Feeds:
Posty
Komentarze

Kong: Skull Island to fabularyzowany paradokument potwierdzający teorię pustej Ziemi, zamieszkanej wewnątrz przez gigafaunę. Jest to kolejny film z serii takich hitów jak: Mega Shark, Mega Shark vs. Crocosaurus, Mega Shark vs. Giant OctopusMega Shark vs. Mecha Shark i wielu, wielu innych.
Nurt ten został zapoczątkowany przez francuskiego pisarza, niejakiego Julesa Gabriela Verne’a w jego powieści Podróż do wnętrza Ziemi.

Tym razem jednak z produkcją związane były o wiele większe pieniądze, a co za tym idzie – w obsadzie pojawiają się prawdziwi aktorzy, a efekty specjalne nie wyglądają jak robione na zaliczenie projektu z grafiki komputerowej w noc przed terminem wysłania plików do prowadzącego. W końcu Hollywood postanowiło spojrzeć prawdzie w oczy i pokazać światu, że tak naprawdę nie ma żadnego płynnego jądra, a wnętrze Ziemi zamieszkane jest przez nieznane ludzkości gatunki zwierząt.

Są takie produkcje, od których nie oczekujemy wiele więcej poza potężną dawką rozrywki i radochy z rozwałki dziejącej się na ekranie. Jeśli akcja jest spektakularna, to jesteśmy w stanie wybaczyć sztampową, przewidywalną fabułę a także postacie, które są najczęściej archetypowe i marginalizowane. Tego typu produkcji na pęczki jest w każdym koszu z przecenionymi tytułami direct to DVD dostarczonymi widzom głodnym wrażeń przez SyFy czy kogoś tego pokroju.
Odnoszę jednak wrażenie, że ostatnimi czasy wraca moda na wysokobudżetowe produkcje z wielkimi stworami. Niech no wymienię kilka tytułów z ostatnich lat – Pacific Rim, Jurassic World, Godzilla Garetha Edwardsa*, tegoroczne Power Rangers (mam nadzieję). No i Kong: Skull Island, który z wymienionych tutaj podobał mi się najbardziej. Środek ciężkości w tej produkcji położony jest tam, gdzie położony być powinien – na monstrualnych rozmiarów potworach, w starciu z którymi ludzie nie mają najmniejszych szans.

Przez ekran przewija się cała plejada stworów**, które między sobą mogą walczyć, ludziom natomiast pozostaje tylko ucieczka lub nędzne próby zakończone niechybną śmiercią. Co więcej – zdecydowana większość tych scen dzieje się w dzień. I nie pada. Widzimy Konga naparzającego z pięści te jaszczuro-węże, widzimy jak wielka kałamarnica próbuje go utopić, nic nie jest ukryte w mroku albo strugach deszczu. To był chyba mój największy problem z Pacific Rim – tam wszystko działo się w nocy w czasie ulewy. No i jest tego naprawdę dużo, widać, że twórcy chcieli i mogli zrobić film z potworami. Kong, nie licząc prologu, pojawia się zaraz po przybyciu ekspedycji ludzi na wyspę. Nie jest chowany przed widzami przez kilkadziesiąt minut, jak miało to miejsce w wersji Jacksona albo jak Godzilla w… Godzilli.
Ten element filmu, stanowiący jego filar, został zrobiony na piątkę z plusem. Myślę, że warto wybrać się do kina tylko po to, by zobaczyć ten spektakl przerysowanej brutalności. A właśnie – zapomniałbym – wszystkie starcia, włącznie ze strzelaniem do Konga i innych stworów z karabinów – to wygląda jak jakaś kreskówka. W tym sensie, że na przykład Kong bierze takie wielkie drzewo i rozbija je na drzazgi, uderzając nim o głowę potwora. A ten nic i dalej walczą. Albo żołnierze strzelają serią i widać, że ranią stwora, ale on nic sobie z tego nie robi i dalej szarżuje. To trochę wygląda tak, jakby czyjś syn bawił się figurkami dinozaurów i żołnierzykami, ktoś to zobaczył i stwierdził, że zrobi z tego wysokobudżetowy film.
Osobiście kupuję to w stu procentach, przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Taka przerysowana, niemalże karykaturalna estetyka jest cudowna, idealnie pasuje do tego filmu i w ogóle całego gatunku.

Napisałem, że postacie ludzkie są marginalizowane i to jest prawda. Stanowią one przede wszystkim połączenie dla widza – ludzie przybywają na wyspę ze świata nam znanego do zupełnie nowego ekosystemu, razem z nimi zachwycamy się i trwożymy podczas poznawania go. Każdy z bohaterów ma jakąś rolę do odegrania, nawet jeśli polegać ma ona na byciu pożartym przez jakiegoś potwora.
Wybija się Samuel L. Jackson. Po seansie napisałem na fanpejczu, że Kong wjechał jego bohaterowi na i tak już podminowaną ambicję. No i jebło.
Aktor gra tutaj bowiem dowódcę z Wietnamu, któremu przed powrotem do domu zostaje przydzielona misja eskortowania badaczy na wyspę. Powierzone mu zadanie traktuje bardzo poważnie i z pewnych – dość oczywistych – powodów ukatrupienie Konga staje się dla niego osobistym celem, który ma mu wynagrodzić porażkę USA w Wietnamie. Przez cały czas narasta w tej postaci obłęd. Nie potrafi odpuścić, dać za wygraną, a to staczanie się w objęcia manii i szaleństwa trąci trochę Jądrem ciemności albo, idąc tropem czasu i miejsca akcji, Czasem Apokalipsy.

Powyższe dwa, dosyć rozbudowane, fragmenty wiążą się z rzeczą, o jakiej chciałem wspomnieć. Nie ma tutaj żadnego holenderskiego żeglarza, który przekazuje komuś mapę wyspy. Nie – ludzie namierzają ją dzięki rozwojowi technologii, satelita robi zdjęcie i w ten sposób poznają jej położenie. Lecą na wyspę i zrzucają materiały wybuchowe, by badać podłoże skalne pod nią, krótki fragment z żołnierzami przywodzi z kolei na myśl jakiś Top Gun – jesteśmy silni, jesteśmy potężni – zdają się krzyczeć sceny na lotniskowcu, zmontowane do chwytliwej piosenki. Piosenka gra również podczas „badania” wyspy, wyszczerzone zęby pilota bojowego śmigłowca nasuwają na myśl jeden cytat – „Uwielbiam zapach napalmu o poranku”.
W tym kontekście, całej tej technologii, którą się tak pysznimy i z której jesteśmy dumni, słabość ludzi w starciu z którymkolwiek ze stworów daje do myślenia, czyż nie?

