony wzbudził we mnie konsternację. No bo tak – jest ta niby-Brytania, ewidentnie postrzymska, wybitnie multikulturowa, gdzieś w tle przewijają się wikingowie, stanowiący zagrożenie dla królestwa, nie ma mowy o krucjatach etc. Jakoś próbowałem to sobie ogarnąć, umiejscowić gdzieś na osi czasu, lecz po chwili zastanowienia stwierdziłem, że przecież nie ma to sensu. W przeciwieństwie do poprzedniej adaptacji legend arturiańskich, ta wersja odbiega od realizmu i historycznej poprawności jak to tylko możliwe. I świetnie.

Scenariusz przebiera spośród typowych schematów, motywów i postaci światów fantasy, dorzuca do tego garść elementów historycznych, jak choćby tych Normanów lub nazwę miasta, miesza wszystko, w efekcie czego otrzymujemy co prawda prostą i niezbyt odkrywczą, ale za to porywającą, historię o walce prawowitego następcy tronu z uzurpatorem. Zupełnie jak w Królu lwie. :D

Jednocześnie film unika banałów i dłużyzn – na przykład nikt nie wątpi w prawo Artura do tronu. Początkowo w zasadzie on sam jest najmniej przekonany do błękitności swojej krwi i nawet to, że był w stanie wyjąć miecz z kamienia, nie zmienia jego zdania. Reżyser bardzo sprytnie poradził sobie również z epicką wyprawą, która miała pozwolić głównemu bohaterowi odnaleźć siebie i takie tam. W dynamicznie zmontowanych ujęciach widzimy, jak przez kilka dni przemierza magiczną, mroczną krainę, gdzie walczy z bestiami oraz własnymi słabościami, aż w końcu wycieńczony dociera do celu podróży.
Również do sceny formowania sojuszu twórcy podeszli w bardzo kreatywny sposób. Główny bohater, ze swojej gangsterskiej przeszłości znający życie od podszewki, tłumaczy rebeliantom, jak wyglądałoby spotkanie z potencjalnymi sojusznikami, którzy mieliby udzielić im wsparcia militarnego. Zamiast tego proponuje zupełne inne rozwiązanie – o wiele bardziej cwane i szalone, wymagające brawury i odrobiny głupoty.

Taki właśnie jest grany przez Charlie’ego Hunnama Artur – cwany i do szaleństwa odważny. Reżyser nawet bowiem nie udaje, że jedynie wykorzystuje quasi-średniowieczne dekoracje i kostiumy – fabuła równie dobrze mogłaby bowiem opowiadać o porachunkach brytyjskich gangsterów, a młody Artur mógłby walczyć ze stryjem o wpływy w przestępczym światku Londynu, a nie sprawiedliwość oraz dobrobyt mieszkańców królestwa.

Z tego co zobaczyłem w recenzjach, o to ludzie mają ból dupy – pomimo solidnej dawki fantastyki, produkcja jest mocno odbaśniowiona. Typowo współczesne zachowania oraz język, jakim posługują się postacie, przeszkadza krytykom. Ja mam zupełnie odmienne podejście – ahistoryzmy przypadły mi do gustu, film ma dzięki nim nieco wiedźmińskiego posmaku.
Miejcie jednak to na uwadze – to NIE jest epopeja, jakiej teoretycznie można by spodziewać się po tym tytule. To rozminięcie z oczekiwaniami stanowić może największy zawód.

Za to zwrócić uwagę muszę na kulejące efekty specjalne. Scena oblężenia Camelotu, kiedy widać z góry nacierającą armię i obrońców na murach, przypomina przerywnik z jakiejś gry. Również wszystkie orły i węże, którymi kierują magowie, wyglądają niesamowicie sztucznie, wręcz biednie. Także finałowy pojedynek między dzierżącym Excalibura Arturem, a jego naćpanym czarną magią stryjem, przypomina sekwencję z gry.
Także za efekty specjalne minus.

