Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Gwyneth Paltrow’

Po pierwszym seansie Spider-Man: Homecoming wyszedłem z kina z myślą: „Bardzo fajny, zdecydowanie najlepszy jak dotąd film o Pająku”. Nie sądziłem, by był przełomowy dla produkcji superbohaterskich i może byłem nawet lekko zawiedziony tym, że to po prostu bardzo fajny film. W tym sensie, że nic ponad to. Coś* jednak kazało mi wybrać się na kolejny seans. Po drugim obejrzeniu filmu uważam, że jest naprawdę świetny – moja opinia od „fajny” podskoczyła do „CHCĘ WIĘCEJ FILMÓW ZE SPAJDERMENEM!1!!11!!”

Tym razem postawiono na aktora, który faktycznie wygląda na nastolatka. Tom Holland jest co prawda tylko rok młodszy ode mnie, aczkolwiek w przeciwieństwie do Tobey Maguire’a albo Andrew Garfielda, czy też całej masy innych pełnoletnich aktorów, którzy na przestrzeni lat wcielali się w licealistów, łatwo można uwierzyć, że grany przez niego bohater faktycznie ma piętnaście lat. W sumie to naprawdę jego wiek mnie zdziwił, gdy przed chwilą sprawdziłem go w Internecie.
No ale – nie chodzi tylko o aparycję aktora. O wiele bardziej liczą się przecież umiejętności i tych Hollandowi zdecydowanie nie brakuje. Jego wersja Petera Parkera to trochę ciapa, nieśmiały, acz niezwykle inteligenty i uzdolniony chłopak, który ma urocze, typowo licealne problemy w życiu prywatnym, codziennie czeka na ostatni szkolny dzwonek, by móc założyć kostium i ruszyć na patrolowanie swojej dzielnicy. Tom Holland potrafi oddać zarówno nieporadność i niepewność Parkera, jak i jego ekscytację z możliwości walki ze złem i pomagania ludziom.

Peter zakłada maskę w ramach współpracy ze Tonym Starkiem, który po wydarzeniach z Civil War pozwolił chłopakowi zachować kostium. Parker nakręcony tamtą misją rwie się do akcji, ale brutalna nowojorska rzeczywistość powoli ściąga go na ziemię – zamiast walczyć z superprzestępcami, kosmitami albo wielkimi robotami, zajmuje się drobnymi kradzieżami, pomaga turystom odnaleźć drogę, czyli – jakby to ująć alegorycznie – ściąga koty z drzew.

Wszystko zmienia się, gdy trafia na trop gangu zajmującego się handlem bronią wzmocnioną za pomocą superzłomu, który wala się po ulicach po każdej superbohaterskiej nawalance. Niepomny na przestrogi Starka, chłopak postanawia zająć się tym na własną rękę, udowadniając swoją wartość, chcąc potwierdzić, że zasługuje na miano bohatera i miejsce w zespole Avengers. Niestety, brak doświadczenia sprawia, że nawala, Stark traci do niego zaufanie, a i sam Peter zaczyna chyba powątpiewać we własne możliwości.
Mimo to bohaterska natura i potrzeba czynienia dobra biorą górę i gdy sytuacja tego wymaga, chłopak postanawia stanąć do walki z łotrem. Bez zaawansowanego kostiumu, uzbrojony jedynie we własne zdolności, spryt i prototypowe wyrzutnie sieci** staje naprzeciw bezwzględnego złoczyńcy i niemal ginie. Wtedy coś w nim pęka. Bo widzicie – przez cały film, w każdej ze scen akcji Peter gada jak najęty. Rzuca sucharami, komentuje, dodając sobie w ten sposób animuszu. Tutaj jednak, gdy wydaje mu się, że przegrał, że jego przeciwnik zatryumfował, a jemu grozi śmierć, zaczyna wołać o pomoc, płakać. Gdy jednak pojmuje, że jest zdany wyłącznie na siebie, zbiera siły i udaje mu się wydostać spod gruzu. To jest najważniejsza i jedna z lepszych scen w filmie – pokazuje, że Peter się czegoś nauczył – że jest jest prawdziwym bohaterem, że stał się dojrzalszy.