Na zakończenie jeszcze łyżka dziegciu w tej beczce miodu. Trzy ceny, które mi się nie podobały, które wybijały nieco z rytmu:

  • Śmierć naukowca:
    • W pewnym momencie bohaterowie zostają zaatakowani przez latające stwory i jedna z postaci zostaje przez nie porwana w powietrze i rozerwana na strzępy.
  • Szarża Toma Hiddlestona w slow motion:
    • Strasznie kiczowaty moment, gdy bohater brytyjskiego aktora biegnie z maską przeciwgazową i kataną, przedzierając się przez stado tych samych latających potworów, by uratować żołnierza.
  • Bohaterska śmierć, by opóźnić atak potwora:
    • Podczas ucieczki przed jaszczuro-wężem jeden z żołnierzy zostaje z tyłu, wyciąga granat i chce się poświęcić, by pozostali zyskali na czasie. Nic z tego jednak nie wychodzi, gdyż potwór jednym uderzeniem wyrzuca go daleko na jakieś skały i dopiero tam granat wybucha.

***

A teraz tak na sto procent poważnie – fabuła tego filmu jest pretekstowa, postacie może niezbyt skomplikowane, ale dzięki utalentowanym aktorom wyraziste i dające się lubić, natomiast to, co jest najważniejsze w tego typu filmach – widowiskowe starcia gigantycznych potworów – są złotem. Czego więcej nam potrzeba? :D

***

*Linki do moich tekstów dotyczących tych filmów:
Pacific Rim
Jurassic World
Godzilla

**Wszystkie zostały pokazane w zwiastunach. Liczyłem na to, że zostawili chociaż jednego na deser.

Jaskier

#blablabla

W żadnym wypadku nie należy tego wpisu postrzegać jako próby zrecenzowania któregokolwiek z wymienionych poniżej seriali – po pierwsze nie chce mi się pisać odpowiednio dużo na temat każdego z nich, a po drugie większość z nich zdążyła się już zakurzyć, więc recenzowanie ich nieco mija się z celem.
Nie żebym ja tutaj kiedykolwiek pisał jakieś poważne recenzje…

***

Luke Cage

Luke Cage to trzecia z postaci Marvela, która dostała swój własny serial na Netflixie. I… cóż – ma te same problemy, jakie miała Jessica Jones i drugi sezon Daredevila. :/

Pierwszy fragment serialu jest ekstra – kilka początkowych epizodów buduje odpowiednią atmosferę, wprowadzone są na scenę drugoplanowe postacie, które naprawdę da się lubić – detektyw Misty Knight, właściciel zakładu fryzjerskiego Pop, gangster Cottonmouth.
Wybija się zwłaszcza ten ostatni – twórcom udało się stworzyć kolejnego mafijnego bossa, który przyciąga uwagę, ma za sobą trudną przeszłość, nie lubimy go, bo jest zły, krzywdzi ludzi, ale rozumiemy, iż w pewnym sensie stał się on ofiarą środowiska, w którym przyszło mu dorastać. Jednocześnie nie jest to kopia Kingpina. Olbrzymia zasługa aktora, który odgrywa tę rolę – nagrodzonego w tym roku Oscarem za rolę w Moonlight Mahershala Aliego.

Również sceny akcji są ciekawe – w przeciwieństwie do Matta Murdocka – Luke Cage nie musi unikać kul, więc prze do przodu niczym taran, okręcając drzwi od auta wokół zbirów lub ogłuszając ich jednym potężnym ciosem. Ten aspekt serialu jest naprawdę satysfakcjonujący. Uwielbiam również te momenty, gdy bohater wpada do jakiejś dziupli, krzycząc, by bandziory oddały ukradzione mieszkańcom Harlemu fanty. To jest po prostu bezcenne.

Także ujawniana po kawałku przeszłość Luke’a jest w porządku. Wątek w więzieniu mocno trąci klimatem blaxploitation, ale to akurat bardzo pasuje do serialu, dobrze gra z poruszanymi problemami czarnoskórych mieszkańców Harlemu.

Co więc jest nie tak?
Serial jest przeciągnięty. Od pewnego momentu strasznie się dłuży i przeszkadza to jeszcze bardziej niż w Jessice Jones. Tam przynajmniej antagonista był przez cały sezon interesujący, tego Tennantowi nie można odmówić.. Tutaj Cottonmouth zostaje w pewnym momencie wymieniony na Diamondheada… albo Diamondbacka. Następuje totalny zwrot w klimacie serialu, zaczyna się istne szaleństwo, przeciwnik cytuje Biblię, ma superpancerz i superrękawice, które pozwalają mu się napierdalać na pięści z Cage’em. I takie superkule, które potrafią przebić jego skórę.
Wiadomo, że musieli wyjść z jakimś rodzajem kryptonitu, ale zrobiono to tak niezręcznie…

W dodatku przez cały sezon Luke ma ból dupy o to, że nie chce być bohaterem. Ból dupy rodem z Flasha. Chodzi i wszystkim mówi, że nie będzie bronił ludzi, że chce tylko żyć w spokoju. Wszyscy mu mówią, że powinien wykorzystywać swoje zdolności, że z wielką mocą i tak dalej, ale on wciąż powtarza swoją mantrę. To się naprawdę w pewnym momencie zrobiło nie do wytrzymania.

Jest też taki facet, który nosi okulary przeciwsłoneczne cały czas. W dzień, w nocy, na zewnątrz, w budynkach. Jest okropny. Grany na podobną nutę, co Captain Cold w Legends of Tomorrow, tylko że tam Wentworth Miller potrafił wzbudzić moją sympatię. Tutaj absolutnie nie ma mowy o czymś takim. Nawet nie pamiętam już, co się stało z tym typem.

Mam nadzieję, że Iron Fist wypadnie lepiej. Chociaż pierwsze recenzje tego nie zapowiadają. :(

***

Rick and Morty

Na Netflixie można obejrzeć pierwsze dwa sezony tej kreskówki (trzeci będzie dopiero miał premierę chyba jakoś w tym roku). Jest cudaczna, niepoprawna politycznie, przepełniona nawiązaniami do popkultury, wulgarna – uwielbiam ją.

Rick and Morty to mocno kwasowe science fiction o Ricku – dziadku-geniuszu, który zabiera swojego nieco przygłupiego wnuka – Morty’ego – na przygody dziejące się w całym Wszechświecie, a także w innych wymiarach.

Kreskówka wygląda dokładnie tak, jak na powyższej grafice – bardzo schludnie. Nie dajcie się jednak zwieść i trzymajcie dzieci z dala od niej – to serial przeznaczony wyłącznie dla dorosłych. Pod przykrywką szalonych przygód w kosmosie animacja porusza najróżniejsze tematy – społeczeństwa, odpowiedzialności za własne czyny, granic wolności jednostki, moralności, seksualności. Z tym, że robi to w bardzo specyficzny sposób – nikt tu się w tańcu nie pierdoli.

