Feeds:
Wpisy
Komentarze

Naprawdę nie wiem, co mam napisać o tym filmie, ponieważ z jednej strony był zabawny, dostarczył mi masę frajdy i rozrywki, nie zasnąłem na nim, mimo iż był środek nocy, kiedy go oglądałem, a od strony technicznej prezentuje się wprost fenomenalnie, z drugiej jednak po seansie miałem wrażenie, że zobaczyłem tylko jakąś reklamę. Była trzecia w nocy, siedziałem w kinowym fotelu i zadawałem sobie pytanie – No dobra, to było fajne, ale gdzie jest film?

Mam z tą produkcją taki problem, że nie ma w niej fabuły, jest za to zlepek scen pokazujących widzom to, jak fajne są poszczególne postacie i jakie niepokonane, silne, nieustraszone. Poniżej będzie SPOILERowe przedstawienie punktów… filmu, więc jeśli jeszcze go nie widzieliście, a nie chcecie się dowiedzieć, co się w nim dzieje, to omińcie ten fragment tekstu.

  • Drużyna gdzieś tam w kosmosie wykorzystuje swoje zwycięstwo z pierwszej części do robienia kasy. Która kosmiczna frakcja nie chciałaby wynająć Strażników Galaktyki do ochrony własnego mienia?
  • Ponieważ bohaterowie wciąż jeszcze nie potrafią w pełni ze sobą współpracować, to wpadają w poważne tarapaty.
  • Z opresji ratuje ich broda Kurta Russella, który przychodzi i mówi do Star-Lorda: Jestem twoim ojcem… i międzygalaktycznym bogiem-Hitlerem…
    I zabiłem twoją matkę.
  • Quill musi pogodzić się z tym, że jego nowo odnaleziony ojciec jest psychopatą. Walczą w stylu pojedynków z Dragon Balla.
  • Yondu umiera, ale w sumie jest szczęśliwe zakończenie, ponieważ poświęcił się dla Petera.

Koniec sekcji SPOILERowej, możecie wrócić do czytania.

Pomiędzy te punkty powtykane są sceny, w których:
a) Yondu jest OP;
b) Rocket jest OP;
c) Baby Groot promuje zabawki;
d) Drax jest kretynem, ale uroczym w swojej głupocie;
e) Star-Lord ma problem z tym, kto tak naprawdę był jego tatą;
f) ci żółci goście zachowują się dziwacznie;
g) kosmiczni piraci dostarczają całą maaaaasę dowcipasów;

I to nie jest problem natury takiej, że – O matko, co za gówno. Nie jest to też nudne czy coś. Po prostu mam wrażenie, że James Gunn zachłysnął się wolnością twórczą, jaką studio mu zaoferowało i cały czas tylko ciśnie – Patrzcie, jaki Yondu jest super. Patrzcie teraz, jaki Rocket jest błyskotliwy. Patrzcie, jaki Baby Groot jest słodziaszny (figurki po jedyne 19,99$). Nie ma tutaj miejsca na jakieś upadki, bohaterowie są niezniszczalni, a nawet jeśli, na ten przykład, dostają się do niewoli, to szybko uciekają, robiąc przy tym rozpierduchę. Nie chce mi się tego teraz szukać, na pewno ktoś to policzył albo w najbliższej przyszłości policzy, Yondu za pomocą swojej sterowanej gwizdaniem strzały (sic!) zabija w tym filmie ze sto osób, samemu w zasadzie będąc niezniszczalnym.

Sceny z Grootem (chyba wszystkie, musiałbym obejrzeć jeszcze raz, żeby to ocenić) są męczące. Na początkowych napisach urokliwie tańczy, później, za każdym razem, gdy się pojawia, to jest podkreślane, jaki to on nie jest uroczy i słodki, i w ogóle. Nie wyskakujcie w komentarzach* z tekstami, że to miało stanowić parodię postaci będących w filmach maskotkami – moim zdaniem, jeśli taki był zamiar reżysera, to mu nie wyszło.

Nawet część dowcipów jest albo przeciągnięta, albo po prostu słaba. Na przykład ten kosmiczny pirat z głupim imieniem. Ciągną to w nieskończoność. Żart z Grootem, który nie potrafi pojąć, co ma przynieść i znosi do bohaterów śmieci, również niemiłosiernie się ciągnie. Rozwaliła mnie także scena podróży kosmicznej, kiedy postacie dokonują na pokładzie statku sekwencji kilkuset skoków (czymkolwiek by one nie były). Nauka za tym stojąca sprawia, że zaczynają się zniekształcać, oczy wychodzą im z orbit etc. Wygląda to jak w Masce albo Looney Tunes i bierze się po prostu znikąd.

Również muzyka wypada słabiej niż w pierwszej części. Awesome Mix Vol.1 po obejrzeniu filmu słuchałem w kółko, wciąż lubię sobie puścić. Tutaj nic nie zapadło mi w pamięć. Najlepsze było Fox on the Run ze zwiastuna, którego jednak nie pamiętam z filmu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ta piosenka w ogóle nie pojawia się w filmie.

***

Dwie rzeczy naprawdę mi się podobały i uważam, że w tym filmie zagrały perfekcyjnie.

Pierwsza to postać Draxa. Dave Bautista urodził się do tej roli. Jest w niej bezbłędny, wypada nawet lepiej niż w części pierwszej. Jego Drax jest bezpośredni, szczery do bólu, naiwny, żyje w swoim świecie, ale jednocześnie to naprawdę wierny kompan.

Druga rzecz, którą chcę pochwalić, to – uwaga, zaskoczenie – wątek romansowy. Podobało mi się to, jak została rozegrana relacja Petera i Gamory. Naprawdę. To jest taki typowy motyw, przebiegający zgodnie ze schematem – O, nie cierpię cię! Ja ciebie bardziej! A na końcu i tak jest: Hail to the king, baby. Podobały mi się te minisprzeczki i Gamora zgrywająca twardzielkę, tak naprawdę bojąca się otworzyć oraz finał, kiedy to w obawie przed utratą Petera, zrywa tę maskę i pokazuje, że mu na nim zależy. No bo ze strony Star-Lorda nie należy się spodziewać ukrywania czegokolwiek. Stanowią oni oczywistą parę, ale ja nie mam nic przeciwko takim przyciągającym się przeciwieństwom.

***

Tak to wygląda. Jeśli podobała się Wam część pierwsza, to pewnie już widzieliście kontynuację i macie o niej wyrobione zdanie, jeśli nie, to nie sądzę, żeby druga część przypadła Wam do gustu. Jest to więcej tego samego, tylko rozciągnięte, gdyż w miejsce fabuły James Gunn mógł powpychać te wszystkie scenki, o których pisałem w tekście.
Nie zrozumcie mnie źle – Guardians of the Galaxy vol.2 nie jest żenująco słabe ani nic z tych rzeczy. Jest jedynie fajne, nie spełnia oczekiwań, jakie w nim pokładałem.

***

*Trochę naiwnie wierzę, że tekst ten przeczyta ktoś, komu będzie się chciało komentować w ten sposób.

Jaskier

Po dwóch niezbyt udanych próbach zawładnięcia kinami oraz latach emitowania kolejnych serii, Power Rangers zaliczyli ponowny występ na wielkim ekranie, tym razem stanowiący reboot marki, dodatkowo będący remake’iem pierwszego sezonu, czyli kultowego Mighty Morphin Power Rangers.