Dlatego finał, który jest ciemny i bardzo dynamiczny, chaotyczny, wypada nieco słabawo. Jesteśmy po najważniejszym momencie i na końcu doczepione jest obowiązkowe mordobicie.

Głównym złoczyńcą filmu jest Adrian Toomes, szef gangu zajmującego się wytwarzaniem i handlem bronią ulepszoną supertechnologią. Mam z tą postacią pewien problem – z jednej strony kreowany jest na ojca rodziny, człowieka, który zszedł na złą ścieżką tylko po to, by zapewnić byt rodzinie po tym, jak został oszukany przez możnych tego świata na potężny hajs. Z drugiej natomiast strony jest pieprzonym psychopatą – gdy stracił cierpliwość do jednego z podwładnych, to go rozwalił, postanawia zabić Pająka za mieszanie w jego biznesie, zaślepia go żądza bogactwa, tłucze jakiegoś przypadkowego zioma, który akurat stał na jego drodze.
Odczuwam niekonsekwencję w kreowaniu tej postaci, ale przeżywający renesans kariery Micheal Keaton daje z siebie w tej roli wszystko i jego charyzma sprawia, że w trakcie seansu zapomina się dwóch twarzach granego przez niego łotra. Poza tym, to jest niesamowite, co się przez ostatnie kilka lat dzieje z tym aktorem. Jego powrót do pierwszej ligi odbył się w takim stylu, że głowa mała. W pierwszej chwili aż było go żal do roli „tylko” Vulture’a, ale chyba mają co do tej postaci jakieś plany na przyszłość.

Bogatą przyszłość i przeszłość ma również inna postać pojawiająca się w tym filmie – Tony Stark. To jest w ogóle kosmos, jak potężnie bohater grany przez Roberta Downeya Jr. został rozwinięty na przestrzeni – nie bójmy się słów – dekady. Droga filmowego Starka od playboya-przemysłowca do playboya-superbohatera zasługuje na osobny, obszerny wpis. Może w 2018 z okazji dziesiątej rocznicy premiery Iron Mana
No ale Homecoming. Uprzedzając pytania i piętnując ból dupy sprzed premiery – wbrew zwiastunom i całej kampanii marketingowej, Tony’ego wcale nie ma aż tak dużo w tym filmie. To NIE jest Iron Man 4: Spider-Man: Homecoming.
Stark pełni tutaj ojcowsko-mentorską rolę wobec Petera. Tylko że tak naprawdę on sam potrzebuje tej relacji o wiele bardziej niż Parker. Z racji własnej trudnej historii z ojcem i tego, że czuł się przez niego niedoceniany (do czego jest odniesienie w tym filmie, ale wiemy to również z poprzednich), ma potrzebę bycia dla kogoś wzorem i oparciem, jakiego sam w młodości pragnął. I upatrzył sobie Petera do roli podopiecznego. Z tym że Stark nie bardzo umie w relacje międzyludzkie, dlatego miota się od chwalenia do karcenia, najpierw daje chłopakowi kostium, instaluje w nim pierdyliard ukrytych opcji, potem z powodu samowolki mu go zabiera, żeby na koniec stwierdzić, że Peter tego właśnie potrzebował, by nauczyć się własnej wartości.
Ostatecznie jednak to właśnie Spider-Man podejmuje dojrzałą decyzję, pokazując, że jest bohaterem i mimo iż będzie działał na małą skalę, trzymał się ziemi, pomagał maluczkim, to będzie to robił samodzielnie, będzie stał na własnych nogach, a to jest właśnie to coś, czego potrzebuje… przynajmniej przez pewien czas.