W każdym epizodzie równocześnie toczą się dwie historie. Przeważnie jedna dotyczy przygody tytułowych bohaterów, a druga dzieje się w ich domu, gdzie pozostali członkowie rodziny muszą zmierzyć się z jakimś typowym problemem wynikającym z trudności w ich wzajemnych relacjach.

Jednocześnie serial jest naprawdę zabawny. Jeśli ktoś lubi czarny humor i ceni inteligentne nawiązania do popkultury, to jest to pozycja obowiązkowa. Warto spróbować chociaż jeden odcinek. ;)

***

Wikingowie

Świat Wikingami jarał się już kilka lat temu, ja pierwsze odcinki obejrzałem dopiero w zeszłym roku, ale to Netflix dał mi teraz możliwość wciągnięcia się w ten serial dzięki łatwemu dostępowi do wersji z napisami. Na chwilę obecną jestem jakoś pod koniec drugiego sezonu, po egzekucji jarla Borga. Myślę, że powolutku sobie będę oglądał dalej.

Dla mnie to taka lepsza Gra o tron – brudny i brutalny świat, w którym jednak jest miejsce na bohatera, w przeciwieństwie do serialu HBO. Ja wolę fabułę, w której mogę śledzić losy konkretnej postaci bądź grupy i Wikingowie właśnie to mi dają, nic nie zabierając z konstrukcji świata.

Bardzo cenię rozmach realizatorski – kostiumy, charakteryzacja, tony ekwipunku oraz przedmiotów codziennego użytku, plenery, wnętrza, statki i konie – mają rozmach, skurwisyny. Ilość strać, potyczek, a nawet – nie bójmy się słów – bitew jest niesamowita. Nie spodziewałem się po serialu tak wielu scen batalistycznych. Jasne, w większości są to po prostu ludzie walczący w zwarciu, okładający się mieczami i toporami, niby nic nadzwyczajnego, aczkolwiek i tak robi wrażenie. Zwłaszcza w porównaniu z Grą o tron, gdzie w pierwszym sezonie wycięto całą bitwę.

Bardzo podoba mi się również dbanie o historyczną poprawność. Idea jarlów, sposób prowadzenia życia oraz walki, tradycje, wierzenia i zwyczaje – to wszystko mocno trzyma się kupy i zbieżne jest z informacjami, jakie można odnaleźć w literaturze.

***

Seria Niefortunnych Zdarzeń

Na temat tego serialu dużo nie będzie, gdyż widziałem tylko trzy odcinki.

Neil Patrick Harris zdaje egzamin jako diaboliczny Hrabia Olaf.

Serial dobrze oddaje dziwaczność świata przedstawionego w powieściach. Tak się składa, że przeczytałem kiedyś prawie wszystkie tomy (poza finałowym Końcem końców) i mimo iż było to naprawdę dawno, nie pamiętam już żadnych szczegółów z większości z nich, to jednak klimat absurdu został tutaj dobrze oddany. Wszystko wygląda tak, jak w jakiejś książce dla dzieci – otoczenie jest albo przesadnie kolorowe, albo szare, w dwuwyrazowych nazwach pierwsze litery przeważnie są takie same – no ma to wygląd bajki, ale sytuacja nie jest bajkowa. Dzieci stają się ofiarą nie tyle Hrabiego Olafa, co durnego systemu prawnego i głupoty urzędników, a w zasadzie wszystkich dorosłych, jakich napotykają na swojej drodze.

Serial jednak robi jedną rzecz źle – już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że jest jakaś intryga, a rodzice „sierot” żyją. Trochę za szybko.

Może się zbiorę kiedyś do obejrzenia pozostałych odcinków, wówczas napiszę coś więcej.

***

Riverdale

Riverdale to adaptacja komiksów z Archie Comics. Archetypowe postacie nastolatków ze szkoły w jakimś amerykańskim Wygwizdowie co tydzień na małym ekranie.

Serial to cudowna teen drama z wątkiem kryminalnym w tle.
Małym miasteczkiem wstrząsa zaginięcie kapitana szkolnej drużyny, co rusz wychodzą na jaw nowe fakty, rodzice i policja próbują ustalić prawdę, na pierwszym planie jest jednak codzienne życie nastolatków – pierwsze miłości, szkolne bale, trudne decyzje związane z dorastaniem – zupełnie jak HSM, tylko że zrobione dobrze. Ba! perfekcyjnie!

Głównym bohaterem jest Archie Andrews, obok niego przewija się cała masa interesujących i dobrze zagranych postaci. Mimo iż większość z nich realizuje powierzoną przez twórców rolę szkolnych archetypów, to jednak styl i klasa, z jaką młodzi aktorzy podchodzą do tego zadania, zasługuje na wszystkie Teen Choice Awards tego świata.

Nigdy nie podejrzewałem, że szkolne perypetie grupki amerykańskich nastolatków sprawią, że będę co tydzień czekał na nowy epizod.

Co tu dużo gadać – Riverdale trzeba zobaczyć. Myślę, że po zakończeniu sezonu pojawi się tutaj jakiś wpis na temat tego serialu – w Stanach emitowany jest na kanale The CW, Netflix dystrybuuje go na kraje Trzeciego Świata, w tym Polskę, dlatego też trzeba czekać na kolejne odcinki.

***

 

Co Wy polecacie z Netflixowego menu*?

*Poza Narcos, bo Narcos polecali mi już wszyscy.

Jaskier

Logan wyskoczył w tym roku niczym Filip z konopi. Film, na który nawet studio długo kładło laskę, zwlekając ze startem kampanii marketingowej, a nawet ujawnieniem tytułu (sic!), film, po którym nikt nie spodziewał się sukcesu, zgarnął fenomenalne noty od recenzentów i został pozytywnie przyjęty przez widzów*.
Cóż, doczekaliśmy się i Hugh Jackman się przede wszystkim doczekał – Logan to wreszcie porządny film o pazurzastym mutancie.