Wyjątkowo nie przeszkadzała mi multikultorowość społeczeństwa zamieszkującego świat przedstawiony. Z łatwością byłem w stanie uwierzyć, że przyjacielem Artura mógł być bękart murzyńskiej prostytutki, a i czarnoskórego dostojnika w świecie zamieszkanym przez potwory i magów dość łatwo kupiłem.

***

Polecam wszystkim tęskniącym za fantasy w kinie. Jest to najlepszy przedstawiciel gatunku od czasu pierwszego Hobbita. O wiele łatwiej wskoczyć do tego świata niż do ubiegłorocznego Warcrafta i nie ma eragonowego smrodu, jaki czuć było chociażby w Siódmym synu dwa lata temu.
Moim zdaniem Guy Ritchie odwalił kawał dobrej roboty.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

…wybierasz się na zakupy w celu zdobycia wydanego dzień wcześniej komiksu, a wracasz, przetrwoniwszy zdecydowanie za dużo piniądzów..

O komiksie więcej TU, na fanpage’u. Polecam.

Jestem zakupoholikiem. Potrafię wejść do sklepu i bez zastanowienia zgarnąć do koszyka kilka płytek DVD lub książek. Oczywiście o ile mam przy sobie odpowiednio dużo piniądza. Czas letnich promocji wcale nie sprzyja mojej walce z nałogiem.
Zresztą, jakiej tam walce, ja to przecież uwielbiam.

Co ja na to mogę poradzić?

Jaskier

Read Full Post »

W minionym tygodniu zaliczyłem seans serialu Sherlock (bardzo przyjemnie spędzone osiem godzin). Wcześniej oczywiście widziałem filmy z Robertem Downey’em Jr. i nie mogę powiedzieć, żeby któraś z tych dwóch wersji była znacznie lepsza. A na pewno się od siebie różnią, to widać na pierwszy rzut oka. Dlatego w tej notce nie będę ich oceniał, a jedynie porównam najważniejsze fragmenty każdej z nich. Bo przecież lepiej cieszyć się z świetnego serialu i serii filmów, niż narzekać i szukać dziury w całym. Dodam jeszcze, że kilka lat temu w okresie podstawówki było mi dane zapoznać się z oryginałem, aczkolwiek jakiegoś wielkiego fana i znawcy tamtego wizerunku nie mam zamiaru zgrywać.
Sherlock Holmes
Kawał dobrej roboty! Mówię tu zarówno o aktorstwie i napisaniu postaci. Każdy z Holmesów jest inny, ale absolutnie kupuję obie wersje. Widzimy ich przy pracy, podczas rozwiązywania zagadek, podczas walki, słuchamy tego, co mają do powiedzenia. Co ciekawe, wyraźnie dostrzegamy fakt, że obie postacie zostały oparte na tym samym rusztowaniu. Z książkowego Sherlocka zaczerpnięto wybitne umiejętności detektywistyczne i inteligencję. Nawet gra na skrzypcach i korzystanie z przebrań występuje u obu postaci. Nie pamiętam, czy w oryginale Holmes był aż takim ekscentrykiem, jak te dwie wersje i czy również miał taki problem w kontaktach z innymi ludźmi, aczkolwiek wydaje mi się, że trudny charakter pasuje do niezmierzalnego IQ i aż takiej pewności siebie. Podoba mi się też motyw z nudą męczącą detektywa – w momencie braku pracy Sherlock dosłownie wariuje.

John Watson
Ponownie – kawał świetnej roboty. Z jednej strony mamy Watsona rozdartego między miłość i przyjaźń, a z drugiej weterana z Afganistanu, który próbuje ułożyć sobie życie po powrocie do Londynu. Szczerze lubię obie kreacje i nie potrafiłbym wskazać, która bardziej przypadła mi do gustu. Każdy z doktorów jest idealnie wpasowany w świat, którego jest częścią i obaj równoważą dziwactwo głównego bohatera. Co więcej, żaden z Watsonów nie jest jedynie jakimś tam człowieczkiem w tle, wiecznie stojącym za plecami Holmesa – to pełnoprawne i wyraźnie nakreślone postacie.

