Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Marvel Cinematic Universe’

Po pierwszym seansie Spider-Man: Homecoming wyszedłem z kina z myślą: „Bardzo fajny, zdecydowanie najlepszy jak dotąd film o Pająku”. Nie sądziłem, by był przełomowy dla produkcji superbohaterskich i może byłem nawet lekko zawiedziony tym, że to po prostu bardzo fajny film. W tym sensie, że nic ponad to. Coś* jednak kazało mi wybrać się na kolejny seans. Po drugim obejrzeniu filmu uważam, że jest naprawdę świetny – moja opinia od „fajny” podskoczyła do „CHCĘ WIĘCEJ FILMÓW ZE SPAJDERMENEM!1!!11!!”

Tym razem postawiono na aktora, który faktycznie wygląda na nastolatka. Tom Holland jest co prawda tylko rok młodszy ode mnie, aczkolwiek w przeciwieństwie do Tobey Maguire’a albo Andrew Garfielda, czy też całej masy innych pełnoletnich aktorów, którzy na przestrzeni lat wcielali się w licealistów, łatwo można uwierzyć, że grany przez niego bohater faktycznie ma piętnaście lat. W sumie to naprawdę jego wiek mnie zdziwił, gdy przed chwilą sprawdziłem go w Internecie.
No ale – nie chodzi tylko o aparycję aktora. O wiele bardziej liczą się przecież umiejętności i tych Hollandowi zdecydowanie nie brakuje. Jego wersja Petera Parkera to trochę ciapa, nieśmiały, acz niezwykle inteligenty i uzdolniony chłopak, który ma urocze, typowo licealne problemy w życiu prywatnym, codziennie czeka na ostatni szkolny dzwonek, by móc założyć kostium i ruszyć na patrolowanie swojej dzielnicy. Tom Holland potrafi oddać zarówno nieporadność i niepewność Parkera, jak i jego ekscytację z możliwości walki ze złem i pomagania ludziom.

Peter zakłada maskę w ramach współpracy ze Tonym Starkiem, który po wydarzeniach z Civil War pozwolił chłopakowi zachować kostium. Parker nakręcony tamtą misją rwie się do akcji, ale brutalna nowojorska rzeczywistość powoli ściąga go na ziemię – zamiast walczyć z superprzestępcami, kosmitami albo wielkimi robotami, zajmuje się drobnymi kradzieżami, pomaga turystom odnaleźć drogę, czyli – jakby to ująć alegorycznie – ściąga koty z drzew.

Wszystko zmienia się, gdy trafia na trop gangu zajmującego się handlem bronią wzmocnioną za pomocą superzłomu, który wala się po ulicach po każdej superbohaterskiej nawalance. Niepomny na przestrogi Starka, chłopak postanawia zająć się tym na własną rękę, udowadniając swoją wartość, chcąc potwierdzić, że zasługuje na miano bohatera i miejsce w zespole Avengers. Niestety, brak doświadczenia sprawia, że nawala, Stark traci do niego zaufanie, a i sam Peter zaczyna chyba powątpiewać we własne możliwości.
Mimo to bohaterska natura i potrzeba czynienia dobra biorą górę i gdy sytuacja tego wymaga, chłopak postanawia stanąć do walki z łotrem. Bez zaawansowanego kostiumu, uzbrojony jedynie we własne zdolności, spryt i prototypowe wyrzutnie sieci** staje naprzeciw bezwzględnego złoczyńcy i niemal ginie. Wtedy coś w nim pęka. Bo widzicie – przez cały film, w każdej ze scen akcji Peter gada jak najęty. Rzuca sucharami, komentuje, dodając sobie w ten sposób animuszu. Tutaj jednak, gdy wydaje mu się, że przegrał, że jego przeciwnik zatryumfował, a jemu grozi śmierć, zaczyna wołać o pomoc, płakać. Gdy jednak pojmuje, że jest zdany wyłącznie na siebie, zbiera siły i udaje mu się wydostać spod gruzu. To jest najważniejsza i jedna z lepszych scen w filmie – pokazuje, że Peter się czegoś nauczył – że jest jest prawdziwym bohaterem, że stał się dojrzalszy.

Dlatego finał, który jest ciemny i bardzo dynamiczny, chaotyczny, wypada nieco słabawo. Jesteśmy po najważniejszym momencie i na końcu doczepione jest obowiązkowe mordobicie.