***

Wbrew temu, co sugerowały zwiastuny i pierwsze przecieki, akcja filmu wcale nie rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie – o ile nie jesteś mutantem, ponieważ ci zostali niemalże do nogi wytępieni. Ludzkość została „wyleczona” z mutacji. Potęga umysłu człowieka oraz postęp technologiczny w zakresie genetyki dokonały tego, czego wielkie fioletowo-różowe roboty dokonać nie mogły – nie rodzą się nowi mutanci, a ci, którzy jeszcze pozostali przy życiu, ukrywają się, wiodąc życie wyrzutków i starając się jakoś wiązać koniec z końcem.
Główny bohater – Wolverine – zarabia jako kierowca, wynajmując się do wożenia VIP-ów. Kasę odkłada na to, by umożliwić sobie i staremu przyjacielowi – Charlesowi Xavierowi – ucieczkę z nieprzyjaznego mutantom środowiska. Jako że starzec cierpi demencję i zdarza się mu stracić kontrolę nad sobą, to w zasadzie jest tykającą bombą – tym bardziej muszą się ukrywać i kiedyś wreszcie uciec.

Potem jest jak w westernie – są ci Dobrzy, poszkodowani przez los, potrzebujący pomocy, obrony, uciekający przed tymi Złymi. Logan, będąc już zgorzkniałym i nieco zardzewiałym bohaterem, początkowo odmawia udzielenia pomocy, pamiętając, jak skończyli wszyscy, na których mu niegdyś zależało. Jest tani alkohol w dużych ilościach, pieniądze zainwestowane w nielegalne badania i eksperymenty, okrutna korporacja, cwaniaczek jako antagonista i zbiegi okoliczności sprawiające, że jednak Wolverine wysuwa raz jeszcze swoje szpony, stając się tym ostatnim sprawiedliwym, który po wszystkim odmówi przyjęcia zaoferowanej mu garści koperty dolarów.
I takie ustawienie historii, odejście od typowego superhero z wielkim robotem czy czymś takim w finałowej walce, działa na korzyść filmu.

Pojawienie się w życiu ukrywających się mutantów dziewczynki, wywraca je do góry nogami. Jako że Profesor X nalega, Logan postanawia jeszcze raz pozgrywać bohatera, chociaż można odnieść wrażenie, że decyzję tę podejmuje przede wszystkim dlatego, by mieć spokój.
Rozpoczyna się podróż i to nie tylko taka dosłowna, przez kolejne miejscowości, ciągnącymi się kilometrami autostradami. Równocześnie trwa wędrówka głównego bohatera, który na nowo uczy się, jak to jest stawać po stronie słabszych, pomagać innym, dbać o kogoś, pełnić rolę mentora a nawet… ojca.
Tak właśnie – Laura, X-23, dziewczynka, która trafia pod opiekę Wolverine’a – niezwykle go przypomina. Nie tylko pod względem mutacji. Jej dzikość, brak okrzesania i trudności z komunikowaniem się przywodzą na myśl Logana właśnie. On też długo traktowany był jak zwierzę, w efekcie czego został wyprany z ludzkich uczuć, stał się podążającą za instynktami morderczą bestią, żywą bronią. Przeraża go świadomość obcowania z młodszą wersją samego siebie. Relacja tych dwóch postaci, to, jak ze sobą grają i mniej lub bardziej współpracują, w gruncie rzeczy robi ten film.

Do Hugh Jakcmana zdążyliśmy się już dawno przyzwyczaić – od premiery X-Men minęło już prawie siedemnaście lat, w tym czasie zagrał Wolverine’a osiem razy. Logan to godne pożegnanie z rolą, która niegdyś otworzyła mu drzwi do kariery. Tym bardziej szkoda, że poprzednie dwa filmy były tak gówniane. :/
Dafne Keen, wcielająca się w postać Laury, wypada niesamowicie. Niemalże nie ma linii dialogowych, więc przez większość filmu gra za pomocą mimiki i gestów, co jest trudne, nawet dla dorosłych aktorów, a ona tutaj, niemalże debiutantka** podołała temu wyzwaniu. Oddaje dzikość swojej postaci, zachowuje się trochę jak zwierzę – drapie, ale może też zaskomleć ze smutku lub bólu.

Oglądając film, można się przekonać, że kategoria R nie była na wyrost, nie podjęto decyzji o niej na podstawie sukcesu Deadpoola. Nadanie tej kategorii wiekowej pozwoliło (hehe) pokazać pazur (hehe). Jest krew, są fucki, więcej krwi, wbijanie szponów w czaszki, ucinanie kończyn, dekapitacje – wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. Strasznie tego brakowało w poprzednich produkcjach z tym bohaterem. Tutaj w końcu może poszlachtować całe dziesiątki najemników. Ku uciesze spragnionych tego widoku fanów, rzecz jasna.

W tej beczce miodu jest jednak i łyżka dziegciu, niektóre rzeczy wybijają z rytmu. Przykładem niech będzie sytuacja, gdy Wolverine dowiaduje się o przeszłości Laury, oglądając film nakręcony potajemnie w placówce, w której przeprowadzano eksperymenty. Filmik ten pod względem technicznym przypomina raczej reportaż we wiadomościach niż sytuacje nagrywane telefonem jako dowód w sprawie.
Kwestia losu mutantów jest również nieco niejasna, mam wrażenie, że można było powiedzieć o tym troszkę więcej. Nieco dziwne jest również to, że istnieją w tym świecie komiksy o X-Men. Było to widać już na zwiastunie.
Nie bardzo też wiadomo, dlaczego Laura będzie bezpieczna na północy, dokąd przez cały film podróżują. No bo dowiadujemy się, że cała sprawa „Raju” dla mutantów to mrzonka, a mimo to okazuje się, że jest tam ktoś, kto udzieli azylu.
Trochę to jest takie zawieszone w próżni, aczkolwiek w trakcie samego seansu nie myśli się o tym zbytnio. Jak już wspomniałem – relacja Laury i Logana gra, więc skoro najważniejsza część filmu wypada dobrze, to angażuje ona widza na tyle, że nie zastanawia się on nad wymienionymi wyżej szkopułami.

***

Logan to bardzo dobry film o X-Men. Solowe filmy z Wolverine’em były naprawdę nędzne, w ubiegłym roku Apocalypse okazał się być kaszaną, Ostatni bastion również szału nie robił, ale pozostałe, mimo iż każdy z nich miał mniejsze bądź większe bolączki, dawały masę frajdy. Tegoroczna produkcja dokłada cegiełkę do „tych lepszych tytułów”.
Sukces Logana – jego pozytywne przyjęcie, niesamowicie wysokie oceny – pozwala mieć nadzieję na to, że studio zrozumiało pewne rzeczy i zamiast rozbuchanych, przeładowanych postaciami „wielkich hitów” z ziewającą ze znudzenia Jennifer Lawrence, będzie robiło filmy nieco bardziej kameralne, nastawione na opowiedzenie konkretnej historii, odcinające się od sztampowego superhero. Nie chodzi mi o to, żeby takich filmów nie robić wcale – jeśli Brian Singer koniecznie czuje potrzebę nakręcenie Dark Phoenix Saga, to niech kręci. Po prostu niech obok tego powstają inne filmy z mutantami – zapowiedziane X-Force w stylu filmów akcji z lat ’80, New Mutants jako teen drama.
Miejmy nadzieję, że dorównają poziomem Loganowi.