Jak wyszło?
Cóż, ja liczę na to, że powstanie kontynuacja z historią Tommy’ego Olivera, czyli Ritą kontrolującą szóstego Rangera, który później przechodzi na właściwą stronę. Niestety, dane z box office’u nie nastrajają pozytywnie – film zarobił w USA marne 83mln$ i raptem 47lmn$ na zewnętrznym rynku*, nie natrafiłem również na żadne informacje dotyczące planów na kontynuację. Niby nie szukałem, ale zazwyczaj tego typu doniesienia wyskakują mi na tablicy facebooka. Najwidoczniej problemy produkcji oraz dłużyzny w pierwszym i drugim akcie przeważyły nad naprawdę satysfakcjonującą końcówką.

Co z tym filmem jest więc nie tak?
Niestety sporo. O ile zrozumiałe jest to, że w przeciwieństwie do serialu w filmie przemiana z nastolatków z odpowiednią postawą w Power Rangers musi chwilę potrwać, to mimo wszystko dzieje się to za wolno. Przez większość czasu obserwujemy tworzenie się relacji w drużynie i jasne – to jest ważne, a serial miał kilkadziesiąt odcinków, więc w pilocie mógł na to srać, ale siedziałem w kinowym fotelu, wyczekując chwili, gdy Jason krzyknie ITS MORFIN TAJM, przywdzieją swoje kiczowate kostiumy i ruszą tłuc kitowców, a dzieje się to dopiero pod koniec, ponieważ wcześniej nie mieli dostępu do Morphin Grid, ponieważ nie potrafili się dogadać, przez co ich chi było rozbalansowane. Czy coś.
Z zapowiadanego w zwiastunach The Breakfast Club też niestety niewiele się ostało. Ot, Jason i Billy poznają się właśnie podczas odbywania kary, ale potem i tak muszą jechać do jakiegoś kamieniołomu, gdzie zupełnym przypadkiem natrafiają na Zacka, Trini i Kimberly, ponieważ opuszczone kamieniołomy to supermiejsce do włóczenia się, gdy jesteś amerykańskim nastolatkiem. Ten cały początek spokojnie można by przemodelować, pozwolić im wszystkim się spotkać w kozie, skąd – zamiast pisać jakieś głupie wypracowanie – postanawiają się urwać. W międzyczasie Zordon odkrywa, że Rita po dziesięciu tysiącach lat w końcu jest wolna milionach lat powraca i znów stanowi zagrożenie, każe Alphie sprowadzić piątkę nastolatków. BANG! jesteśmy w domu po piętnastu minutach filmu. Rozwój bohaterów, scenę ogniska z wyznawaniem win, kolejne weekendy w kozie można by było dać już po tym.
Zamiast tego wyjeżdżają z jakimś przeznaczeniem, bo znaleźli monety, więc to oni są predestynowani do zostania nową drużyną. Dlaczego po prostu nie zostali przeteleportowani do centrum dowodzenia, dlaczego nie dostali morferów i nie ruszyli kopać tyłków? Koncept Power Rangers jest tak kretyński, że tego typu próby urealnienia go muszą zawieść. To jest problem, z jakim kino superbohaterskie uporało się już kilka lat temu. (Albo raczej tylko jego marvelowska część… jak widać). Mimo tego mhocznego tonu, film wielokrotnie odnosi się do swoich kiczowatych korzeni. Jest tutaj na przykład mowa o zordach, że zadziałały trochę jak transformersy i po przybyciu na Ziemię przybrały kształt najpotężniejszych żyjących ówcześnie istot – dinozaurów. Chuj tam z pterodaktylem, który dinozaurem nie był, ale mastodont i tygrys szablastozębny pojawiły się na świecie miliony lat później. Jest to oczywiste nawiązanie do pierwszego sezonu, gdzie zostało to w niemalże identyczny sposób ujęte.
Tego typu mrugnięć okiem jest znaczenie więcej, aczkolwiek wszystko się przez to rozjeżdża. Z jednej strony robią Kronikę, ból istnienia i nastolatków z różnej maści problemami w domu, z drugiej próbują robić laskę fanom, niczym Disney z nowym kanonem SW.

Odnośnie głównych bohaterów:
Jason jest typem kapitana drużyny, który w wolnych chwilach zostaje królem balu. Jednak za swoje wybryki rodem z Niecnych uczynków zostaje zawieszony, wyrzucony z drużyny, ma elektroniczny dozór i może zapomnieć o karierze sportowej, czym sprawia olbrzymi zawód ojcu.
Billy jest genialnym, ale nieco zwichrowanym chłopakiem. Nie umie w zdolności międzyludzkie i ma problem z pogodzeniem się ze śmiercią ojca. I jest czarnoskóry.
Kimberly to królowa balu, dziewczyna z idealnego domu, ale odwaliła niezłą imbę, wysyłając swojemu byłemu zdjęcie jego nowej dziewczyny. Takie, wiecie +18.
Zack jest szalony i lubi wagarować, ale ma dobre serce, bo opiekuje się chorą matką. I jest Azjatą.
Trini również ma problemy z akceptacją ze strony rodziców. Konserwatywna matka nie umie pogodzić się z tym, że jej córka jest lesbijką.

Jak widzicie, postacie może i nie są jakoś niesamowicie rozbudowane, ale nakreślone w dość precyzyjny sposób. Każda ma swoją archetypiczną rolę. Na plus zasługuje również pokazanie więzi i relacji z rodzicami. Obejrzałem jakiś czas temu siedemnaście odcinków pierwszego sezonu i w żadnym z nich nie pojawia się członek rodziny faktycznie mieszkający z którymś z Rangersów – za to pełno jest wyjętych z dupy wujków i kuzynów, którzy akurat przyjeżdżają w odwiedziny.

Drugi plan stanowią Zordon i Rita.
Zordon (twarz Bryana Cranstona) jest chujkiem, który chce bezwzględnie wykorzystać naiwność piątki młodych ludzi, by wrócić do pełni sił i samemu stanąć do walki z zagrożeniem ze strony Rity. Jak się nad tym zastanowić, to brzmi bardziej jak plan złoczyńcy. Wiadomo jednak, że Zordon w odpowiednim momencie zdecyduje nie robić w wała drużyny i zostanie gadającą twarzą ze ściany. No i cóż, to Bryan Cranston, ciężko powiedzieć o nim coś złego.
Natomiast grająca Ritę Elizabeth Banks błyszczy. Ta rola przepełniona jest kiczem oraz teatralnością. Aktorka doskonale bawi się na planie ubrana w ten groteskowy strój prosto z mokrych snów trzynastolatka. Filmowa wersja Rity znacznie różni się od serialowego pierwowzoru i to nie tylko pod względem wyglądu. Faktycznie stanowi zagrożenie, jest w stanie mordować zwykłych ludzi, a nawet uśmierca jednego z Rangerów… ale potem mu się polepsza, więc spoko. Jeśli coś z tego filmu jest warte zapamiętania, to jest to rola tej aktorki.