Głównym złoczyńcą filmu jest Adrian Toomes, szef gangu zajmującego się wytwarzaniem i handlem bronią ulepszoną supertechnologią. Mam z tą postacią pewien problem – z jednej strony kreowany jest na ojca rodziny, człowieka, który zszedł na złą ścieżką tylko po to, by zapewnić byt rodzinie po tym, jak został oszukany przez możnych tego świata na potężny hajs. Z drugiej natomiast strony jest pieprzonym psychopatą – gdy stracił cierpliwość do jednego z podwładnych, to go rozwalił, postanawia zabić Pająka za mieszanie w jego biznesie, zaślepia go żądza bogactwa, tłucze jakiegoś przypadkowego zioma, który akurat stał na jego drodze.
Odczuwam niekonsekwencję w kreowaniu tej postaci, ale przeżywający renesans kariery Micheal Keaton daje z siebie w tej roli wszystko i jego charyzma sprawia, że w trakcie seansu zapomina się dwóch twarzach granego przez niego łotra. Poza tym, to jest niesamowite, co się przez ostatnie kilka lat dzieje z tym aktorem. Jego powrót do pierwszej ligi odbył się w takim stylu, że głowa mała. W pierwszej chwili aż było go żal do roli „tylko” Vulture’a, ale chyba mają co do tej postaci jakieś plany na przyszłość.

Bogatą przyszłość i przeszłość ma również inna postać pojawiająca się w tym filmie – Tony Stark. To jest w ogóle kosmos, jak potężnie bohater grany przez Roberta Downeya Jr. został rozwinięty na przestrzeni – nie bójmy się słów – dekady. Droga filmowego Starka od playboya-przemysłowca do playboya-superbohatera zasługuje na osobny, obszerny wpis. Może w 2018 z okazji dziesiątej rocznicy premiery Iron Mana
No ale Homecoming. Uprzedzając pytania i piętnując ból dupy sprzed premiery – wbrew zwiastunom i całej kampanii marketingowej, Tony’ego wcale nie ma aż tak dużo w tym filmie. To NIE jest Iron Man 4: Spider-Man: Homecoming.
Stark pełni tutaj ojcowsko-mentorską rolę wobec Petera. Tylko że tak naprawdę on sam potrzebuje tej relacji o wiele bardziej niż Parker. Z racji własnej trudnej historii z ojcem i tego, że czuł się przez niego niedoceniany (do czego jest odniesienie w tym filmie, ale wiemy to również z poprzednich), ma potrzebę bycia dla kogoś wzorem i oparciem, jakiego sam w młodości pragnął. I upatrzył sobie Petera do roli podopiecznego. Z tym że Stark nie bardzo umie w relacje międzyludzkie, dlatego miota się od chwalenia do karcenia, najpierw daje chłopakowi kostium, instaluje w nim pierdyliard ukrytych opcji, potem z powodu samowolki mu go zabiera, żeby na koniec stwierdzić, że Peter tego właśnie potrzebował, by nauczyć się własnej wartości.
Ostatecznie jednak to właśnie Spider-Man podejmuje dojrzałą decyzję, pokazując, że jest bohaterem i mimo iż będzie działał na małą skalę, trzymał się ziemi, pomagał maluczkim, to będzie to robił samodzielnie, będzie stał na własnych nogach, a to jest właśnie to coś, czego potrzebuje… przynajmniej przez pewien czas.

***

Warto wspomnieć jeszcze o kilku postaciach:
„Dodatkowi” łotrzy, którzy budzili niepokój przed premierą, okazali się być tylko tłem. Shocker to w gruncie rzeczy losowy rabuś, który akurat ma rękawicę. Jest to więc Shocker idealny. Tinkerer to tylko grubasek, który zajmuje się produkcją sprzętu. Nie widzimy go inaczej jak tylko w warsztacie, gdzie projektuje i buduje ekwipunek.

Ciocia May wypada bardzo dobrze (hehe). Martwi się o Petera i z dość zrozumiałych powodów może być przewrażliwiona i zbyt łatwo wpadać w panikę, ale kiedy trzeba, to rzuca wszystko, żeby pomóc chłopakowi.

Potężny ból dupy był także o Flasha, który tutaj nie jest łobuzem-sportowcem, tylko pozorem. Początkowo miałem wątpliwości, ale już po pierwszym obejrzeniu filmu stwierdziłem, że taka postawa ma w obecnych czasach o wiele więcej wspólnego z dokuczaniem w liceum niż bycie osiłkiem i kradzież drobnych młodszym uczniom albo spuszczanie im głowy w kiblu. Jestem w stanie uwierzyć, że bogaty, chamski typek z wybujałym ego potrafi zajść za skórę nawet bardziej niż przekonany o własnej wyższości kapitan szkolnej drużyny.

Obiekt westchnień Petera – czyli Liz – jest właśnie taka, jaka powinna być. To starsza wcześniej urodzona koleżanka ze szkoły, w której chłopak jest zakochany. Szkolna klasyka. Dodatkowo – jest ratowana tylko raz i to nie w finale, a cały film nie kręci się wokół tego, czy Peter ma z nią być, czy ma być Spider-Manem. Więc miłosny wątek jest na swoim miejscu – jest dość istotny dla Petera, no bo chłopak ma piętnaście lat, a dziewczynie, w której jest zadurzony nie jest obojętny, ale film nie robi z tego megadramy i nie opiera na tym całego swojego ciężaru, jak robiły wszystkie poprzednie produkcje ze Spider-Manem.