***

*Obecnie 92% na RT przy 266 recenzjach, 94% od widzów.

**Wcześniej grała tylko w jakimś serialu science-fiction o podróżach w czasie.

Jaskier

Z seansem filmu LEGO Batman wstrzymywałem się trzy tygodnie, żeby mieć możliwość obejrzenia go z oryginalnym dubbingiem, licząc na to, że taka wersja wciąż będzie emitowana w kinach na przełomie lutego i marca. Poszczęściło mi się – w Krakowie była*. Co prawda w jednym kinie, jeden seans dziennie, ale udało się obejrzeć, o czym meldowałem na fanpejczu.
Dystrybutor produkcji mocno u mnie zaplusował tym, że w ogóle udostępnił widzom taką wersję, w kwestiach animacji niestety przeważnie jesteśmy pozbawieni wyboru. Fajnie też, że Cinema City trzymało taką raczej niszową wersję przez cztery tygodnie. Mam nadzieję, że frekwencja dopisała i ludzie odpowiedzialni za decyzje będą od teraz wciskać choć jeden seans animacji z napisami w dzienny grafik kin.

Wiedząc, że The LEGO Movie wypaliło, spodziewałem się, że i solowy film Batmana nie okaże się porażką. Z tony materiałów promujących widziałem tylko kilka zwiastunów i jakimś cudem prezentowane w nich żarty nie były suche ani drętwe, więc to też pozwalało mieć wysokie nadzieje i oczekiwania wobec produkcji. Końcowy efekt przerósł jednak moje przewidywania – LEGO Batman to nie tylko najlepszy film o Mrocznym Rycerzu od czasów – nomen omen – Mrocznego Rycerza, nie tylko jest lepszy od LEGO PRZYGODY – to po prostu i aż animacja tak dobrze przemyślana, zaplanowana i zrobiona, że ciężko dopatrzeć się w niej jakichkolwiek minusów.

Film jest w głównej mierze o tym, jak niesamowity, spektakularny i niezwyciężony jest Batman. Kopie tyłki całym zastępom wrogów, mieszkańcy Gotham City uwielbiają go, ma doskonale wyćwiczone ciało i przewidujący wszystko, analityczny umysł. Ma tylko jedną wadę – boi się współpracować: nie gra w drużynie, działa sam, lęka się nawiązania więzi, wypiera uczucia. Na tym właśnie – na lekcji, którą musi odbyć główny bohater – oparta jest fabuła. Musi nauczyć się, że bliscy stanowić będą dla niego wsparcie, że nie musi cały czas mieć na sobie maski ponurego twardziela, który ze wszystkim radzi sobie sam, że strach przed ponowną stratą rodziny nie może nim rządzić.
Tak, to brzmi banalnie i w gruncie rzeczy takie jest, ale tutaj wykonano to naprawdę perfekcyjnie. I w dodatku tak dobrze pasuje to do postaci/konceptu Batmana. Paradoksalnie, w animowanych, plastikowych minifigurkach ujęto o wiele więcej emocji i prawdziwie ludzkich uczuć, niż w jakimkolwiek aktorskim filmie z tego uniwersum nakręconym w tym tysiącleciu.

Wielka w tym zasługa ludzi, którzy tchnęli życie w postacie – najmocniej wybija się tutaj Will Arnett (tak, tak – ten sam Will Arnett, który nieudolnie podbijał do Megan Fox w TMNT), powtarzający rolę Człowieka Nietoperza po LEGO PRZYGODA. Jest fenomenalny jako Batman i jako Bruce Wayne, mam nadzieję, że również do nie-LEGO-wych animacji zostanie zaangażowany.
Pozostałym również ciężko cokolwiek zarzucić, każda z postaci jest charakterystyczna, każda ma swoje momenty. Po prostu ciężko mi nie wyróżnić pracy Arnetta.

Żartów jest cała masa i są naprawdę przednie – od takich wynikających z natury klocków LEGO, przez nawiązania do innych produkcji z Batmanem (tak mocne kopanie tyłków, że aż pojawiają się onomatopeje niczym w serialu z Adamem Westem rządzi), wyśmiewanie głupkowatych konceptów z komiksów, dowcipy językowe dla dorosłych („Dzieci są okrutne.”), nawiązania, smaczki i mrugnięcia okiem do osób lepiej zaznajomionych z marką – shark repellent, Billy Dee Williams jako Two-Face – to wszystko jest tak niesamowite, że banan nie schodzi z twarzy przez większość czasu trwania filmu.
Wyjątkami są momenty, gdy uderza się w smutne tony, ale to pozwala nabrać oddechu do dalszego śmiania się i po prostu pasuje, nie jest w żaden sposób wymuszone. Przejścia między nastrojami są płynne i naturalnie wynikające z fabuły.

Film wygląda FE-NO-ME-NAL-NIE!
Może to tylko ja i moje klockowe zboczenie, ale uwielbiam to, z jakim pietyzmem przeniesiono na ekran poszczególne części. Naprawdę wygląda to, jak animacja poklatkowa, „czuć” pojedyncze elementy. Dla kogoś zafiksowanego na punkcie klocków LEGO oglądanie tego filmu to uczta dla oka i duszy.

Na koniec jeszcze kwestia tego, czy LEGO Batman nie jest czasem chamską próbą reklamowania zabawek.
No i nie, nie jest. Dzięki temu, że przy tworzeniu filmu współpracowano z TLG, powstała cała masa zestawów. Możecie je obejrzeć TUTAJ. Pierdyliard pojazdów, inne serie na licencji filmów mogą pozazdrościć takiej liczby setów. Jak jednak można się przekonać, oglądając film, większość z nich pojawia się w nim jedynie na krótką chwilę, ciężar fabuły spoczywa na czymś zupełnie innym.
Co do samych zestawów – są rewelacyjne. Co prawda, większość niestety zupełnie nie trzyma skali, co wynika wprost ze stylistyki filmu, ale projekty są naprawdę świetne. Moim faworytem jest monster truck Killer Croca, niech się tylko trafi jakaś promocja, to wpadnie w moje ręce. Recenzję zestawu możecie przeczytać na blogu 8studs – KLIK.

***

Jednym słowem – polecam. Kto nie był, ten wynocha do kina, póki jeszcze grają. Tak dobrego filmu o Batmanie długo jeszcze nie zobaczymy.

***

*CC w Galerii Kazimierz. Według repertuaru wciąż regularnie grają o 16:30.