Za zmianą tonu poszła zmiana stylistyki – zordy i stroje Rangersów nie przypominają tego, co można było oglądać w serialu. Kostiumy są o wiele bardziej futurystyczne, przypominają zbroje. Jest oczywiste, że w wysokobudżetowym filmie bohaterowie nie mogą biegać w spandexie i hełmach, chociaż prywatnie bym wolał, by akurat tego nie zmieniano.
Zordy natomiast to osobna sprawa. Są spoko i jak tylko (w końcu) się pojawiają w akcji i przez chwilę gra kultowe Go Go Power Rangers, to są ciary, uśmiech od ucha do ucha, a wewnętrzne dziecko każe wstać z fotela i skakać z radości i ekscytacji. Również są o wiele bardziej futurystyczne niż odpowiedniki z pierwszej serii, ale troszkę dziwaczne. Musiałem w Internecie poszukać, czym jest zord Zacka, bo ni cholery nie rozpoznałem w nim mastodonta. W końcu też walczą zordami samodzielnie, zamiast od razu zmontować je w jednego wielkiego robota.

***

Summa summarum, Power Rangers nie było dla mnie wielkim rozczarowaniem. Ostatnie dwadzieścia minut – walka najpierw w zordach, późniejsze uformowanie megazorda, cała ta akcja – zrekompensowały mi dłużyzny pozostałej części filmu. Ewentualna kontynuacja nie byłaby już genezą, więc można by było od razu przejść do mięska, ale chyba się na nią nie zanosi.
W pewnym sensie jest to jednak zmarnowana okazja, ale zawsze pozostaje niemalże ćwierć setki sezonów serialu. Ten film niestety się gdzieś po drodze pogubił, nie umiał znaleźć własnej tożsamości i ostatecznie poległ w starciu z innymi marcowymi premierami.

*Za boxofficemojo.com.

Jaskier

PS Które sezony pamiętacie z dzieciństwa?
Ja oglądałem na stacji na „p” rano w sobotę i w niedzielę:
Mighty Morphin Power Rangers 1-3
Power Rangers Zeo
Power Rangers Turbo
Power Rangers in Space
Power Rangers Ninja Storm
Power Rangers Dino Thunder
Power Rangers Lost Galaxy

Czy ta seria stanowiła dużą część Waszego dzieciństwa?
Może byście byli zainteresowani przeczytaniem mojego nerdzenia i wspominania budowanych z LEGO zordów, wspartego odświeżeniem sobie serialu?
Dajce znać w komentarzach. ;)

Netflix w kooperacji z Marvelem w końcu to zrobili – powstał nudny serial, który jakością spokojnie może powalczyć z najgorszymi sezonami Arrowa. A tak liczyłem na wzrost formy po słabawym Luke’u Cage’u.

Fabuła jest prosta i – jak pisałem na fanpejczu kilka tygodni temu – jebie Arrowem. Uznany za dawno zmarłego dziedzic fortuny i – poprzez 51% udziałów – także korporacji wraca do miasta i rozpoczyna walkę o odzyskanie tego, co mu się należy. Okazuje się jednak, że przez te piętnaście lat w Nowym Jorku wiele rzeczy się zmieniło i powrót do świata żywych nie będzie dla Danny’ego Randa taki prosty, jak mu się początkowo wydawało. I, wiecie, przez kilka pierwszych odcinków mamy potyczki prawne, posiedzenia zarządu, wizyty u prawników, rozmowy z prawnikami, straszenie prawnikami, sceny z życia w korpo, sceny z pracy w korpo, ludzi ubranych w garnitury i tego typu sprawy.
W serialu, który jest o najzajebistszym wojowniku kung-fu na świecie, ponad połowę czasu poświęca się sprawom majątku, firmy i członkostwa w zarządzie. Brak słów, więc rzucę po prostu dwoma hasłami – lol XD.
I tak jest już do samego końca. Jeszcze do szóstego odcinka, w którym ma miejsce coś na kształt tandetnego turnieju rodem z Mortal Combat czy czegoś w tym stylu, można się łudzić. Można mieć nadzieję, że koniec z tym korpo-bełkotem, że zaraz zaczną latać na sznurkach i w jakiś cudaczny, nierealistyczny sposób się okładać.
Ale nie…

***

Fabuła totalnie zawodzi, jak napisałem powyżej – cały czas się przewijają jakieś nudy związane z korporacją, z którą związani są bohaterowie. Może za to o nich samych można coś dobrego powiedzieć?
Nic bardziej mylnego.
Danny Rand, w którego wciela się Finn Jones, jest beznadziejny. Absolutnie nieautentyczny i nieprzekonywujący. Ma być mistycznym wojownikiem, człowiekiem, który przez piętnaście lat trenował sztuki walki i panowanie nad emocjami, niezniszczalną Żywą Bronią, ma być z niego król kug-fu jak lew jest król dżungli.
A jest jak rozpieszczony bachor. Dosłownie. Nie ma za grosz luzu, tylko chodzi wściekły i bez zastanowienia wszystkich chce tłuc. W dodatku cała jego motywacja związana jest z tym, że gdy kogoś zabija, to traci równowagę swojego chi, więc nie może używać wtedy mocy Iron Fista. Z tego powodu liczbę użycia przez niego tej zdolności można policzyć na palcach. To śmieszne, że akurat postać, która ma tytuł, oryginalny komiksowy pseudonim od samego początku serialu, kompletnie na niego nie zasługuje. W przeciwieństwie do pozostałych postaci z nadchodzących Defenders Danny nie przechodzi żadnej drogi, niczego się nie uczy, pod żadnym pozorem NIE widzimy w nim tytułowego bohatera.
Pizda, nie Iron Fist, jak powiedziałby mój były współlokator.

Postaci drugoplanowych jest kilka.
Jessica Henwick gra Colleen Wing*. Początkowo wydaje się spoko bohaterką, jest budowana między nią i Danny’m koleżeńska relacja, ma jakieś problemy z agresją, więc chodzi je rozładowywać na nielegalne walki, gdzie – O-CZY-WIŚ-CIE – rozkłada dwa razy większych od siebie facetów, co jest akurat fajne, ale, bo rzecz jasna musi być jakieś ale, zostaje to wyrzucone do kosza. Walki w klatce są raptem dwie, po jakimś czasie nawiązuje się między nią i Danny’m kiczowaty, wymuszony romans, okazuje się na koniec, że ona jest z Ręki, więc Danny jej nienawidzi, ale ją kocha, więc nie może jej nienawidzić…

Jest jeszcze Ward Meachum, taki człowiek w korpo, który kumplował się z Danny’m, gdy byli dzieciakami. On jest jedyną postacią, która naprawdę się rozwija, czegoś się uczy. Tylko jest jeden problem – to miał być serial o pieprzonych mnichach-wojownikach z mistycznego miasta z innego wymiaru, a nie historia zmagającego się z uzależnieniem i apodyktycznym ojcem korpo-wapniaka.

No bo jest ojciec, grany przez Davida Wenhama. Niby nie żyje, ale tak naprawdę po śmierci w wyniku raka wrócił do życia dzięki zawarciu umowy z Ręką i siedzi cały czas (w sensie kilkanaście lat) ukryty w luksusowym apartamencie, sterując firmą jako szara eminencja. W zamian za powrót do życia pozwolił Ręce na zinfiltrowanie swojej firmy, jednakże jako niecny biznesmen naturalnie knuje przeciwko nim.