Inna dziewczyna – Michelle  – grana przez Zendayę, co do której zarzuty wyglądały tak, że ktoś wyprodukowany przez Disney Channel jest totalnym dnem, pełni w filmie raczej marginalną rolę. Moja dziewczyna zwróciła mi po seansie uwagę, że ból dupy przed premierą nie miał sensu, bo prawie tej postaci nie ma. Jasne, należy do tej samej paczki co Peter, ale raczej trzyma się na uboczu. Więc tutaj została tylko wprowadzona i najprawdopodobniej jej rola zostanie rozwinięta w kontynuacjach. Czy natomiast stanie się tutejszą wersją MJ? Może. Nie wiem. Naprawdę było jej na tyle mało, że ciężko prorokować. Na pewno wypada na plus, wbrew pochopnym opiniom sprzed premiery.

***

To naprawdę jest film o Spider-Manie, na jakie czekaliśmy i na jaki zasługujemy. Sam Spider-Man zasługiwał na taki film. Nie ma tutaj miłosnej dramy, nie ma wałkowania genezy (żadnych retrospekcji!), humor, dowcipasy i sceny akcji są idealnie zrównoważone z emocjonalnymi momentami.
Przede wszystkim jednak bohater przechodzi jakąś drogę – od niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania i udowodnienia wszystkim i sobie własnej wartości do nieco dojrzalszej wersji niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania. Biorąc pod uwagę to, że MCU jest projektem długoterminowym, nie mogę się doczekać, dokąd Petera zaprowadzi droga, na której pierwszy krok uczynił w tym filmie.

***

*Być może to, że na pierwszy spóźniłem się piętnaście minut i ominęło mnie całe wprowadzenie.
**Uwielbiam projekt tego własnoręcznie stworzonego kostiumu i niezmiernie się cieszę, że pojawił się w filmie.

Jaskier

PS Kto Was bardziej ucieszył – Pepper Potts czy Mac Gargan?

Reklamy

Read Full Post »


Doctor Strange kończy dla Marvela tegoroczny sezon. Filmowo był to dla studia rok niezwykle udany – Civil War wgniatało w fotel, a w przypadku produkcji o magu nie ma czego się wstydzić. Chociaż są pewne „ale”. Tak swoją drogą, to znałem kiedyś taką jedną Alę… wróćmy jednak lepiej do meritum.

Gdy kilka lat temu pojawiły się pierwsze plotki dotyczące tego filmu, pewne źródła podawały, że niby nie będziemy mieć do czynienia z typową genezą postaci, co najwyżej coś pojawi się w retrospekcjach. O ile dobrze pamiętam, to nawet zostało to po jakimś czasie potwierdzone i w zasadzie nikt się nie dziwił – opowieści dotyczące narodzin bohatera oraz zdobycia przez niego mocy już wtedy były czymś, z czym widzowie spotykali się na każdym kroku, można by rzec, że superbohaterski rynek był przesycony tego typu produkcjami.
Miesiące mijały, zaczęły pojawiać się pierwsze konkrety – zgadnięty przez fanów Cumberbatch w głównej roli, kontrowersyjne obsadzenie Tildy Swinton jako Pradawnego, czarny Mordo, Mads Mikkelsen, o którym spekulowano, że będzie dubbingował Dormammu etc. No i w końcu pojawiła się informacja, że jednak będzie to origin story. No i cóż – z jednej strony się nie dziwię (i zaraz wyjaśnię dlaczego), ale trochę jest mi też żal (co stanie się jasne po przeczytaniu tego tekstu).

Mamy tutaj do czynienia z typową przemianą aroganckiego, pyszałkowatego i lekko bucowatego wybitnego neurochirurga w mesjasza narodów. Stephen Strange wiedzie dostatnie życie – talent pozwala mu nie przejmować się rachunkami, charakter natomiast nie pozwala mu na przejmowania się ludźmi. Splendor jest jedynym, o co zabiega, dlatego też podejmuje się jedynie operacji, które będą spektakularne i przyniosą mu więcej rozgłosu. Wszystko to załamuje się wskutek poważnego wypadku samochodowego, w którym traci precyzję w posługiwaniu się dłońmi.
Wielkie ego nie pozwala mu po prostu zmienić życia – pieniądze wydaje na kolejne zabiegi, odtrąca Christine (Rachel McAdams) – jedyną osobę, jaka się nim jeszcze przejmuje – pogrąża się w rozpaczy. Kpi ze swojego terapeuty, ale ten pokazuje mu światełko w tunelu – przypadek pacjenta, który „wyzdrowiał” z paraliżu.
Trop ten prowadzi doktora Strange’a do Nepalu, gdzie wszystko, co do tej pory znał i rozumiał, okaże się niczym i stanie się dla niego jasne, że nawet w jego przypadku niemożliwości są nieskończone.