Jaskier

Oscary rozdane, czas rozdać najważniejsze Jaskiery.
Oto, moim skromnym zdaniem, pięć najlepszych rozrywkowych filmów 2016 roku. :D

Kolejność według daty polskiej premiery.

***

Ave, Cezar!, reż. Joel Coen, Ethan Coen

Ave, Cezar! idealnie chwyta pewne wyobrażenie o Hollywood i przerabia je na język filmowy. Jedna wytwórnia i jeden człowiek, który jest za wszystko odpowiedzialny, tysiące spraw, których musi upilnować i dopiąć na ostatni guzik.
Josh Brolin wywiązuje się z powierzonej mu roli fenomenalnie, a i drugiemu planowi nie można nic zarzucić. Mimo iż konkretne role to pewne znajome stereotypy, to zostały rozpisane i zagrane bardzo elegancko.
Film jednak przede wszystkim wygląda niesamowicie – różnorodne plany zdjęciowe, scenografia, kostiumy z epoki, a wszystko starannie uchwycone okiem kamery.
Polecam. ;)

Po więcej zapraszam do mojego tekstu, który powstał ponad rok temu: KLIK.

***

Kapitan Ameryka: Civil War, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Kolejny film na tej liście jest zgoła odmienny – dynamiczny, pełen akcji i humoru, ale jednocześnie potrafiący zatrzymać się, dać bohaterom czas na porozmawianie, widzom na złapanie oddechu. W finale w odpowiedni sposób uderza w cięższy ton, nie popadając przy tym w zbędny i nudny patos.
Nie sposób nie zauważyć, że sukces tej produkcji w lwiej części gwarantowany jest przez to, że to niejako kolejna część serii. Znamy te postaci od lat, widzieliśmy ich rozwój i zmiany ich relacji, dzięki temu doskonale rozumiemy, kto jest kim i dlaczego opowiada się po którejś ze stron.
Jednocześnie Civil War stanowiło bardzo dobre wprowadzenie dla nowych postaci – Black Panthera i Spider-Mana. Kto wcześniej czekał na film o królu Wakandy przebranym za czarnego kota?

Jeśli na Infinity War Marvel naszykuje coś jeszcze lepszego (wszak dopiero to będzie zwieńczeniem trzech faz MCU), to nie wiem, jak taką porcję wrażeń wytrzymam, nie mdlejąc w kinowym fotelu.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Zwierzogród, reż. Byron Howard, Rich Moore

Jedyny film na tej liście, którego w ciągu roku szerzej nie omawiałem na moim blogasku. Za to od czasu premiery zdążyłem obejrzeć go w dwóch wersjach językowych. :P
W minionych latach produkcje Disneya nie były jakoś szokująco dobre, jasne, ciężko się doczepić do Krainy lodu czy coś, ale moim zdaniem ostatni naprawdę dobry Disney był w 2012 roku (Ralph Demolka). Zwierzogród robi robotę.
Jest tutaj mnóstwo ciekawych, dobrze zrealizowanych pomysłów. Sposób, w jaki skonstruowano tytułowe miasto, jest niesamowity, powinni zrobić jakiś animowany serial na DisneyXD o pracy policji i pokazywać, pokazywać tej kreatywności jak najwięcej.
Żarty są świetne i różnorodne, chociaż w głównej mierze opierają się na cechach zwyczajowo przypisywanych poszczególnym gatunkom zwierząt – leniwce są powolne, króliki mają dużo potomstwa etc. Oklepane, ale w tym przypadku jakoś tak magicznie działa.
Morał jest w porządku, mimo iż po prostu to banalne hasełko o tym, że nie wolno oceniać innych pochopnie, że ludzie zwierzęta się zmieniają. Proste, aczkolwiek podane w odpowiedni sposób.

Niestety, mogę porównać tylko z Moaną, więc nie wiem, czy Oscar jest w pełni zasłużony, czy pozostałe produkcje nie okazałyby się moim zdaniem jeszcze lepsze. Na pewno Zwierzogród jest lepszy od Moany.

Podsumowując – bardzo, bardzo dobra animacja, nadaje się zarówno dla maluchów, jak i dorosłych. 8/10, polecam.

***

Arrival, reż. Denis Villeneuve

Arrival pojawiło się znikąd. To nie film superbohaterski, nie ma wielkich robotów, ani choćby nawet spektakularnych wybuchów w CGI. Za to posiada kosmitów oraz – przeciwnie niż wiele innych produkcji – scenariusz zawierający fabułę. Autentycznie wciągającą, klimatyczną, zaskakującą fabułę.
Film porusza istotną kwestię tego, jak ważna jest komunikacja – w zasadzie cały jest o tym, że różni ludzie, z różnych stron świata na jakiś sposób próbują porozumieć się z obcymi, dowiedzieć się, dlaczego przybyli. Jednocześnie pokazuje, że pomimo braku tak drastycznych różnic, jak między ludźmi, a heptopodami, poszczególne kraje nie są w stanie dogadać się i w stu procentach współpracować.

Cały czas jest to także świeży i doskonały film o przybyciu obcych.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Rogue One, reż. Gareth Edwards

Brudne i brutalne – Gwiezdne wojny, na jakie czekałem. The Force Awakens nie spełnił nadziei, jakie w nim pokładałem, ale Rogue One dał mi za to jeszcze więcej.

Oczywiste jest to, że filmy wchodzące w skład głównej sagi pewnych granic przekraczać nie mogą – muszą iść utartymi ścieżkami, podążać bezpiecznymi szlakami Kina Nowej Przygody. Miejsce na eksperymenty, różnej maści skoki w bok pojawiło się na szczęście w nowo powstałym fragmencie Expanded Universe, produkcjach z nagłówkiem A Star Wars Story, których to pierwszym przedstawicielem był Rogue One.
Jest to film inny od znanych nam Star Warsów, lecz jednocześnie mocno osadzony w stylistyce, a także świecie Odległej Galaktyki. Czuć, że wydarzenia z tego filmy dzieją się za rogiem, na zapleczu tego świata.
W mojej opinii są to najlepsze Gwiezdne wojny od czasów Imperium kontratakuje.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Uff, w końcu podsumowanie minionego roku za nami.

Co według Was wypadło najlepiej? Zapraszam do komentowania. ;)

Jaskier

PS Pozwolę sobie jeszcze zamieścić adnotację o tym, czego nie udało mi się zobaczyć w minionym roku, a na co miałem ochotę wybrać się do kina:

Zmartwychwstały
Kung Fu Panda 3
Łowca i Królowa Lodu
Gdzie jest Dory?
Księga dżungli
Tarzan: Legenda
Ghostbusters

Przed Wami moje zestawienie najciekawszych, najmocniej zapadających w pamięć, no i tak ogólnie moim zdaniem najlepszych ról w 2016 roku. Pogrupowane zostały na następujące kategorie – Mała i Duża rola w filmie popcornowym. O przydzieleniu do danej kategorii decydowały głównie ilość czasu ekranowego oraz istotność dla fabuły.
Kolejność według polskiej premiery.