Ręką steruje Madame Gao. Z jakiegoś dziwnego powodu… Postać ta pojawiła się wcześniej w obu sezonach Daredevila, gdzie była przedstawicielką chińskiej mafii. Tutaj kieruje Ręką, a przynajmniej tym członem Ręki, który odpowiedzialny jest za robienie kasy na narkotykach. Bo tak – mistyczni zombie-ninja z Japonii w tym serialu są dresami koszącymi kasę na dragach. A druga część Ręki – bo są tutaj dwa takie jakby odłamy – zajmuje się zbieraniem młodych ludzi, uczeniem ich, wpajaniem własnych zasad i wysyłaniem w świat, gdzie mają czekać jako uśpienia agenci. Tak sądzę.

I jeszcze wspomnę o Claire Temple. Kurwa. Kiedy wcześniej pojawiała się, spajając te seriale, to było na swój sposób urocze. Memy I’m here to talk to you about The Defenders Initiative mnie śmieszą. Ale kiedy pojawia się tutaj i mówi, że wciąż wpada na ludzi o niezwykłych zdolnościach, że ma doświadczenie z tym całym pokręconym gównem, ale NIE zadzwoni do Matta Murdocka, żeby przyszedł skopać dupę Ręce, tylko sama wpycha się na wszystkie misje i robi za głos „rozsądku”, przypominając bez przerwy, że nie można nikogo zabijać, to mi się rzygać chce.

***

Jeśli mowa o Daredevilu, to tam były lepsze walki. Niby Matt był szkolony przez mistrza wschodnich sztuk walki, ale w dużej mierze polegał na swojej sile i agresji, przez co choreografia nabierała ulicznego, brudnego posmaku. Tutaj, gdzie karykaturalne wręcz ciosy rodem z Domu latających sztyletów sprawdziłyby się fenomenalnie, gdzie można by zaszaleć z akrobacjami, turbokopniakami mamy co? Poszatkowane i posklejane w montażowni scenki, w których twórcy starają się przekonać widza, że Finn Jones umie w kung-fu.

Wraz z brakiem widowiskowych starć na dłonie i nogi, których wszyscy się spodziewali, przychodzi odarcie z mistycyzmu. Nie ma żadnych scen z Kunlun, gdzie Danny przebywał przez piętnaście lat. Wychodzi na to, że całe to jego szkolenie polegało w głównej mierze na wkładaniu mu do głowy, że Ręka jest zła, ponieważ nie widać po nim, by nauczony został czegoś innego. Jasne, niby umie walczyć, ale nie idzie za tym roztropność, samokontrola i panowanie nad emocjami, które związane są z kung-fu. Równie dobrze Danny mógłby przez piętnaście lat mieszkać na ulicy w Rio de Janeiro i tam nauczyć się bić.

***

Żal. Nie traćcie na to nawet czasu.

To uczucie, gdy w serialu o wojowniku kung-fu najbardziej prominenty i rozwinięty jest wątek uzależnionego od leków przeciwbólowych kierownika korporacji.

***

Trzy filmy o kung-fu, które lepiej obejrzeć zamiast Iron Fista:

  • Kung Fu Panda
  • Karate Kid
  • Ip Man

*Yellow-washing?

Jaskier

Kong: Skull Island to fabularyzowany paradokument potwierdzający teorię pustej Ziemi, zamieszkanej wewnątrz przez gigafaunę. Jest to kolejny film z serii takich hitów jak: Mega Shark, Mega Shark vs. Crocosaurus, Mega Shark vs. Giant OctopusMega Shark vs. Mecha Shark i wielu, wielu innych.
Nurt ten został zapoczątkowany przez francuskiego pisarza, niejakiego Julesa Gabriela Verne’a w jego powieści Podróż do wnętrza Ziemi.

Tym razem jednak z produkcją związane były o wiele większe pieniądze, a co za tym idzie – w obsadzie pojawiają się prawdziwi aktorzy, a efekty specjalne nie wyglądają jak robione na zaliczenie projektu z grafiki komputerowej w noc przed terminem wysłania plików do prowadzącego. W końcu Hollywood postanowiło spojrzeć prawdzie w oczy i pokazać światu, że tak naprawdę nie ma żadnego płynnego jądra, a wnętrze Ziemi zamieszkane jest przez nieznane ludzkości gatunki zwierząt.

Są takie produkcje, od których nie oczekujemy wiele więcej poza potężną dawką rozrywki i radochy z rozwałki dziejącej się na ekranie. Jeśli akcja jest spektakularna, to jesteśmy w stanie wybaczyć sztampową, przewidywalną fabułę a także postacie, które są najczęściej archetypowe i marginalizowane. Tego typu produkcji na pęczki jest w każdym koszu z przecenionymi tytułami direct to DVD dostarczonymi widzom głodnym wrażeń przez SyFy czy kogoś tego pokroju.
Odnoszę jednak wrażenie, że ostatnimi czasy wraca moda na wysokobudżetowe produkcje z wielkimi stworami. Niech no wymienię kilka tytułów z ostatnich lat – Pacific Rim, Jurassic World, Godzilla Garetha Edwardsa*, tegoroczne Power Rangers (mam nadzieję). No i Kong: Skull Island, który z wymienionych tutaj podobał mi się najbardziej. Środek ciężkości w tej produkcji położony jest tam, gdzie położony być powinien – na monstrualnych rozmiarów potworach, w starciu z którymi ludzie nie mają najmniejszych szans.

Przez ekran przewija się cała plejada stworów**, które między sobą mogą walczyć, ludziom natomiast pozostaje tylko ucieczka lub nędzne próby zakończone niechybną śmiercią. Co więcej – zdecydowana większość tych scen dzieje się w dzień. I nie pada. Widzimy Konga naparzającego z pięści te jaszczuro-węże, widzimy jak wielka kałamarnica próbuje go utopić, nic nie jest ukryte w mroku albo strugach deszczu. To był chyba mój największy problem z Pacific Rim – tam wszystko działo się w nocy w czasie ulewy. No i jest tego naprawdę dużo, widać, że twórcy chcieli i mogli zrobić film z potworami. Kong, nie licząc prologu, pojawia się zaraz po przybyciu ekspedycji ludzi na wyspę. Nie jest chowany przed widzami przez kilkadziesiąt minut, jak miało to miejsce w wersji Jacksona albo jak Godzilla w… Godzilli.
Ten element filmu, stanowiący jego filar, został zrobiony na piątkę z plusem. Myślę, że warto wybrać się do kina tylko po to, by zobaczyć ten spektakl przerysowanej brutalności. A właśnie – zapomniałbym – wszystkie starcia, włącznie ze strzelaniem do Konga i innych stworów z karabinów – to wygląda jak jakaś kreskówka. W tym sensie, że na przykład Kong bierze takie wielkie drzewo i rozbija je na drzazgi, uderzając nim o głowę potwora. A ten nic i dalej walczą. Albo żołnierze strzelają serią i widać, że ranią stwora, ale on nic sobie z tego nie robi i dalej szarżuje. To trochę wygląda tak, jakby czyjś syn bawił się figurkami dinozaurów i żołnierzykami, ktoś to zobaczył i stwierdził, że zrobi z tego wysokobudżetowy film.
Osobiście kupuję to w stu procentach, przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Taka przerysowana, niemalże karykaturalna estetyka jest cudowna, idealnie pasuje do tego filmu i w ogóle całego gatunku.