***

Warto wspomnieć jeszcze o kilku postaciach:
„Dodatkowi” łotrzy, którzy budzili niepokój przed premierą, okazali się być tylko tłem. Shocker to w gruncie rzeczy losowy rabuś, który akurat ma rękawicę. Jest to więc Shocker idealny. Tinkerer to tylko grubasek, który zajmuje się produkcją sprzętu. Nie widzimy go inaczej jak tylko w warsztacie, gdzie projektuje i buduje ekwipunek.

Ciocia May wypada bardzo dobrze (hehe). Martwi się o Petera i z dość zrozumiałych powodów może być przewrażliwiona i zbyt łatwo wpadać w panikę, ale kiedy trzeba, to rzuca wszystko, żeby pomóc chłopakowi.

Potężny ból dupy był także o Flasha, który tutaj nie jest łobuzem-sportowcem, tylko pozorem. Początkowo miałem wątpliwości, ale już po pierwszym obejrzeniu filmu stwierdziłem, że taka postawa ma w obecnych czasach o wiele więcej wspólnego z dokuczaniem w liceum niż bycie osiłkiem i kradzież drobnych młodszym uczniom albo spuszczanie im głowy w kiblu. Jestem w stanie uwierzyć, że bogaty, chamski typek z wybujałym ego potrafi zajść za skórę nawet bardziej niż przekonany o własnej wyższości kapitan szkolnej drużyny.

Obiekt westchnień Petera – czyli Liz – jest właśnie taka, jaka powinna być. To starsza wcześniej urodzona koleżanka ze szkoły, w której chłopak jest zakochany. Szkolna klasyka. Dodatkowo – jest ratowana tylko raz i to nie w finale, a cały film nie kręci się wokół tego, czy Peter ma z nią być, czy ma być Spider-Manem. Więc miłosny wątek jest na swoim miejscu – jest dość istotny dla Petera, no bo chłopak ma piętnaście lat, a dziewczynie, w której jest zadurzony nie jest obojętny, ale film nie robi z tego megadramy i nie opiera na tym całego swojego ciężaru, jak robiły wszystkie poprzednie produkcje ze Spider-Manem.

Inna dziewczyna – Michelle  – grana przez Zendayę, co do której zarzuty wyglądały tak, że ktoś wyprodukowany przez Disney Channel jest totalnym dnem, pełni w filmie raczej marginalną rolę. Moja dziewczyna zwróciła mi po seansie uwagę, że ból dupy przed premierą nie miał sensu, bo prawie tej postaci nie ma. Jasne, należy do tej samej paczki co Peter, ale raczej trzyma się na uboczu. Więc tutaj została tylko wprowadzona i najprawdopodobniej jej rola zostanie rozwinięta w kontynuacjach. Czy natomiast stanie się tutejszą wersją MJ? Może. Nie wiem. Naprawdę było jej na tyle mało, że ciężko prorokować. Na pewno wypada na plus, wbrew pochopnym opiniom sprzed premiery.

***

To naprawdę jest film o Spider-Manie, na jakie czekaliśmy i na jaki zasługujemy. Sam Spider-Man zasługiwał na taki film. Nie ma tutaj miłosnej dramy, nie ma wałkowania genezy (żadnych retrospekcji!), humor, dowcipasy i sceny akcji są idealnie zrównoważone z emocjonalnymi momentami.
Przede wszystkim jednak bohater przechodzi jakąś drogę – od niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania i udowodnienia wszystkim i sobie własnej wartości do nieco dojrzalszej wersji niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania. Biorąc pod uwagę to, że MCU jest projektem długoterminowym, nie mogę się doczekać, dokąd Petera zaprowadzi droga, na której pierwszy krok uczynił w tym filmie.

***

*Być może to, że na pierwszy spóźniłem się piętnaście minut i ominęło mnie całe wprowadzenie.
**Uwielbiam projekt tego własnoręcznie stworzonego kostiumu i niezmiernie się cieszę, że pojawił się w filmie.

