Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Chris Pine’

Niesamowicie pozytywne przyjęcie Wonder Woman przez krytyków (początkowo 97% na RT), pomimo niepokojąco długiego embarga nałożonego na recenzje, wprawiało w zdumienie. Jak to? DC/Warner w końcu zrobił porządny film?

I tak, i nie. Zapraszam do przeczytania tekstu, by zapoznać się z moją opinią.

***

Komiksowa Wonder Woman nie jest mi zbyt dobrze znana. Z racji tego, że zaczęła być wydawana w Polsce regularnie dopiero w ramach Nowego DC, to myślę, że mój stan wiedzy odzwierciedla statystycznego polskiego kinomaniaka. Korzystając jednak z zasobów biblioteki, zapoznałem się z kilkoma tomami serii z New 52. Przypadło mi do gustu zwrócenie się w mitologiczną stronę świata tej postaci, zbudowanie relacji z greckimi bóstwami, przedstawienie najróżniejszych krain. Jest to coś naprawdę wartego uwagi i mam nadzieję, że jakoś zostanie ta kwestia poruszona również i w ewentualnej kontynuacji, która po wspomnianym sukcesie recenzenckim (a także kasowym, spadek podczas drugiego weekendu wyniósł zaledwie 44,6%, po drugim weekendzie film miał już na koncie 205mln $ z USA) jest raczej pewna.

To są jednak póki co czcze marzenia i dywagacje. Co prawda film, który dostaliśmy, nie wstydzi się mitologicznych korzeni bohaterki, a w świecie przedstawionym faktycznie istnieli greccy bogowie, aczkolwiek fabuła nie skupia się na przemierzaniu fantastycznych krain lub walce z antycznymi bestiami, a raczej na przedstawieniu tytułowej księżniczki Amazonek szerszej widowni.
Co się zdecydowanie udało.

Nie sposób nie odnieść się do poprzednich… prób studia, które rozpaczliwie pragnie załapać się na popularność superbohaterów w kinie i wypluwało do tej pory same koszmarki  pokroju Suicide Squad i Batman v. Superman. W tamtych produkcjach jak na dłoni widać było wtrącanie się studia, karygodne błędy montażowe, szatkowanie nakręconego materiału lub doklejanie czegoś, żeby zwiększyć ogólnie pojętą fajność produkcji.
Niestety, jest to widocznie również i w tym filmie, chociaż w znacznie mniejszym stopniu. W pewnym momencie pojawia się zabójcze nagromadzenie kiepskich żartów, których próbkę mogliśmy już zobaczyć w zwiastunie. Jest to przede wszystkim związane z przybyciem Diany do Londynu, ponieważ kompletnie nie odnajduje się w realiach pierwszej połowy XX wieku. Mimo iż scena z dobieraniem sukienki i kapelusza jest okropna, to jednak popularny motyw bohatera wyrwanego z własnego środowiska i zmuszonego do funkcjonowania w nowym naprawdę się tutaj sprawdza.
Na tym polu widać największą zaletę produkcji i coś, co w końcu studio zrobiło dobrze – Wonder Woman nie ma bólu dupy, nie zastanawia się, czy być superbohaterem, czy nim nie być, nie ma mowy o jakimkolwiek dylemacie związanym z wyruszeniem na misję ratowania świata. Została nauczona, że ludziom należy współczuć, pomagać im w potrzebie, nie nadużywać własnej siły, nie krzywdzić innych. Brzmi to banalnie, niczym z Małego Księcia albo odcinka wieczorynki, ale na tym właśnie polega superbohaterstwo…
A nie na staniu w deszczu w nocy na skraju dachu i głębokim rozważaniu filozoficznym nad sensem istnienia własnego i wszystkich innych.

Także naprawdę podoba mi się sposób, w jaki została przedstawiona Wonder Woman. Gdyby ten film powstał osiem lat temu, to dzisiaj na pewno wspominany byłby z wielkim sentymentem i wybaczyłoby mu się liczne potknięcia. Bo mimo iż sama bohaterka wypada naprawdę dobrze, zarówno pod względem scenariuszowo-rozwojowym, jak i aktorskim (kto by podejrzewał, że Gal Gadot będzie nie tylko fenomenalnie wyglądać w kostiumie WW, ale i aktorsko stanie na wysokości zadania?), to fabularnie można sporo tej produkcji zarzucić.

No bo fabuła leci tak:
* Na magicznej wyspie Temiskerze mieszkają Amazonki, których zadaniem jest zgładzenie boga wojny Aresa, który czai się gdzieś tam, w zewnętrznym świecie ludzi.
* Na wyspę trafia żołnierz Steve Trevor (Chris Pine), który informuje społeczność, że trwa obecnie I wojna światowa.
* Diana, księżniczka Temiskery, słysząc opowieści o okropieństwach, dodaje dwa do dwóch i wychodzi jej, że za całą tą wojną stoi Ares, więc postanawia wyruszyć, by skopać mu tyłek, wypełniając tym samym obowiązek swojego ludu.
* Naszprycowana ideałami staje twarzą w twarz z okropną rzeczywistością, orientując się, że może to wszystko to niekoniecznie bezpośrednia wina Aresa.
* Stwierdza jednak, że ludzkość mimo wszystko jest warta uratowania.