Dość o fabule, bo jeszcze dwa akapity i napisałbym wszystko. I to jest w pewnym sensie problemem filmu – historia jest naprawdę prosta. Nie tam od razu prostacka, zdecydowanie nie głupia, ale nie można nie odnieść wrażenia, że wiadomo, co się będzie działo i jak to wszystko się skończy. Samo Marvel Studios już coś takiego robiło. I to więcej niż raz, bo przecież i pierwszy Iron Man, i Thor były u podstaw opowieściami o zmianie na lepsze i stawaniu się bohaterem, dorastaniu do takiego miana. Stephen Strange przechodzi tę samą lekcję, co protagoniści ww. filmów. Oczywiście, płaszczyzna, na jakiej się ona odbywa, jest zupełnie inna, gdyż mamy do czynienia z pełnoprawną magią – nie ma mowy o udawaniu technologii, której jeszcze nie rozumiemy – ale nie można powiedzieć, że na gruncie scenopisarstwa mamy do czynienia z nową jakością. Za moment przejdę do kilku moim zdaniem najpoważniejszych mankamentów scenariusza, ale wpierw zróbmy sobie chwilę przerwy na zachwyty.

Sposób pokazywania magii jest bezbłędny! Wszystkie światła, efekty komputerowe, ruchy kung-fu zastępujące słowne zaklęcia – bomba. Strasznie mi się już wizualne aspekty czarowania podobały w Warcrafcie, ale to, co można zobaczyć tutaj, jest jeszcze lepsze, jeszcze bardziej kolorowe, jeszcze bardziej widowiskowe. Nie dajcie się zmylić zwiastunom – tutaj walka to nie tylko incepcjonowanie miasta, twórcy dają bowiem bohaterom multum możliwości – wykorzystują alternatywne wymiary, zakrzywianie praw fizyki, modelowanie rzeczywistości na własne potrzeby, magiczne artefakty, energetyczne konstrukty w postaci mieczy, włóczni i tarcz. Wszystko to jest kolorowe, widowiskowe, a momentami zapierające dech w piersiach. Doctor Strange to zdecydowanie dobry kandydat do obejrzenia w IMAX-ie. Sam byłem, polecam.

No ale żeby nie było tak kolorowo:

Tradycyjnie już, jak na Marvel przystało, przeciwnik nie jest jakiś oszołamiający. Kaecilius (Mikkelsen) ma plan zniszczenia świata, bo jest zły, bo jego rodzina zginęła. To wszystko. Zapewne po jakimś czasie zapomnę, o co mu w ogóle chodziło i dlaczego dążył od anihilacji Ziemi. Trochę szkoda, że dla tego aktora nie znalazło się coś więcej do  zagrania.
Początkowo obawiałem się o tempo przemiany Strange’a, ale jest w porządku. Widzimy upływ czasu, najpierw jeszcze w USA, później już w trakcie pobierania nauk, sam też punkt przegięcia, kiedy odrzuca dogmaty nauki i pragnie poznać prawdziwą prawdę o świecie, jest zrealizowany zadowalająco. Doświadczenie zawsze przeważa, więc – dosłownie – doświadczenie innych wymiarów musiało przekonać go do uwierzenia w słowa Pradawnej.
Natomiast kompletnie nie kupuję przemiany Mordo. Przedstawiany jest jako osoba podążająca za rozkazami, wierny wojownik, który nie poddał się herezji Kaeciliusa, ale gdy bohaterowie dowiadują się, że ich mistrzyni sama miała co nieco za uszami, w dodatku Strange nagiął zasady, by ocalić świat, obraża się i idzie medytować. Mocno trąci to Magneto z First Class. No i niby w tym przypadku jest wcześniej mowa o tym, że Mordo jest konserwatywny aż do bólu, aczkolwiek mimo wszystko transformacja od stoickiego najlepszego przyjaciela, który nawet od czasu do czasu z tobą pośmieszkuje, do mordercy pragnącego wyeliminować wszystkich innych magów BOTAK, jest dosyć nagła i trochę tak z dupy. Wiadomo, że potrzebny jest czarny (hehe) charakter to jakiejś kontynuacji, ale wolałbym, by wzięli kogoś innego, a z Mordo zrobili Tego Złego dopiero później.

***

Pomimo  wymienionych mankamentów, wyszedłem z kina zadowolony. Jasne, to nie jest najlepszy film MCU, żeby daleko nie szukać – Civil War zrobiło na mnie o wiele większe wrażenie, jednak to wciąż naprawdę solidna produkcja. Zdecydowano się pokazać genezę postaci, by zapoznać widza z magią, całą tą otoczką mitologiczno-mistyczną, przez co fabuła musiała być jak najprostsza. Nie ma co się dziwić – informacji oraz zupełnie nowych, odmiennych aspektów świata przedstawionego jest wystarczająco dużo, nie trzeba było dokładać złożonym scenariuszem. Dzięki temu Doctor Strange jest przystępny dla świeżego widza, można na ten film spokojnie pójść bez znajomości jakiegokolwiek innego z MCU.