Zapraszam do czytania. ;)

Mała rola w filmie popcornowym

Chadwick Boseman, jako T’Challa/Czarna Pantera w filmie Civil War

Chadwick Boseman zamiast się wymądrzać i biadolić, jak to biali nie potrafią skakać nie dopuszczają czarnych do filmów, mógłby dawać więcej takich popisów jak w Civil War. Od jego postaci bije tutaj charyzma, pewność siebie, powaga i dostojność. Przez cały czas czuć, że T’Challa pochodzi z królewskiego rodu, budzi respekt wśród pozostałych bohaterów filmu. Jednocześnie jako jedyny potrafi w porę ochłonąć, odsunąć od siebie pragnienie zemsty, zastąpić je chęcią wymierzenia sprawiedliwości.

Cóż, co tu dużo mówić – po jego występie w trzeciej części Kapitana Ameryki ludzie nie mogą doczekać się solowego filmu Czarnej Pantery.

***

Karl Urban, jako doktor McCoy w filmie Star Trek Beyond

Karl Urban jest we wszystkim i gdzie się nie pojawi, tworzy oryginalną postać. Trochę jak Gary Oldman, tylko bez okresu grania łotrów w filmach science-fiction.
W nowych Star Trekach jest od samego początku, wcielając się w pokładowego lekarza na USS Enterprise.
Moim zdaniem robi najlepszą robotę spośród obsady nowej serii – pozostali aktorzy również dobrze się spisują, aczkolwiek np. wysunięci na pierwszy plan Chris Pine oraz Zachary Quinto z pewnych przyczyn, w które nie chce mi się teraz zagłębiać, zobowiązani są do duplikowania ról o wiele bardziej charyzmatycznych aktorów.
Dzięki temu popis Urbana lśni o wiele jaśniej, pozwalając mu wnieść do Gwiezdnej Wędrówki nonszalancję, sarkazm i butelkę czegoś mocniejszego.

Aha, zapomniałbym – #BringBackDREDD.

***

Jai Courtney, jako Kapitan Boomerang w filmie Suicide Squad

Jai Courtney do tej pory znany był z tego, że ma agenta cudotwórcę. Dostawał role w dużych filmach – duże role (chociażby Kyle’a Reese’a w Terminatorze: Genisys). Nigdy jednak nie dało się o nim powiedzieć czegokolwiek więcej niż – beztalencie.
W końcu jednak – ku zdziwieniu chyba wszystkich – odnalazł się w jakiejś roli. Jego interpretacja Kapitana Boomeranga, niezbyt bystrego dresiarza, szubrawca i osoby pozbawionej przyzwoitości oraz kręgosłupa moralnego była jednym z jaśniejszych punktów sponiewieranego w poprzednim wpisie Suicide Squad.

***

Benedict Wong, jako Wong w filmie Doctor Strange


Benedictowi Wongowi powierzone było trudne zadanie – Wong w komiksach jest mistrzem kung-fu, ale jednocześnie służącym Doktora Strange’a. Dosłownie służącym – parzącym herbatę i otwierającym drzwi Azjatą. Jak uciec od tego stereotypu w czasach, gdy rynek chiński nieustannie rośnie i przynosi coraz większe dochody?
Twórcy uporali się z tym problemem całkiem sprytnie, kładąc nacisk na zdolności oraz wiedzę bohatera. Dlatego też w kolejnych filmach pełnić będzie raczej rolę sojusznika i doradcy tytułowego maga.
Benedict Wong wnosi do odgrywanej postaci powagę mnicha z Dalekiego Wschodu, ale jednocześnie potrafi rzucić dobrym tekstem. Scenka, w której słucha piosenki Beyonce albo ta, w której gani Strange’a za lekkomyślnie obchodzenie się z jednym z Kamieni Nieskończoności, na pewno każdemu zapadły w pamięć

***

James Earl Jones, jako Darth Vader w filmie Rogue One: A Star Wars Story

Kto widział, ten wie, dlaczego postać Dartha Vadera zasłużyła, by znaleźć się w tym zacnym gronie. Poza tym – jak mógłbym przepuścić okazję i nie wyróżnić Jamesa Earla Jonesa. Przecież ten głos jest legendarny!

A kto nie widział, ten trąba.

***

Duża rola w filmie popcornowym

Sylvester Stallone, jako Rocky Balboa w filmie Creed

Sly w formie! Po całej serii zdobytych Złotych Malin oraz trzech częściach Niezniszczalnych, które mi niezbyt przypadły mi do gustu, wraca do roli, która otworzyła mu drzwi do salonów Hollywood i wpuściła go na czerwone dywany.
Zamiast udawać, że taplanie się w błocie i zabijanie czołgów łukiem wciąż mu wypada, Sylvester Stallone wciela się w rolę, jaka mu w pewien naturalny sposób przysługuje – mentora bohatera z nowego pokolenia.
I – no – jest w niej bezbłędny.

***

Ryan Reynolds, jako Wade Wilson/Deadpool w filmie Deadpool

Ryan Reynolds zrobił niesamowitą robotę, nie tylko grając Deadpoola, ale zaciekle przez lata walcząc o to, by film o tym antybohaterze w ogóle powstał. Po tym gwałcie na postaci, jakim był Baraka w Geneza: Wolverine, Wade Wilson zasługiwał na porządny film ze swoim udziałem. Tak się szczęśliwie złożyło, że Fox rzucił trochę drobnych i produkcja ta mogła powstać.

Rola Reynoldsa nie skończyła się po ostatnim klapsie na planie filmowym, kampania marketingowa (która notabene ostatecznie okazała się lepsza od samego filmu) powinna zostać wyróżniona i nagrodzona. A pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Reynolds.

Niesamowitą drogę przeszedł ten aktor – od dennych komedii romantycznych oraz nadziewania bułeczek miłością w Wiecznym studencie – do przenoszenia na ekran takiego bohatera, jakim jest Deadpool. I to w jakim stylu!