Napisałem, że postacie ludzkie są marginalizowane i to jest prawda. Stanowią one przede wszystkim połączenie dla widza – ludzie przybywają na wyspę ze świata nam znanego do zupełnie nowego ekosystemu, razem z nimi zachwycamy się i trwożymy podczas poznawania go. Każdy z bohaterów ma jakąś rolę do odegrania, nawet jeśli polegać ma ona na byciu pożartym przez jakiegoś potwora.
Wybija się Samuel L. Jackson. Po seansie napisałem na fanpejczu, że Kong wjechał jego bohaterowi na i tak już podminowaną ambicję. No i jebło.
Aktor gra tutaj bowiem dowódcę z Wietnamu, któremu przed powrotem do domu zostaje przydzielona misja eskortowania badaczy na wyspę. Powierzone mu zadanie traktuje bardzo poważnie i z pewnych – dość oczywistych – powodów ukatrupienie Konga staje się dla niego osobistym celem, który ma mu wynagrodzić porażkę USA w Wietnamie. Przez cały czas narasta w tej postaci obłęd. Nie potrafi odpuścić, dać za wygraną, a to staczanie się w objęcia manii i szaleństwa trąci trochę Jądrem ciemności albo, idąc tropem czasu i miejsca akcji, Czasem Apokalipsy.

Powyższe dwa, dosyć rozbudowane, fragmenty wiążą się z rzeczą, o jakiej chciałem wspomnieć. Nie ma tutaj żadnego holenderskiego żeglarza, który przekazuje komuś mapę wyspy. Nie – ludzie namierzają ją dzięki rozwojowi technologii, satelita robi zdjęcie i w ten sposób poznają jej położenie. Lecą na wyspę i zrzucają materiały wybuchowe, by badać podłoże skalne pod nią, krótki fragment z żołnierzami przywodzi z kolei na myśl jakiś Top Gun – jesteśmy silni, jesteśmy potężni – zdają się krzyczeć sceny na lotniskowcu, zmontowane do chwytliwej piosenki. Piosenka gra również podczas „badania” wyspy, wyszczerzone zęby pilota bojowego śmigłowca nasuwają na myśl jeden cytat – „Uwielbiam zapach napalmu o poranku”.
W tym kontekście, całej tej technologii, którą się tak pysznimy i z której jesteśmy dumni, słabość ludzi w starciu z którymkolwiek ze stworów daje do myślenia, czyż nie?

Na zakończenie jeszcze łyżka dziegciu w tej beczce miodu. Trzy ceny, które mi się nie podobały, które wybijały nieco z rytmu:

  • Śmierć naukowca:
    • W pewnym momencie bohaterowie zostają zaatakowani przez latające stwory i jedna z postaci zostaje przez nie porwana w powietrze i rozerwana na strzępy.
  • Szarża Toma Hiddlestona w slow motion:
    • Strasznie kiczowaty moment, gdy bohater brytyjskiego aktora biegnie z maską przeciwgazową i kataną, przedzierając się przez stado tych samych latających potworów, by uratować żołnierza.
  • Bohaterska śmierć, by opóźnić atak potwora:
    • Podczas ucieczki przed jaszczuro-wężem jeden z żołnierzy zostaje z tyłu, wyciąga granat i chce się poświęcić, by pozostali zyskali na czasie. Nic z tego jednak nie wychodzi, gdyż potwór jednym uderzeniem wyrzuca go daleko na jakieś skały i dopiero tam granat wybucha.

***

A teraz tak na sto procent poważnie – fabuła tego filmu jest pretekstowa, postacie może niezbyt skomplikowane, ale dzięki utalentowanym aktorom wyraziste i dające się lubić, natomiast to, co jest najważniejsze w tego typu filmach – widowiskowe starcia gigantycznych potworów – są złotem. Czego więcej nam potrzeba? :D

***

*Linki do moich tekstów dotyczących tych filmów:
Pacific Rim
Jurassic World
Godzilla

**Wszystkie zostały pokazane w zwiastunach. Liczyłem na to, że zostawili chociaż jednego na deser.

Jaskier

 

#blablabla

W żadnym wypadku nie należy tego wpisu postrzegać jako próby zrecenzowania któregokolwiek z wymienionych poniżej seriali – po pierwsze nie chce mi się pisać odpowiednio dużo na temat każdego z nich, a po drugie większość z nich zdążyła się już zakurzyć, więc recenzowanie ich nieco mija się z celem.
Nie żebym ja tutaj kiedykolwiek pisał jakieś poważne recenzje…

***

Luke Cage

Luke Cage to trzecia z postaci Marvela, która dostała swój własny serial na Netflixie. I… cóż – ma te same problemy, jakie miała Jessica Jones i drugi sezon Daredevila. :/

Pierwszy fragment serialu jest ekstra – kilka początkowych epizodów buduje odpowiednią atmosferę, wprowadzone są na scenę drugoplanowe postacie, które naprawdę da się lubić – detektyw Misty Knight, właściciel zakładu fryzjerskiego Pop, gangster Cottonmouth.
Wybija się zwłaszcza ten ostatni – twórcom udało się stworzyć kolejnego mafijnego bossa, który przyciąga uwagę, ma za sobą trudną przeszłość, nie lubimy go, bo jest zły, krzywdzi ludzi, ale rozumiemy, iż w pewnym sensie stał się on ofiarą środowiska, w którym przyszło mu dorastać. Jednocześnie nie jest to kopia Kingpina. Olbrzymia zasługa aktora, który odgrywa tę rolę – nagrodzonego w tym roku Oscarem za rolę w Moonlight Mahershala Aliego.

Również sceny akcji są ciekawe – w przeciwieństwie do Matta Murdocka – Luke Cage nie musi unikać kul, więc prze do przodu niczym taran, okręcając drzwi od auta wokół zbirów lub ogłuszając ich jednym potężnym ciosem. Ten aspekt serialu jest naprawdę satysfakcjonujący. Uwielbiam również te momenty, gdy bohater wpada do jakiejś dziupli, krzycząc, by bandziory oddały ukradzione mieszkańcom Harlemu fanty. To jest po prostu bezcenne.

Także ujawniana po kawałku przeszłość Luke’a jest w porządku. Wątek w więzieniu mocno trąci klimatem blaxploitation, ale to akurat bardzo pasuje do serialu, dobrze gra z poruszanymi problemami czarnoskórych mieszkańców Harlemu.

Co więc jest nie tak?
Serial jest przeciągnięty. Od pewnego momentu strasznie się dłuży i przeszkadza to jeszcze bardziej niż w Jessice Jones. Tam przynajmniej antagonista był przez cały sezon interesujący, tego Tennantowi nie można odmówić.. Tutaj Cottonmouth zostaje w pewnym momencie wymieniony na Diamondheada… albo Diamondbacka. Następuje totalny zwrot w klimacie serialu, zaczyna się istne szaleństwo, przeciwnik cytuje Biblię, ma superpancerz i superrękawice, które pozwalają mu się napierdalać na pięści z Cage’em. I takie superkule, które potrafią przebić jego skórę.
Wiadomo, że musieli wyjść z jakimś rodzajem kryptonitu, ale zrobiono to tak niezręcznie…

W dodatku przez cały sezon Luke ma ból dupy o to, że nie chce być bohaterem. Ból dupy rodem z Flasha. Chodzi i wszystkim mówi, że nie będzie bronił ludzi, że chce tylko żyć w spokoju. Wszyscy mu mówią, że powinien wykorzystywać swoje zdolności, że z wielką mocą i tak dalej, ale on wciąż powtarza swoją mantrę. To się naprawdę w pewnym momencie zrobiło nie do wytrzymania.