Ja polecam, gdyż nie tylko produkcja ta otwiera filmy Marvela na czary i magię, dodatkowo sprawnie wprowadziła nowego, potężnego gracza na planszę. Nie mogę się doczekać dalszych interakcji Doctora Strange’a z członkami Avengers i zaczynam wierzyć w to, że kiedyś Tony Stark przyjdzie do Sanctum Sanctorum, prosić o pomoc w walce z prawdziwym Mandarynem.

Jaskier

PS Pierwsza scena po napisach – z Thorem – jest bezcenna. <3

Read Full Post »

Ten tekst nie zawiera SPOILERÓW, plotek, przecieków, ani niczego w tym stylu. Stanowi jedynie spis luźnych przemyśleń na temat tego, co JA bym chciał zobaczyć w ramach Marvel Cinematic Universe. Na dzień dzisiejszy ujawnione plany sięgają do starcia z Thanosem, które ma nastąpić w 2019 roku, no ale coś później musi być, wszak nie zarżną kury znoszącej złote jaja.

W moich marzeniach zakładam, że Sony nie zwariuje i uniwersum Pająka w całości będzie dostępne dla planów Marvela, Fox z kolei wciąż będzie uparcie robić sequele oraz remake’i FF, przez co Doctor Doom, Galactus i cała reszta świetnych i istotnych postaci związanych z tą drużynę, będzie poza zasięgiem.

Czas… start!

***

Iron Man 4: Prawidzwy Mandaryn

Tony Stark potężnie cierpi na brak interesujących przeciwników – w jego solowych filmach zawsze się na koniec okazuje, że jest jakiś… biznesmen. Chciwy i pragnący wypchnąć Stark Industries z rynku, by jego kompania mogła zająć jej miejsce. Mniej więcej, nie wchodźmy w szczegóły. Jeśli chodzi o oponentów, to pamięta się przede wszystkim to, że łysy Jeff Bridges zwariował, Mickey Rourke był wielkim, złym Ruskiem, a Ben Kingsley udawał Mandaryna.
Właśnie – nie był nim, tylko udawał, sporo ludzi miało o to ból dupy, ja natomiast uważam, że ten wybieg był genialny. Wtedy. A teraz chcę prawdziwego Mandaryna. W krótkometrażówce pokazali, że istnieje w tym świecie ktoś, komu aktorskie popisy Trevora (bo tak się bohater pana Kingsleya nazywał) się nie podobają.
To nawet nie musi być ktoś, kto się nazywa Mandaryn, może po prostu stwierdzić – hej, jestem powalonym Chińczykiem-terrorystą, a ten śmieszny gostek robił coś bardzo ciekawego, mogę się im przedstawić tym samym imieniem.
I niech ma jakieś kosmiczne/magiczne pierścienie. To byłoby już  po przedstawieniu Doktora Strange’a, toteż z magią albo „magią” nie powinno być najmniejszego problemu. Chciałbym, by technologia Starka została wystawiona na zupełnie nową próbę, żeby zrobili zestawienie dwóch zupełnie odmiennych źródeł siły – trochę jak w Power Rangers.
I jak cudownie by było, gdyby po pierwszym starciu z nieznanym wrogiem Stark zaszokowany jego zdolnościami udał się do Sanctum Sanctorum zasięgnąć porady, przyniósł Strange’owi pendrive’a z nagraniem, a tam nie ma żadnego komputera, Tony jest skonfundowany, a czarodziej na luzie czyta z jego myśli, widzi w nich walkę z Mandarynem i decyduje się wesprzeć Iron Mana.
Tyle wspaniałych okazji do rzucenia żartem No shit, Sherlock, sam Stark mógłby krzywo na magię patrzeć, ale po wszystkich ciężkich doświadczeniach byłby skłonny do zaakceptowania tego, że są rzeczy, których jego umysł nie potrafi pojąć.
Robert Downey Jr. zapewne bardzo chętnie jeszcze raz przywdziałby zbroję, nakręcił kolejny film o tej postaci, ostatnio się pojawiają na ten temat plotki, w sumie łatwa kasa, przysparza popularności, ale też daje pole do popisu – w Civil War był jeszcze bardziej bezbłędny niż dotychczas.