Jaskier

PS Kto Was bardziej ucieszył – Pepper Potts czy Mac Gargan?

Read Full Post »

Tak naprawdę niekoniecznie filmowe i niekoniecznie nawet dziewczyny, kwestia chwytliwości tytułu. Zestawienie pięciu najrozsądniejszych kobiet przewijających się przez filmy i jeden serial o facetach w rajtuzach. Subiektywne, a jakże.
I nie, nie ma Kimberly Kane.

Jane Foster grana przez Natalie Portman w filmie Thor
Rozwój związku, jeżeli można to tak w ogóle nazwać, w układzie Thor-Jane nie ma sensu. To znaczy ma. Jeśli masz około trzynastu lat, chodzisz do gimnazjum, piszesz opowiadania o swoich przygodach z One Direction i uwielbiasz tanie opowiastki miłosne o uwspółcześnionej wersji rycerza jeżdżącego na białym koniu, który przybywa, by uczynić Cię swoją księżniczką. Jest w tym oczywiście nieco uroku, ale ciężko w coś takiego uwierzyć, kiedy już przestanie się dawać wiarę historiom o książętach z bajki.
Jednakże moim zdaniem (i zapewne nie tylko moim) postać Jane Foster broni się. Względem oryginału zmieniono jej zawód, w filmowym uniwersum jest astrofizykiem lub kimś w tym stylu, co ma sens, zważywszy na to, że Thor jest kosmitą czy też istotą z innego wymiaru.

Jest urocza, przedsiębiorcza, nie trzeba jej ratować, a w zwiastunie drugiej części sprzedała liścia Lokiemu. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko skwitować tę postać podobnie jak Asgardianin – I like her.

Gwen Stacy grana przez Emmę Stone w filmie The Amazing Spider-Man
W przypadku tego wyboru może gdzieś tam pobrzmiewać nutka goryczy, żalu do autorów i niezadowolenia z żeńskich postaci z trylogii Raimiego. Bo, pomimo całej sympatii, jaką darzę Kirsten Dunst, widzę to, że rola Mary-Jane została okropnie napisana w tamtych filmach. Nie wspominając już o marginalnej obecności Gwen w trzeciej części.
Na szczęście, w najnowszej odsłonie filmowych przygód Spider-Mana, zakasano rękawy i świetnie skonstruowano postać Gwen. Do tego stopnia, że pewnie będę płakał wraz z Peterem, gdy dziewczyna umrze.
Ogarnięta, nie zwisa z jakiegoś mostu kilkukrotnie w czasie seansu, atakowana przez Lizarda chwyta aerozol, zapalniczkę i w ten sposób skonstruowanym miotaczem ognia kontratakuje. W dodatku potrafi zainteresować się (dosyć dosłownie) pomiatanym Parkerem.
Pretensje można mieć jedynie do charakteryzatorów – Emma Stone nie wygląda na nastolatkę.

Felicity Smoak grana przez Emily Bett Rickards w serialu Arrow
Wielokrotnie pisałem, iż darzę tę postać sympatią i to bynajmniej nie tylko dlatego, że dziewczyny w okularach są niewiarygodnie pociągające. Felicity daje się wkręcić we współpracę ze ściganym przez policję samozwańczym stróżem prawa, potrafi jednak postawić na swoim. Co prawda czasem wpada w tarapaty i trzeba ją ratować, ale to głównie dlatego, że zawodzi któryś z „genialnych” planów Olivera.
Dziewczyna jest sympatyczna i mam nadzieję, że ktoś nie wpadnie na wielce odkrywczy pomysł wprowadzenia czegoś między nią i głównego bohatera. Absolutnie takie coś by nie pasowało. Wszystko zależy od zdania amerykańskich widzów, więc miejmy nadzieję, że wystarczy im ten mdły pseudozwiązek Olivera i Laurel.