W zasadzie wszystko gra przez pierwszą część filmu. Widzimy Dianę w dzieciństwie, jej szkolenie w walce. Wyspa wygląda naprawdę przepięknie, jest to świeże spojrzenie na fantastykę w kinie. Właśnie między innymi dlatego mi szkoda, że jednak nie poszli całkowicie w tym kierunku. Może kiedyś.
Przybycie Steve’a rozpoczyna jednak problemy produkcji – pojawiają się żarciki związane z tym, że na Temiskerze nie ma żadnych mężczyzn, płyną do Londynu, gdzie akcja zwalnia, ma tam miejsce jakieś biedackie zbieranie drużyny, która ma wykonać misję na tyłach i film zaczyna grzęznąć w błocie, niczym ten powóz, który bohaterowie mijają, podróżując w stronę frontu.
Niby są dobre pomysły, jak ten moment ze zwiastuna, kiedy Wonder Woman wychodzi z okopu, ściąga na siebie ogień Prusaków i żołnierze mogą ruszyć do ataku, zdobywając kawałek ziemi. Ona robi to dlatego, że nie może już znieść bezczynności i podchodów, woli stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem.

A propos stawania twarzą w twarz z przeciwnikiem i scen akcji w ogóle – w tym filmie jest zdecydowanie za dużo slow motion. Sama choreografia walk jest naprawdę w porządku, ale dlaczego co chwila zwalniają akcję, zatrzymując się na sekundę na bohaterce z podniesionym mieczem czy tam napiętym łukiem? Efekt ten jest tutaj nadużywany i to skrajnie.

Pochwaliłem sceny akcji, ale sam finał muszę zganić. Jest do bólu kliszowy, walka wygląda jak starcie z bossem w jakiejś grze. Główny przeciwnik nie został należycie przedstawiony. W sumie to mi szkoda. Chyba wolałbym, by zostawili go do następnego filmu, a tutaj okazałoby się, że za wojną wcale nie stał Ares. Że to tylko ludzie. To mi przyszło do głowy, gdy wydłubywałem palcem salsę, jaka została mi po nachosach. O ile lepszy byłby ten film, gdyby na samym końcu nie pojawił się bóg wojny i nie zaczął wykrzykiwać, jaki to on jest potężny i zniszczy ludzi, bo tak.
W dodatku związany z nim zwrot akcji przewidziałem godzinę wcześniej. Także tu popełnili błąd.

***

Żeby podsumować – Wonder Woman w bardzo dobry sposób przedstawia swoją tytułową bohaterkę i nie wstydzi się komiksowego pierwowzoru. Najważniejszą więc rzecz wykonuje w sposób więcej niż poprawny. Myślę, że reszcie filmu można przez to wybaczyć braki. Marvel też zaczynał przeciętnie, stawiając na bohaterów, chociaż to akurat nie jest żadna wymówka. Trzeba czekać, żeby zobaczyć, jak na ten sukces zareaguje studio, jaką nauczkę z tego wyniesie.
Wydaje mi się, że po tym filmie WW stanie się powszechnie rozpoznawalną postacią. Już widziałem memy porównujące hit Halloween 2016 i 2017 – kostium Harley Quinn i właśnie Diany.
Także więc cieszymy się – kto pół roku temu spodziewał się, że film o Wonder Woman dobrze sportretuje tytułową bohaterkę?

Czy DC wstaje z kolan?
Nie odważę się potwierdzająco odpowiedzieć na to pytanie, nie na kilka miesięcy przed premierą Justice League.

Jaskier

Read Full Post »

W tegorocznym, słabym niczym rosół z chlebem, sezonie letnich hollywoodzkich superprodukcji Star Trek: Beyond lśni w pełnym blasku należnej mu chwały. Nie dlatego, że jest tylko przeciętny, co już pozwoliłoby mu wybić się przed montażowe potwory od DC – bynajmniej. Nowy Star Trek nadleciał znienacka i totalnie zaskoczył nieprzygotowaną widownię. Być może nie rozbił banku, lecz pod względem jakości oraz walorów artystycznych nie można mu wiele zarzucić.

Fabuła – klasyczna. Jest kosmos, jest misja, jest USS Enterprise, jest zagrożenie. Akurat tak się składa, że dzielny kapitan Kirk oraz jego bohaterska załoga są jedynymi, którzy mogą stawić czoła odkrytemu niebezpieczeństwu. Dlatego też zostają naprzeciw niemu wysłani i bardzo szybko widz pojmuje, że film jest czymś na kształt wysokobudżetowego odcinka klasycznego serialu z Williamem Shatnerem i Leonardem Nimoyem. Tylko że z Chrisem Pine’em i Zacharym Quinto.