***

Kapitan Ameryka: Stary Kapitan Ameryka 

Ustalić trzeba jedno – Chris Evans jest niesamowity w roli Kapitana Ameryki. Kiedyś dostawał te role przystojnych śmieszków i czy ktoś przy To nie jest kolejna komedia dla kretynów pomyślałby, że ten facet nada się do zagrania lidera – cholera – Lidera o kręgosłupie moralnym z vibranium?
Wydaje mi się jednak, że ciekawym zabiegiem byłoby odsunięcie go na pewien czas poprzez postarzenie jego postaci. Steve Rogers mógłby być potraktowany jakimś promieniem śmierci czy czymś takim, który zdezaktywowałby serum superżołnierza. Oczywiście, nie na trwałe, ale na dwa filmy, więc kilka lat, kilkudziesięcioletni Kapitan Ameryka, nienadążający już za działającymi w terenie Avengers, słabnący z każdym dniem, musiałby zmierzyć się z zupełnie nieznanym sobie problemem. Przekazałby tarczę Bucky’emu, jak miało to miejsce w komiksach, a sam zająłby się koordynacją zespołu oraz trenowaniem nowego pokolenia herosów. A następnie zaliczył wielki powrót w finale fazy. Mogłoby to też stanowić logiczne wytłumaczenie dla starzenia się aktora, które postępuje przecież w naturalnym tempie.
Wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w tej roli. W roli mentora kolejnego pokolenia superbohaterów. Oczywiście, dostałby jakąś naprawdę kozacką scenę walki, sam jednak po niej stwierdziłby, że jednak czas przejść do pracy „za biurkiem”.
No i jakie nośne hasło można by wrzucić na plakat filmu – Kapitan Rogers ponownie chwyta za tarczę. A zwiastun? Co by było, gdyby po dwóch latach nieobecności Chris Evans podniósłby tarczę i w końcu krzyknął Avengers Assemble!?

***

Sinister Six (tym razem na poważnie): Spider-Man

Nie jest to materiał na pierwszy czy drugi film, ale trzecia produkcja z Pająkiem? Albo może raczej pierwszy film o grupie ciamajdowatych przestępców, którzy już raz dostali od Spidey’a, wypuszczony po dwóch solowych filmach o przygodach Petera Parkera. Przedstawienie historii z ich perspektywy – łotrów knujących w jakimś brudnym mieszkaniu na Manhattanie (a nie zamkniętym, opuszczonym magazynie, których z jakiegoś powodu w Central City i Star City jest więcej niż budynków mieszkalnych).
Siedzi jeden z nich i narzeka, jak to ten głupio ubrany pajac (to mógłby powiedzieć Electro) zawsze jest mu w stanie skopać dupę i jakie to jest niesprawiedliwe etc. Nagle, widząc Avengers w gazecie lub telewizorni, wpada na błyskotliwy pomysł zebrania sobie podobnych przegrywów i zawiązania koalicji przeciwko Pająkowi. Wiadomo – i Herkules dupa, kiedy wroga kupa.
Skoro wrogiem w filmie w 2017 roku ma być Vulture, to już byłby jeden idealny kandydat do Szóstki, wystarczyłoby zasygnalizować w drugim filmie, że Spider-Man regularnie walczy z jakimiś kolorowymi klaunami poprzez wrzucenie Kravena albo Shockera lub Mysterio do krótkiej walki na początku – pisałem już o codziennych czynnościach superbohaterów w tekście na temat Civil War – i mielibyśmy gotowe pół składu.
Komedia z niezdarnymi łotrami, którzy nie tworzą prawdziwej drużyny, bez przerwy się o coś obwiniają i ostatecznie całą szóstkę pokonuje licealista, powinna wpasować się w ton, jaki najprawdopodobniej przyjmą filmy o Spider-Manie.

***

Avengers ’80/ Retroavengers

Pisałem już o tym gdzieś na blogu, więc nieco się powtórzę – bardzo chciałbym zobaczyć film o proto-Avengers, działających w latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było nieco kiczowate. Wiemy, że wówczas czynnie działał Hank Pym i jego żona, wystarczyłoby im dodać ze dwie postaci w kostiumach i już można by wysłać drużynę na tajną misję przeciwko Związkowi Radzieckiemu, na której staraliby się powstrzymać próby stworzenia superludzi przez Sowietów. No bo przecież musiały takowe być i to zapewne bardzo liczne.
Brakuje mi czegoś takiego do wypełnienia luki czasowej pod koniec poprzedniego stulecia. Mogłoby to również jeszcze podkreślić, skąd wzięły się niesnaski między doktorem Pymem a zarządem S.H.I.E.L.D.
Super by było, gdyby to był Bond, tylko w stylu tych klasycznych, nie tych nowych  z Craigiem. Z szalonym radzieckim naukowcem, przystojną szaloną panią radzieckim naukowcem, bazą w łodzi podwodnej, a ci opracowywani superludzie koniecznie mieliby zdolność latania i posługiwania się ogniem, i robienia wybuchów atomowych. Bo Zimna Wojna.

***

Namor (Kim do diabła jest Namor?)