Jest też taki facet, który nosi okulary przeciwsłoneczne cały czas. W dzień, w nocy, na zewnątrz, w budynkach. Jest okropny. Grany na podobną nutę, co Captain Cold w Legends of Tomorrow, tylko że tam Wentworth Miller potrafił wzbudzić moją sympatię. Tutaj absolutnie nie ma mowy o czymś takim. Nawet nie pamiętam już, co się stało z tym typem.

Mam nadzieję, że Iron Fist wypadnie lepiej. Chociaż pierwsze recenzje tego nie zapowiadają. :(

***

Rick and Morty

Na Netflixie można obejrzeć pierwsze dwa sezony tej kreskówki (trzeci będzie dopiero miał premierę chyba jakoś w tym roku). Jest cudaczna, niepoprawna politycznie, przepełniona nawiązaniami do popkultury, wulgarna – uwielbiam ją.

Rick and Morty to mocno kwasowe science fiction o Ricku – dziadku-geniuszu, który zabiera swojego nieco przygłupiego wnuka – Morty’ego – na przygody dziejące się w całym Wszechświecie, a także w innych wymiarach.

Kreskówka wygląda dokładnie tak, jak na powyższej grafice – bardzo schludnie. Nie dajcie się jednak zwieść i trzymajcie dzieci z dala od niej – to serial przeznaczony wyłącznie dla dorosłych. Pod przykrywką szalonych przygód w kosmosie animacja porusza najróżniejsze tematy – społeczeństwa, odpowiedzialności za własne czyny, granic wolności jednostki, moralności, seksualności. Z tym, że robi to w bardzo specyficzny sposób – nikt tu się w tańcu nie pierdoli.

W każdym epizodzie równocześnie toczą się dwie historie. Przeważnie jedna dotyczy przygody tytułowych bohaterów, a druga dzieje się w ich domu, gdzie pozostali członkowie rodziny muszą zmierzyć się z jakimś typowym problemem wynikającym z trudności w ich wzajemnych relacjach.

Jednocześnie serial jest naprawdę zabawny. Jeśli ktoś lubi czarny humor i ceni inteligentne nawiązania do popkultury, to jest to pozycja obowiązkowa. Warto spróbować chociaż jeden odcinek. ;)

***

Wikingowie

Świat Wikingami jarał się już kilka lat temu, ja pierwsze odcinki obejrzałem dopiero w zeszłym roku, ale to Netflix dał mi teraz możliwość wciągnięcia się w ten serial dzięki łatwemu dostępowi do wersji z napisami. Na chwilę obecną jestem jakoś pod koniec drugiego sezonu, po egzekucji jarla Borga. Myślę, że powolutku sobie będę oglądał dalej.

Dla mnie to taka lepsza Gra o tron – brudny i brutalny świat, w którym jednak jest miejsce na bohatera, w przeciwieństwie do serialu HBO. Ja wolę fabułę, w której mogę śledzić losy konkretnej postaci bądź grupy i Wikingowie właśnie to mi dają, nic nie zabierając z konstrukcji świata.

Bardzo cenię rozmach realizatorski – kostiumy, charakteryzacja, tony ekwipunku oraz przedmiotów codziennego użytku, plenery, wnętrza, statki i konie – mają rozmach, skurwisyny. Ilość strać, potyczek, a nawet – nie bójmy się słów – bitew jest niesamowita. Nie spodziewałem się po serialu tak wielu scen batalistycznych. Jasne, w większości są to po prostu ludzie walczący w zwarciu, okładający się mieczami i toporami, niby nic nadzwyczajnego, aczkolwiek i tak robi wrażenie. Zwłaszcza w porównaniu z Grą o tron, gdzie w pierwszym sezonie wycięto całą bitwę.

Bardzo podoba mi się również dbanie o historyczną poprawność. Idea jarlów, sposób prowadzenia życia oraz walki, tradycje, wierzenia i zwyczaje – to wszystko mocno trzyma się kupy i zbieżne jest z informacjami, jakie można odnaleźć w literaturze.

***

Seria Niefortunnych Zdarzeń

Na temat tego serialu dużo nie będzie, gdyż widziałem tylko trzy odcinki.

Neil Patrick Harris zdaje egzamin jako diaboliczny Hrabia Olaf.

Serial dobrze oddaje dziwaczność świata przedstawionego w powieściach. Tak się składa, że przeczytałem kiedyś prawie wszystkie tomy (poza finałowym Końcem końców) i mimo iż było to naprawdę dawno, nie pamiętam już żadnych szczegółów z większości z nich, to jednak klimat absurdu został tutaj dobrze oddany. Wszystko wygląda tak, jak w jakiejś książce dla dzieci – otoczenie jest albo przesadnie kolorowe, albo szare, w dwuwyrazowych nazwach pierwsze litery przeważnie są takie same – no ma to wygląd bajki, ale sytuacja nie jest bajkowa. Dzieci stają się ofiarą nie tyle Hrabiego Olafa, co durnego systemu prawnego i głupoty urzędników, a w zasadzie wszystkich dorosłych, jakich napotykają na swojej drodze.

Serial jednak robi jedną rzecz źle – już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że jest jakaś intryga, a rodzice „sierot” żyją. Trochę za szybko.

Może się zbiorę kiedyś do obejrzenia pozostałych odcinków, wówczas napiszę coś więcej.

***

Riverdale

Riverdale to adaptacja komiksów z Archie Comics. Archetypowe postacie nastolatków ze szkoły w jakimś amerykańskim Wygwizdowie co tydzień na małym ekranie.

Serial to cudowna teen drama z wątkiem kryminalnym w tle.
Małym miasteczkiem wstrząsa zaginięcie kapitana szkolnej drużyny, co rusz wychodzą na jaw nowe fakty, rodzice i policja próbują ustalić prawdę, na pierwszym planie jest jednak codzienne życie nastolatków – pierwsze miłości, szkolne bale, trudne decyzje związane z dorastaniem – zupełnie jak HSM, tylko że zrobione dobrze. Ba! perfekcyjnie!

Głównym bohaterem jest Archie Andrews, obok niego przewija się cała masa interesujących i dobrze zagranych postaci. Mimo iż większość z nich realizuje powierzoną przez twórców rolę szkolnych archetypów, to jednak styl i klasa, z jaką młodzi aktorzy podchodzą do tego zadania, zasługuje na wszystkie Teen Choice Awards tego świata.

Nigdy nie podejrzewałem, że szkolne perypetie grupki amerykańskich nastolatków sprawią, że będę co tydzień czekał na nowy epizod.

Co tu dużo gadać – Riverdale trzeba zobaczyć. Myślę, że po zakończeniu sezonu pojawi się tutaj jakiś wpis na temat tego serialu – w Stanach emitowany jest na kanale The CW, Netflix dystrybuuje go na kraje Trzeciego Świata, w tym Polskę, dlatego też trzeba czekać na kolejne odcinki.