Selina Kyle grana przez Anne Hathaway w filmie The Dark Knight Rises
Nie wiem, czy to już pisałem, więc być może się powtórzę, ale Mroczny Rycerz powstaje składa się z całkiem przyjemnych komponentów, które zostały „jedynie” nieumiejętnie ze sobą połączone. Jednym z nich jest postać Seliny Kyle.
Catwoman rezygnuje tutaj z kotowatości w wyglądzie, delikatnym puszczeniem oka ze strony twórców są charakterystyczne gogle, które uniesione przywodzą na myśl kocie uszy. Jednakże z samego charakteru Selina bardzo przypomina kota. Takiego stereotypowego. Kłamie, kradnie, manipuluje, oszukuje, chodzi swoimi drogami i jest nieziemsko wygimnastykowana. Raz wrabia Batmana, raz go całuje, w jednej scenie udaje przed policjantami przerażoną, w innej panika znika z jej twarzy, zastąpiona przez szyderczy uśmiech.
Ciężko również stwierdzić, po czyjej jest stronie, właśnie ze względu na częste zmiany w postępowaniu. Ostatecznie jednak dokonuje właściwego wyboru. Dlaczego? Kto by to wiedział, to przecież Catwoman.

Pepper Potts grana przez Gwyneth Paltrow w serii filmów Iron Man 
Najsensowniejsza (nie licząc Czarnej Wdowy i – choć miała marginalną rolę – Marii Hill) postać kobieca w filmowym uniwersum Marvela. A to dosyć dziwne, zważywszy na to, że kończy w związku z Tony’m. Bo co ona, zaradna, pracowita i myśląca kobieta można widzieć w degeneracie, jakim jest Stark? Przecież panna Potts zna go na wylot, od wielu lat dla niego pracuje, odbierając pocztę, wyprowadzającj pijanego z klubów i wynosząc śmieci.
Właśnie dlatego jest taka świetna, pomimo doskonałej znajomości wad Starka, potrafi go kochać. Akceptuje go, mimo tego, że nie pamiętał nawet o jej alergii na truskawki.

Choć należy się jej minus za walczenie w trzeciej części. To było słabe.

Tyle. Ciekawe, co przyniosą nam przyszłe filmy? Można wywnioskować jedno – dobrych postaci kobiecych nie zabraknie.

Jaskier

Read Full Post »


Sezon blockbusterów uważam za otwarty(?)… otworzony?… no, że się zaczął.

Ten film jest zupełnie inny od poprzedników.
Stało się coś takiego, co wcześniej miało miejsce przy okazji serii X-Men. Tylko zupełnie na odwrót. Dwa pierwsze filmy Singera mówiły, że nie ważne, że ktoś jest pedałem mutantem, wciąż jest człowiekiem, natomiast potem został zmieniony reżyser i Ostatni bastion był, a właściwie wciąż jest, pokazem fajerwerków.
W przypadku Iron Mana to dwa pierwsze filmy były takim kolorowym pokazem, ten natomiast zdecydowanie nim nie jest. Owszem, zrobił się większy cyrk, jeden z bohaterów mówi nawet, że po pojawieniu się Thora trzeba było odrzucić subtelność, bo się nie sprawdzała, ale strzelanie laserami nie jest najważniejsze. Dlaczego?

Tony Stark się zmienił, wciąż rzuca dobrymi tekstami, choć jest ich zdecydowanie mniej, ale, jakby to ująć, odjęto od niego rock’n’roll. Gdy na ekranie pojawiał się Iron Man w drugiej części i w Avengers leciało Shoot to Thrill i to było zajebiste. Tutaj tego nie ma, ale nie powiedziałbym, że tego zabrakło, po prostu nowy reżyser miał inną koncepcję.