Nim zaczniecie się pultać, że to jakaś tania, nędzna i w ogóle rozebrana podróbka Aquamana, to zajrzyjcie na Wikipedię, by sprawdzić daty – Namor zadebiutował dwa lata przed pojawieniem się swojego odpowiednika z DC. Zdziwko, nie? Ciężko jednak mówić o wzajemnym kopiowaniu od siebie, bo koncept podwodnej krainy nie został wymyślony przez ówczesnego Marvela. Oba wydawnictwa postanowiły zaadaptować Atlantydę do własnych potrzeb. I tyle.
Nie jest do końca jasne, kto obecnie ma prawa do tej postaci, najprawdopodobniej ma je już z powrotem Marvel, choć mówiło się, że w jakiś sposób należą do wytwórni Universal, może chodzi o same prawa do dystrybucji, ciężko powiedzieć, skoro nie znamy szczegółów umowy. To nie jest tak, że po latach wyciąga je z szafy czyjaś żona, przynosi i zostają pokazane prasie.
Namor pierwotnie walczył z ludźmi i ten konflikt między Atlantydą i naszym, suchym światem jest dość istotny w przypadku tej postaci. Potem się – oczywiście – ogarnął i wraz z Kapitanem Ameryką oraz pierwszą Ludzką Pochodnią kopał tyłki Niemcom oraz Japończykom.
Gdyby go dzisiaj adaptowali, to z dość oczywistych przyczyn nie byłby sojusznikiem Kapitana Ameryki z czasów wojny. Pewnie nie miałby też skrzydlatych stóp i nosiłby coś więcej niż tylko zielone majtki.
Skoro już tak wszystko wyłazi – kosmici, mistycy Dalekiego Wschodu, superkrólowie z Afryki, to wynurzenie się Namora byłoby jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że jeśli się dobrze przyjrzeć Iron Manowi 2 i mapie, jaka stoi za plecami Starka w tej scenie, kiedy Nick Fury mówi mu, że nie nadaje się do Avengers, to jak byk jest tam zaznaczony środek Atlantyku. Niby nic, ale na tej samej mapie jest również kółeczko w centrum Afryki, no a przecież tydzień temu osoba, którą to kółeczko oznaczało, zadebiutowała w ramach MCU. Toteż jest duża nadzieja na pojawienie się również Namora.

***

To by było na tyle, skupiłem się wyłącznie na filmach, seriale to – niestety – zupełnie osobny świat, któremu wypadałoby poświęcić odzielny pełen uwag oraz narzekania wpis. Co naprawdę chciałbym zrobić i być może nawet uda mi się napisać to w tym tygodniu. A może dla równowagi należałoby zacząć od wytknięcia DC i Warnerowi, że niby ich seriale są osobne osobne od filmów, ale w procesie twórczym są ściśle połączone? Zobaczy się.

Póki co, dziękuję za przeczytanie niniejszego wpisu i liczę na to, że znajdzie się wśród Was ktoś, kto podzieli się jakimiś uwagami lub może własnymi oczekiwaniami.

Miłej niedzieli i smacznego obiadu. Albo do garów.

Jaskier

Read Full Post »

sfa0gau-600x888

Po Age of Ultron, co do którego miałem sporo uwag i zażaleń, mimo iż ogólnie film nie był dla mnie ultrarozczarowaniem, następną w kolejce produkcją ze stajni Marvela jest Ant-Man. Koncept człowieka, który może zmniejszać się do rozmiarów owada i wydawać rozkazy mrówkom był dla wielu osób aż nazbyt kuriozalny, przez co tytułowy bohater często padał ofiarą żartów internetowych znafcuf Wszechrzeczy. Ja jestem w jakimś tam stopniu zaznajomiony i nieco się orientuję, więc zdawałem sobie sprawę, że istnieją jeszcze bardziej absurdalne postacie, a sam Ant-Man wcale taki beznadziejny nie jest. Wręcz przeciwnie – w jednej z kreskówek był moją ulubioną postacią.
Wieści o odsunięciu od projektu Edgara Wrighta jakoś niezbyt mnie przejęły. Widziałem od niego Scott Pilgrim vs. the World i Wysyp żywych trupów i jak sami wiecie, moją ulubioną komedią z zombie jest Zombieland.
Także więc tego – na dzień seansu wybrałem wtorek, bo taniej. Obejrzeliśmy, przednio się ubawiliśmy i gorąco polecam. Zaraz wytłumaczę dlaczego.

***

Głównym bohaterem filmu jest Scott Lang. Niczym Franz Maurer w drugiej części Psów wychodzi na początku z więźnia i wsiada do vana swojego kolegi Paco*- latynoskiego złodzieja – który od tej pory będzie pełnił funkcję rzucającego słabymi żartami pomagiera. Scott spędził za kratami kilka lat za robinhoodowanie – korporacja oszukiwała klientów, więc Scott oszukał korporację i oddał bezczelnie zrabowane pieniądze ludowi. Oprócz tego, że jest specem od łamania zabezpieczeń oraz wchodzenia tam, gdzie wchodzić nie powinien, gdyż go nikt tam nie chce, trzeba o nim wiedzieć tylko, że bardzo kocha swoją małoletnią córeczkę Cassie – najurokliwsze stworzenie po tej stronie Bifrostu. Nasz ekswłamywacz próbuje ułożyć sobie życie, ale po odsiadce w pace nie jest o to łatwo, toteż krok po kroku wplątuje się w intrygę, która zagraża bezpieczeństwu świata.