Reszta
Wiele bohaterów pojawia się w obu adaptacjach, ale ponownie zauważamy, że, bazując na tym samym materiale, inaczej rozłożono nacisk na poszczególne postacie i związane z nimi wątki. Siłą rzeczy w serialu wszystkiego (poza efektami specjalnymi i sekwencjami walki) jest więcej, a wynika to bezpośrednio z tego, że dwie wydane dotychczas serie to około dziewięć godzin materiału (przy czterech z drobnym haczykiem w filmowej wersji). Historie tych ludzi również są świetnie napisane, choć muszę przyznać, że pod tym względem lepiej prezentuje się serial. Mycroft jest ciekawy, postać Irene jest interesująca, obłąkany Moriarty jest świetny, to wręcz genialnie napisany i zagrany szwarccharakter, momentami widziałem w nim Jokera – świra, który chce jedynie, aby dookoła zapanował chaos. Uwielbiam też jego nagłe zmiany nastroju, w czasie spokojnej rozmowy potrafi nagle wrzasnąć, by już po chwili na powrót być opanowanym.
W filmie również występuje Moriarty i również czuć od niego władczość, a także niezwykły intelekt. Świetna jest scena, w której gra z Sherlockiem w szachy, w czym nie przeszkadza im nawet odejście od szachownicy. Aczkolwiek jest to antagonista innego rodzaju i kalibru, niż serialowy odpowiednik. Jak jakiś zły polityk, który ma zamiar zdobyć możliwe największe wpływy, ale nie robi tego dla pieniędzy, bo pieniądze już ma. Jest po prostu zły.

Czym się różnią?
Przede wszystkim produkcje z Robertem Downey’em to filmy akcji. Owszem, Sherlock jest genialnym detektywem, ale bijatyk i wybuchów jest tu więcej, niż uczciwego rozwiązywania kolejnych spraw. Jeśli miałbym wskazać jakąś wadę, to z pewnością byłaby to zbyt duża ilość scen walki w stosunku do długości filmów. Z kolei w Sherlocku jest za dużo gadania o gejach. Serio, chyba w każdym odcinku ktoś sugeruje, że Holmes i Watson są parą, bo… nie wiem, mieszkają razem? Nawet po przyjeździe do hotelu właściciel informuje ich, że niestety nie ma już wolnej dwójeczki. Po co? Bawimy się w polityczną poprawność, czy to jakieś dziwne poczucie humoru scenarzystów? Jeśli chodzi o komediową stronę serialu, to ludzi pewnie bawi stosunek Holmesa do innych, w tym policjantów, których uważa za idiotów. Wierzcie mi, spotkanie kogoś takiego w prawdziwym życiu nie jest zabawne. Wszyscy znajomi mi to mówią. Świetne było nawiązanie do wizerunku Sherlocka ze starszych filmów i książkowych ilustracji. Zostało dokładnie wyjaśnione, skąd wzięła się charakterystyczna „Czapka Sherlocka” Z kolei filmy naładowane są dialogami niejako pisanymi pod Downey’a, nie muszą oczywiście bawić wszystkich, ale mnie odpowiadają.

Sherlock Holmes i jego kontynuacja to jedne z lepszych filmów przygodowych ostatnich lat, w drugiej części nie zrobiło się dziwnie (w stylu Piratów z Karaibów), mamy do czynienia z wartką akcją, intrygą, świetnymi bohaterami i sporą dawką efektów specjalnych. Serial bije na głowę inne znane mi produkcje, w których chodzi o rozwiązywanie zagadek i poszukiwanie mordercy (CSI etc.). Dla kreacji głównego duetu aktorów, szalonego Moriarty’ego, postaci Irene Adler i dobrze poprowadzonej intrygi z pewnością warty jest obejrzenia. Są to dosyć luźne adaptacje książek sir Arthura Conana Doyle’a, co jednak nie przeszkadza im dostarczać widzowi sporej dawki frajdy.

Jaskier

Read Full Post »