***

 

Co Wy polecacie z Netflixowego menu*?

*Poza Narcos, bo Narcos polecali mi już wszyscy.

Jaskier

Logan wyskoczył w tym roku niczym Filip z konopi. Film, na który nawet studio długo kładło laskę, zwlekając ze startem kampanii marketingowej, a nawet ujawnieniem tytułu (sic!), film, po którym nikt nie spodziewał się sukcesu, zgarnął fenomenalne noty od recenzentów i został pozytywnie przyjęty przez widzów*.
Cóż, doczekaliśmy się i Hugh Jackman się przede wszystkim doczekał – Logan to wreszcie porządny film o pazurzastym mutancie.

***

Wbrew temu, co sugerowały zwiastuny i pierwsze przecieki, akcja filmu wcale nie rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie – o ile nie jesteś mutantem, ponieważ ci zostali niemalże do nogi wytępieni. Ludzkość została „wyleczona” z mutacji. Potęga umysłu człowieka oraz postęp technologiczny w zakresie genetyki dokonały tego, czego wielkie fioletowo-różowe roboty dokonać nie mogły – nie rodzą się nowi mutanci, a ci, którzy jeszcze pozostali przy życiu, ukrywają się, wiodąc życie wyrzutków i starając się jakoś wiązać koniec z końcem.
Główny bohater – Wolverine – zarabia jako kierowca, wynajmując się do wożenia VIP-ów. Kasę odkłada na to, by umożliwić sobie i staremu przyjacielowi – Charlesowi Xavierowi – ucieczkę z nieprzyjaznego mutantom środowiska. Jako że starzec cierpi demencję i zdarza się mu stracić kontrolę nad sobą, to w zasadzie jest tykającą bombą – tym bardziej muszą się ukrywać i kiedyś wreszcie uciec.

Potem jest jak w westernie – są ci Dobrzy, poszkodowani przez los, potrzebujący pomocy, obrony, uciekający przed tymi Złymi. Logan, będąc już zgorzkniałym i nieco zardzewiałym bohaterem, początkowo odmawia udzielenia pomocy, pamiętając, jak skończyli wszyscy, na których mu niegdyś zależało. Jest tani alkohol w dużych ilościach, pieniądze zainwestowane w nielegalne badania i eksperymenty, okrutna korporacja, cwaniaczek jako antagonista i zbiegi okoliczności sprawiające, że jednak Wolverine wysuwa raz jeszcze swoje szpony, stając się tym ostatnim sprawiedliwym, który po wszystkim odmówi przyjęcia zaoferowanej mu garści koperty dolarów.
I takie ustawienie historii, odejście od typowego superhero z wielkim robotem czy czymś takim w finałowej walce, działa na korzyść filmu.

Pojawienie się w życiu ukrywających się mutantów dziewczynki, wywraca je do góry nogami. Jako że Profesor X nalega, Logan postanawia jeszcze raz pozgrywać bohatera, chociaż można odnieść wrażenie, że decyzję tę podejmuje przede wszystkim dlatego, by mieć spokój.
Rozpoczyna się podróż i to nie tylko taka dosłowna, przez kolejne miejscowości, ciągnącymi się kilometrami autostradami. Równocześnie trwa wędrówka głównego bohatera, który na nowo uczy się, jak to jest stawać po stronie słabszych, pomagać innym, dbać o kogoś, pełnić rolę mentora a nawet… ojca.
Tak właśnie – Laura, X-23, dziewczynka, która trafia pod opiekę Wolverine’a – niezwykle go przypomina. Nie tylko pod względem mutacji. Jej dzikość, brak okrzesania i trudności z komunikowaniem się przywodzą na myśl Logana właśnie. On też długo traktowany był jak zwierzę, w efekcie czego został wyprany z ludzkich uczuć, stał się podążającą za instynktami morderczą bestią, żywą bronią. Przeraża go świadomość obcowania z młodszą wersją samego siebie. Relacja tych dwóch postaci, to, jak ze sobą grają i mniej lub bardziej współpracują, w gruncie rzeczy robi ten film.

Do Hugh Jakcmana zdążyliśmy się już dawno przyzwyczaić – od premiery X-Men minęło już prawie siedemnaście lat, w tym czasie zagrał Wolverine’a osiem razy. Logan to godne pożegnanie z rolą, która niegdyś otworzyła mu drzwi do kariery. Tym bardziej szkoda, że poprzednie dwa filmy były tak gówniane. :/
Dafne Keen, wcielająca się w postać Laury, wypada niesamowicie. Niemalże nie ma linii dialogowych, więc przez większość filmu gra za pomocą mimiki i gestów, co jest trudne, nawet dla dorosłych aktorów, a ona tutaj, niemalże debiutantka** podołała temu wyzwaniu. Oddaje dzikość swojej postaci, zachowuje się trochę jak zwierzę – drapie, ale może też zaskomleć ze smutku lub bólu.

Oglądając film, można się przekonać, że kategoria R nie była na wyrost, nie podjęto decyzji o niej na podstawie sukcesu Deadpoola. Nadanie tej kategorii wiekowej pozwoliło (hehe) pokazać pazur (hehe). Jest krew, są fucki, więcej krwi, wbijanie szponów w czaszki, ucinanie kończyn, dekapitacje – wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. Strasznie tego brakowało w poprzednich produkcjach z tym bohaterem. Tutaj w końcu może poszlachtować całe dziesiątki najemników. Ku uciesze spragnionych tego widoku fanów, rzecz jasna.

W tej beczce miodu jest jednak i łyżka dziegciu, niektóre rzeczy wybijają z rytmu. Przykładem niech będzie sytuacja, gdy Wolverine dowiaduje się o przeszłości Laury, oglądając film nakręcony potajemnie w placówce, w której przeprowadzano eksperymenty. Filmik ten pod względem technicznym przypomina raczej reportaż we wiadomościach niż sytuacje nagrywane telefonem jako dowód w sprawie.
Kwestia losu mutantów jest również nieco niejasna, mam wrażenie, że można było powiedzieć o tym troszkę więcej. Nieco dziwne jest również to, że istnieją w tym świecie komiksy o X-Men. Było to widać już na zwiastunie.
Nie bardzo też wiadomo, dlaczego Laura będzie bezpieczna na północy, dokąd przez cały film podróżują. No bo dowiadujemy się, że cała sprawa „Raju” dla mutantów to mrzonka, a mimo to okazuje się, że jest tam ktoś, kto udzieli azylu.
Trochę to jest takie zawieszone w próżni, aczkolwiek w trakcie samego seansu nie myśli się o tym zbytnio. Jak już wspomniałem – relacja Laury i Logana gra, więc skoro najważniejsza część filmu wypada dobrze, to angażuje ona widza na tyle, że nie zastanawia się on nad wymienionymi wyżej szkopułami.