Odniosłem wrażenie, że wyszło poważniej nie tylko z powodu braku AC/DC. Wydarzenia z części drugiej oraz finał Avengers miały wpływ na Starka. Widać wyraźną różnicę w jego zachowaniu względem poprzednich filmów, inaczej traktuje Pepper, ich związek na szczęście nie wygląda landrynkowo, niektórzy mogą nawet zadawać pytanie, co ona w nim widzi. Jeśli chodzi o tę kwestię, to najnowszy film jedynie utwierdził mnie w przekonaniu, że wątek miłosny jest najlepiej napisany i poprowadzony właśnie w przypadku Starka i Pepper, nie znajdziemy tu ani grama sztuczności z Thora (przybyłem z kosmosu i się w tobie zakochałem – o, jak dobrze, bo ja też cię kocham). Niestety w tej części widzimy walczącą Pepper, co jest przegięciem. Sporym przegięciem. Mogliby nam tego oszczędzić.

Jest tu też cała ta heca z tym, czy Iron Man musi mieć zbroję, żeby być bohaterem i okazuje się, że nie. Podobało mi się to, że pokazali Tony’ego jako genialnego inżyniera, kiedy z kupionych w sklepie gratów montuje arsenał. To było o wiele bardziej namacalne od abstrakcji, jaką widzieliśmy w warsztacie pod rezydencją w Malibu.

Jeśli chodzi o aktorstwo, Downey Jr. wciąż bryluje, choć, jak już napisałem… chyba kilka razy nawet, Stark uległ metamorfozie, ale wciąż jest świetny. Gwyneth Paltrow wciąż urocza, Don Cheadle dalej mi nie pasuje. Przy okazji – Terrence Howard (Rhodney z pierwszej części) dostał kopa, bo chciał za dużo piniądza za wystąpienie w filmie. Krawaciarze-skąpiradła pogrzebały potencjał tej postaci. Ben Kinglsey, do niego jeszcze wrócę, przy okazji Mandaryna, ale pomyślcie tylko, jakie to niesamowite, że on tu zagrał. W ogóle, ilu świetnych aktorów zagrało w tych filmach – Tommy Lee Jones, Anthony Hopkins, Natalie Portman, Jeff Bridges. To musi być swego rodzaju hobby, granie w letnich hitach.

Mandaryn – nie chcę za bardzo spoilerować, więc powiem tylko, że to był najkreatywniejszy pomysł na przeciwnika superbohatera, jaki kiedykolwiek widziałem. Nie chodzi mi o sposób grania, tutaj wyżej postawiłbym chociażby Hiddlestona i Fassbendera, ale sposób, w jaki napisano tę postać jest genialny. Mroczny Rycerz powstaje (debilny ten polski tytuł) i ten wyskok z Talią al Ghul może się schować. Chociaż nie, może klęknąć i obciągnąć.
W każdym razie Ben Kingsley wypada świetnie.

Było także kilka scen, których fanem nie jestem. Zakończenie jest moim zdaniem słabe. Dostajemy krótkie podsumowanie, Stark mówi, że zrobił to, to i tamto. Kiepsko. Nie rozumiem też zabiegu z tym dzieciakiem, dlaczego to musi być akurat dziesięcioletni dzieciak? Że niby pomaga Tony’emu dzięki temu, że dzieci widzą wszystko w prostszy sposób? Trochę oklepane.

Podsumowując, Iron Man 3 zamyka solową historię Tony’ego Starka całkiem zgrabnie. Przeniesiony został środek ciężkości i zrobiło się znacznie poważniej. Związek głównego bohatera z Pepper jedynie zyskał na tym filmie. No i świetny zabieg z Mandarynem. Seans polecam.

Jaskier

PS 3D było lepsze w Parku Jurajskim.
PPS Zarobił na świecie tyle piniądza, że pewnie doczekamy się kontynuacji, chociaż uważam, że jest zbędna. Właściwie wystarczyłoby, żeby Iron Man pojawił się w kontynuacji Avengers, a potem zniknął lub dostawał mniejsze role. Jest jeszcze mnóstwo bohaterów, na których pojawienie się na ekranie czekam – Ant-Man i Dr Strange, biorąc pierwszych z brzegu.

Read Full Post »