Wraz z tymi dwoma panami powraca również cała ekipa z dwóch poprzednich filmów Abramsa – Karl Urban w roli pokładowego medyka, Simon Pegg jako oficer techniczny, John Cho, Zoe Saldana oraz Anton Yelchin. Nie powraca natomiast sam J.J. Abrams, na stołku reżysera zastąpiony przez Justina Lina, przez długi czas związanego z serią Fast and Furious. Poprzednik – jak wiadomo – popełnił poważny grzech, najgorszy z grzechów, jaki można popełnić, będąc twórcą Star Treka –przeszedł do obozu Star Wars.
Moim zdaniem dobrze się stało, te nowe Star Treki i tak mocno zbaczały w stronę konkurencyjnej serii, więc skoro J.J. Abrams chciał zrobić nowożytne Gwiezdne wojny, to świetnie, że dostał ku temu okazję. Szkoda, że wyszło, jak wyszło… Dzięki temu jednak przygody załogi Enterprise mogły wrócić na właściwe dla serii tory i tak się właśnie w tym roku stało.

Film z klasą podchodzi do smutnego faktu opuszczenia naszego padołu łez przez Lenarda Nimoya, który dzięki fizyce cameostycznej pojawił się w dwóch poprzednich filmach, grając pana Spocka z alternatywnej linii czasowej. Scenarzyści zdecydowali się uśmiercić tę kultową postać, lecz obyło się bez pompatycznych scen pogrzebu, informacja o odejściu zasłużonego członka Gwiezdnej Floty do jego młodszej wersji dociera z opóźnieniem, wprawiając Wolkanina w rozterkę.

Bohaterowie to wielka zaleta tej produkcji. Stosunkowo szybko główna część obsady zostaje podzielona na duety i obserwowanie interakcji pomiędzy poszczególnymi postaciami sprawia wiele frajdy. Co więcej, nie ma znaczenia, czy akurat na ekranie goszczą kapitan Kirk i Chekov, czy też doktor McCoy i komandor Spock – wszystkie role zostały napisane bezbłędnie. Spryciarzy, którzy chcieliby wytknąć, że wyżej wymieniłem nieparzystą ilość aktorów, uprzedzam – Sofia Boutella, w roli ciekawej świata i pragnącej wyrwać się z niewoli kosmitki, dopełnia zestawienie.

Zwrot fabularny jest naprawdę sprawnie przeprowadzony. W założeniach jest nieco podobny do tego z W ciemność, tylko że tym razem zrobiony porządnie i chyba nikt się go od samego początku filmu nie spodziewał, w przeciwieństwie do Benedicta Cumberbatcha, który to niby nie był Khanem.

Star Trek: Beyond pod względem wizualnym jest iście przepiękny. Wszystkie komputerowe efekty specjalne, rozmach, jaki dzięki nim twórcy mogli osiągnąć – wręcz powala. Dopieszczona scena dokowania statku, awaryjne lądowanie, dynamiczna, finałowa walka z rojem przeciwników – miód z boczkiem.
Również praktyczne efekty – kostiumy, charakteryzacja, scenografia, sterylne wnętrza Enterprise – niezwykle cieszą oko.

Spośród nielicznych wad produkcji zdecydowanie muszę wymienić nieco irytującą ekspozycję z początku filmu. Załoga przybywa do stacji kosmicznej, by uzupełnić zapasy na dalszą część misji. W jednej chwili jesteśmy bombardowani informacjami: a to Spock i Uhura mają kryzys, porucznik Sulu jest homoseksualistą, kapitan Kirk marzy o ustatkowaniu* i było tam coś jeszcze, ale minęła już chwila od seansu i nie pamiętam. Po prostu wychodzą z jakiejś śluzy czy czegoś tam i po kolei dostajemy scenki, które mają na celu powyjaśniać i uświadomić nam to i owo.
Wyglądało to na zrobione na siłę.

Pewien problem jest też w scenie ataku na Enterprise. Niewiarygodnie dużo się naraz dzieje, akcja szybko przeskakuje od jednej postaci do drugiej i bardzo łatwo się w tym wszystkim pogubić. A to coś na mostku, a to nagle przy silnikach, a to szturmujący pokład napastnicy – naprawdę jest tego mnóstwo. Na szczęście po tej krótkiej, lecz chaotycznej, sekwencji dochodzi do wspomnianego wcześniej podziału na pary i przechodzimy już do mięska, to jest członków załogi na nieznanej planecie, wystawionych na niebezpieczeństwo.

***

Bardzo dobry jest ten nowy Star Trek. Zmiana reżysera i scenarzystów pozytywnie wpłynęła na jakość filmu. Mało kto na niego czekał, przez co zrobił kinomanom wielką niespodziankę.
Niecierpliwie będę wyglądał informacji na temat kontynuacji.

 

Jaskier

*Po co mu to? Przecież już jest uSTAT(e)Kowany. Przepraszam, musiałem. :P

Read Full Post »