***

Logan to bardzo dobry film o X-Men. Solowe filmy z Wolverine’em były naprawdę nędzne, w ubiegłym roku Apocalypse okazał się być kaszaną, Ostatni bastion również szału nie robił, ale pozostałe, mimo iż każdy z nich miał mniejsze bądź większe bolączki, dawały masę frajdy. Tegoroczna produkcja dokłada cegiełkę do „tych lepszych tytułów”.
Sukces Logana – jego pozytywne przyjęcie, niesamowicie wysokie oceny – pozwala mieć nadzieję na to, że studio zrozumiało pewne rzeczy i zamiast rozbuchanych, przeładowanych postaciami „wielkich hitów” z ziewającą ze znudzenia Jennifer Lawrence, będzie robiło filmy nieco bardziej kameralne, nastawione na opowiedzenie konkretnej historii, odcinające się od sztampowego superhero. Nie chodzi mi o to, żeby takich filmów nie robić wcale – jeśli Brian Singer koniecznie czuje potrzebę nakręcenie Dark Phoenix Saga, to niech kręci. Po prostu niech obok tego powstają inne filmy z mutantami – zapowiedziane X-Force w stylu filmów akcji z lat ’80, New Mutants jako teen drama.
Miejmy nadzieję, że dorównają poziomem Loganowi.

***

*Obecnie 92% na RT przy 266 recenzjach, 94% od widzów.

**Wcześniej grała tylko w jakimś serialu science-fiction o podróżach w czasie.

Jaskier

Z seansem filmu LEGO Batman wstrzymywałem się trzy tygodnie, żeby mieć możliwość obejrzenia go z oryginalnym dubbingiem, licząc na to, że taka wersja wciąż będzie emitowana w kinach na przełomie lutego i marca. Poszczęściło mi się – w Krakowie była*. Co prawda w jednym kinie, jeden seans dziennie, ale udało się obejrzeć, o czym meldowałem na fanpejczu.
Dystrybutor produkcji mocno u mnie zaplusował tym, że w ogóle udostępnił widzom taką wersję, w kwestiach animacji niestety przeważnie jesteśmy pozbawieni wyboru. Fajnie też, że Cinema City trzymało taką raczej niszową wersję przez cztery tygodnie. Mam nadzieję, że frekwencja dopisała i ludzie odpowiedzialni za decyzje będą od teraz wciskać choć jeden seans animacji z napisami w dzienny grafik kin.

Wiedząc, że The LEGO Movie wypaliło, spodziewałem się, że i solowy film Batmana nie okaże się porażką. Z tony materiałów promujących widziałem tylko kilka zwiastunów i jakimś cudem prezentowane w nich żarty nie były suche ani drętwe, więc to też pozwalało mieć wysokie nadzieje i oczekiwania wobec produkcji. Końcowy efekt przerósł jednak moje przewidywania – LEGO Batman to nie tylko najlepszy film o Mrocznym Rycerzu od czasów – nomen omen – Mrocznego Rycerza, nie tylko jest lepszy od LEGO PRZYGODY – to po prostu i aż animacja tak dobrze przemyślana, zaplanowana i zrobiona, że ciężko dopatrzeć się w niej jakichkolwiek minusów.

Film jest w głównej mierze o tym, jak niesamowity, spektakularny i niezwyciężony jest Batman. Kopie tyłki całym zastępom wrogów, mieszkańcy Gotham City uwielbiają go, ma doskonale wyćwiczone ciało i przewidujący wszystko, analityczny umysł. Ma tylko jedną wadę – boi się współpracować: nie gra w drużynie, działa sam, lęka się nawiązania więzi, wypiera uczucia. Na tym właśnie – na lekcji, którą musi odbyć główny bohater – oparta jest fabuła. Musi nauczyć się, że bliscy stanowić będą dla niego wsparcie, że nie musi cały czas mieć na sobie maski ponurego twardziela, który ze wszystkim radzi sobie sam, że strach przed ponowną stratą rodziny nie może nim rządzić.
Tak, to brzmi banalnie i w gruncie rzeczy takie jest, ale tutaj wykonano to naprawdę perfekcyjnie. I w dodatku tak dobrze pasuje to do postaci/konceptu Batmana. Paradoksalnie, w animowanych, plastikowych minifigurkach ujęto o wiele więcej emocji i prawdziwie ludzkich uczuć, niż w jakimkolwiek aktorskim filmie z tego uniwersum nakręconym w tym tysiącleciu.

Wielka w tym zasługa ludzi, którzy tchnęli życie w postacie – najmocniej wybija się tutaj Will Arnett (tak, tak – ten sam Will Arnett, który nieudolnie podbijał do Megan Fox w TMNT), powtarzający rolę Człowieka Nietoperza po LEGO PRZYGODA. Jest fenomenalny jako Batman i jako Bruce Wayne, mam nadzieję, że również do nie-LEGO-wych animacji zostanie zaangażowany.
Pozostałym również ciężko cokolwiek zarzucić, każda z postaci jest charakterystyczna, każda ma swoje momenty. Po prostu ciężko mi nie wyróżnić pracy Arnetta.

Żartów jest cała masa i są naprawdę przednie – od takich wynikających z natury klocków LEGO, przez nawiązania do innych produkcji z Batmanem (tak mocne kopanie tyłków, że aż pojawiają się onomatopeje niczym w serialu z Adamem Westem rządzi), wyśmiewanie głupkowatych konceptów z komiksów, dowcipy językowe dla dorosłych („Dzieci są okrutne.”), nawiązania, smaczki i mrugnięcia okiem do osób lepiej zaznajomionych z marką – shark repellent, Billy Dee Williams jako Two-Face – to wszystko jest tak niesamowite, że banan nie schodzi z twarzy przez większość czasu trwania filmu.
Wyjątkami są momenty, gdy uderza się w smutne tony, ale to pozwala nabrać oddechu do dalszego śmiania się i po prostu pasuje, nie jest w żaden sposób wymuszone. Przejścia między nastrojami są płynne i naturalnie wynikające z fabuły.

Film wygląda FE-NO-ME-NAL-NIE!
Może to tylko ja i moje klockowe zboczenie, ale uwielbiam to, z jakim pietyzmem przeniesiono na ekran poszczególne części. Naprawdę wygląda to, jak animacja poklatkowa, „czuć” pojedyncze elementy. Dla kogoś zafiksowanego na punkcie klocków LEGO oglądanie tego filmu to uczta dla oka i duszy.

Na koniec jeszcze kwestia tego, czy LEGO Batman nie jest czasem chamską próbą reklamowania zabawek.
No i nie, nie jest. Dzięki temu, że przy tworzeniu filmu współpracowano z TLG, powstała cała masa zestawów. Możecie je obejrzeć TUTAJ. Pierdyliard pojazdów, inne serie na licencji filmów mogą pozazdrościć takiej liczby setów. Jak jednak można się przekonać, oglądając film, większość z nich pojawia się w nim jedynie na krótką chwilę, ciężar fabuły spoczywa na czymś zupełnie innym.
Co do samych zestawów – są rewelacyjne. Co prawda, większość niestety zupełnie nie trzyma skali, co wynika wprost ze stylistyki filmu, ale projekty są naprawdę świetne. Moim faworytem jest monster truck Killer Croca, niech się tylko trafi jakaś promocja, to wpadnie w moje ręce. Recenzję zestawu możecie przeczytać na blogu 8studs – KLIK.

***

Jednym słowem – polecam. Kto nie był, ten wynocha do kina, póki jeszcze grają. Tak dobrego filmu o Batmanie długo jeszcze nie zobaczymy.

***

*CC w Galerii Kazimierz. Według repertuaru wciąż regularnie grają o 16:30.

Jaskier