Paul Rudd sprawdza się w powierzonej mu roli wybornie. Jest sympatyczny i łatwo można zrozumieć kierujące nim motywy. Jednocześnie jest bardzo ludzki, zwyczajny – w porównaniu do członków Avengers. W pierwszej chwili pyta nawet, po co się angażować, dlaczego po nich nie zadzwonić? W tym właśnie dialogu scenarzyści sprytnie odpowiedzieli na to pytanie, które przy okazji każdego solowego filmu zadają internauci. Wracając jeszcze do Scotta, to, że motorem napędowym jego działań jest jego córka, dużo daje. On po prostu chce, żeby świat, w którym przyjdzie jej dorastać był bezpieczny.

Bardzo istotny dla filmu, jak również całego MCU, jest także bohater grany przez Michaela Douglasa. Doktor Hank Pym jest typem nieco zrzędliwego, aroganckiego oraz pewnego siebie naukowca, lecz nie można o nim powiedzieć, że to kopia lub choćby wariacja na temat Tony’ego Starka. Pan Douglas robi wspaniałą robotę, wcielając się w tego skrywającego mnóstwo sekretów geniusza. Jednocześnie taki Hank Pym jest niebywale bliski mojej idealnej wersji tej postaci – nie bije żony i nie chce za wszelką cenę zwalczać zbrodni. Istnieją granice, których nie przekroczy.

Hank Pym sprzymierza się z włamywaczem, by zaplanować skok, który pozwoli zachować bezpieczeństwo na świecie. Wynalazek doktora, którego sekretu strzegł przez ostatnie kilkadziesiąt lat, został odtworzony i wkrótce ręce położy na nim ten, kto zapłaci najwięcej.

Prócz tego całego skoku (w końcu to heist movie) ciężar fabuły spoczywa na relacji dr. Pyma z jego córką – Hope – oraz uczniem i spadkobiercą – Darrenem Crossem (Corey Stoll). W obu przypadkach mamy do czynienia z czymś w rodzaju ojcowsko-mentorskiej roli Pyma, której nie był w stanie podołać.
W stosunku do córki jest to niejako zrozumiałe i w filmie mamy aż dwie sceny „przebaczania” – bardzo ciekawie i sprytnie podrasowane, by pasowały do tonu produkcji. Bo wiecie, czasem oglądamy coś na ekranie i czujemy, że jest to zbyt melodramatyczne, pasuje do komedii jak pięść do nosa. Natomiast tutaj zostało to w odpowiednim momencie ucięte w taki sposób, że nie czułem zażenowania zachowaniem bohaterów, a jednocześnie widziałem, że w ich życiu doszło do jakiejś zmiany. Bardzo miło zaskoczenie.
Z kolei z Crossem jest inaczej. Pym odsunął go, gdy zorientował się, że jego uczeń jest niebezpieczny. Teraz bezwzględny naukowiec pragnie pokazać światu, a przede wszystkim swojemu mentorowi, ile jest warty, gdyż czuje, że ten nim gardzi i nie docenia jego osiągnięć. Niby szaleńcy-naukowcy nie są czymś nowym w MCU, ale akurat ten mnie nie raził. Nie wybija się jakoś, ale też nie reprezentuje tak niskiego poziomu, jak często w przypadku złoczyńców tej serii bywa.

Mimo iż jest to solowy film o mało popularnej postaci, to jest silnie osadzony w MCU. Produkcja rozpoczyna się krótką sceną w 1989 roku, później również mamy nawiązania do przeszłości – Ant-Man rozszerza to uniwersum, wypełniając puste dotąd lata wydarzeniami, postaciami i – co ważniejsze – superbohaterami. Być może dostaniemy jednak kiedyś sezon Agent Carter rozgrywający się w latach ’80, w którym to pierwsza ekipa superbohaterów będzie walczyć na froncie Zimnej Wojny po stronie Stanów Zjednoczonych. Takie tam moje małe marzenie. Choćby jeden taki odcinek retro Agents of S.H.I.E.L.D. <3
Bardzo miły jest również epizod jednej z postaci, która zadebiutowała kilka filmów temu. Niby wiedziałem, bo pojawił się specjalny zwiastun zawierający w tytule jej pseudonim, ale została włożona do fabuły w tak rozbrajająco sympatyczny sposób, że z miejsca mnie ten występ i relatywnie krótka scena kupiły.

W zasadzie jedynym zgrzytem jest krótki czas szkolenia Scotta – w ciągu kilku dni musiał nauczyć się obsługiwać kostium i porozumiewać się z mrówkami. Ale wiecie, można przymknąć na to oko. Fajny, niedzisiejszy montaż do tego zrobili.

***

Zdecydowanie polecam.
Było śmiesznie, sympatycznie i na luzie. MCU zostało rozbudowane, nowe postacie są ciekawe i dobrze zagrane, w zasadzie brak większych zgrzytów. Czegóż chcieć więcej?
No chyba tylko tyle, by następne filmy z tej serii trzymały taki poziom. :D

Jaskier

*Tak naprawdę Luis, ale ja będę mówił na niego Paco.

Read Full Post »