***

Chris Evans, jako Steve Rogers/Kapitan Ameryka w filmie Civil War

Podobną drogę przeszedł Chris Evans – od głupawych komedii o amerykańskich nastolatkach i kiepskich filmów o superbohaterach, do wcielania się w amerykańską ikonę.
Jest coś urzekającego w tym Rogersie i to nie tylko w zestawieniu z kiczowatymi wersjami z poprzednich dekad – Evans nadaje swojej postaci niezbędnej charyzmy. Potrafi zagrać człowieka z minionej epoki – wyposażonego w adamantowy kręgosłup moralny i będącego wzorem dla innych herosów zupełnie inaczej niż Superman Cavilla, chociaż ja bym bardziej winił Snydera. Podczas gdy zachwycaliśmy się, moim zdaniem zasłużenie, Downeyem i jego Tonym Starkiem, w jego cieniu zabłysnął ktoś inny – Chris Evans z ikoniczną rolą Kapitana Ameryki.
Nie wiem, jak ci ludzie to robią, ale castingi mają bezbłędne.

***

Amy Adams, jako Louise Banks w filmie Arrival


Amy Adams w filmie o próbie nawiązania kontaktu z rasą obcych.
Jak to dobrze, że aktorka ta miała okazję wykazać się w tym filmie (w innych zapewne też, ale ten widziałem), w przeciwieństwie do innej produkcji, w której rozmawia z kosmitą.
Cały ciężar filmu spoczywa na barkach Amy Adams i ta dzielnie go dźwiga, przekazując widzowi istotną lekcję o tym, jak ważna jest zdolność do komunikacji. Nie jest to rola pełna aktorskiego szarżowania czy czegoś w tym stylu, aczkolwiek zdecydowanie zapada w pamięć, a końcowy zwrot fabularny, który wywraca całe nasze rozumienie tej postaci, jej motywów i zachowań, uwidacznia nieliniowość fabuły i stanowi wisienkę na torcie.

***

Felicity Jones, jako Jyn Erso w filmie Rogue One: A Star Wars Story


Wielu zarzucało temu filmowi, że jego główna bohaterka w mgnieniu oka zmienia zdanie i od postawy: Mam w dupie całe to Imperium i całą tę waszą Rebelię, przechodzi do rzucania na prawo i lewo haseł o tym, jak to warto ginąć za dobrą sprawę.
I no niby tak – zmiana jest bardzo drastyczna i ma miejsce w krótkim czasie. Moim zdaniem jest jednak silnie umotywowana przez emocje Jyn. Po kilkunastu latach życia w nieświadomości, że jej ojciec konradwallenroduje przeciwko Imperium, dziewczyna dowiaduje się o roli, jaką ten wybitny inżynier dla siebie zaplanował. Dowiaduje się, że poświęcił swoje siły i życie, by Galaktyka była dla niej i pozostałych mieszkańców lepszym miejscem. Dla mnie jest tak jakby oczywiste, że chciała uhonorować jego postawę i zupełnie oddała się misji, której przez tak wiele lat był wierny.
Scena po wysłuchaniu wiadomości od ojca, w której Felicity Jones przekazuje pełne spektrum emocji, dowodzi słuszności mojej interpretacji jej zachowania i daje aktorce miejsce na tej liście.

***

Tak to wygląda, jeszcze tylko najlepsze filmy i będziemy to mieć za sobą. ;)

Jakie role w 2016 roku Wam najbardziej zapadły w pamięć?

Jaskier

A cóż to?
Czy to ptak? Samolot?
Nie – to nowa kategoria w moich podsumowaniach roku!

Znalazło się tutaj pięć filmów, o których myślałem, że chociaż będą spoko albo będzie się je przyjemnie oglądało. Są takie filmy, o których wiem, że będą złe, kiepskie i w ogóle niby niegodne polecenia, a i tak dają mi coś, co sprawia, że nie mogę ich nazwać okropnym gównem (TMNT2, Bogowie Egiptu, żeby nie wykraczać poza 2016 rok).
Na tej liście ich nie znajdziecie, zamiast tego poniżej wypunktowałem pięć tytułów, które były:
– nudne;
– obrażające widza;
– marnujące potencjał pierwowzoru/poprzedniej części;
– wtórne;
– jeszcze raz nudne.

***

Londyn w ogniu reż. Babak Najafi

Pamiętacie taki film Olimp w ogniu? Ja pamiętam, nawet mile wspominam. Gerard Butler wcielił się w nim w agenta Secrete Service, który bohatersko stawił czoła koreańskim terrorystom, którzy przejęli kontrolę nad centrum naszego Wszechświata, czyli Białym Domem w Washington D.C.

Sequel z ubiegłego roku kompletnie nie spełnia oczekiwań, jakie wobec niego miałem. Pomimo rozdmuchania akcji, nadaniu jej większej, międzynarodowej skali – nie ma tu praktycznie nic godnego uwagi. Jedna – dosłownie jedna – scena warta zapamiętania i podkreślająca kozackość głównego bohatera – kiedy po przedzieraniu się przez całe miasto w końcu Manning i prezydent docierają do bezpiecznej kryjówki, agent wypija duszkiem szklankę wody, bo cały dzień ratowania dupy prezydenta nieźle go zmordował, a głowa państwa kulturalnie, jak pizda, bierze mały łyczek i odkłada swoją szklankę.
Jedna scena, w której główny bohater pokazał, jak wielkim kozakiem i prawdziwym mężczyzną jest.

Tym razem oponentami stają się muzułmanie. Podczas ceremonii pogrzebowej premiera Wielkiej Brytanii, dokonują superzamachu, w zasadzie przejmując kontrolę nad całym Londynem i mordując przedstawicieli państw UE. Wiecie – nie-Merkel, nie-Hollande’a itd. Z prezydentem USA im się nie udaje, bo wybudował wielki mur jego ochroniarz jest jedynym kompetentnym ochroniarzem na świecie.

No i tak biegają po tym Londynie, strzelają, spada śmigłowiec (to jeszcze dzisiaj wróci), Morgan Freeman zastanawia się, co tutaj w ogóle robi – w ogóle nie czułem tych emocji, które towarzyszyły mi podczas oglądania pierwszej części. No i też ciężko już było uwierzyć w ten atak koreańskich najemników, ale jeszcze się przymykało na to oko, ale tutaj? Całe miasto, służby brytyjskie, ochrona gości – wszyscy wyglądają jak pijane dzieci we mgle.

Było mi autentycznie przykro, gdy oglądałem Londyn w ogniu.

***

Suicide Squad reż. David Ayer

O tym filmie na pewno pamiętacie, swego czasu był wszędzie, także u mnie.

Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę, który z ubiegłorocznych filmów Warnera/DC tutaj umieścić, w końcu zdecydowałem, że Suicide Squad bardziej na to zasługuje. Ciężko było mieć nadzieję na to, że Batman v Superman okaże się dobre. Film Davida Ayera mógł się udać, cholera, najprawdopodobniej istniała kiedyś jakaś spójna, jednolita wersja, którą dało się oglądać bez zgrzytania zębami. Ale w kinach zostało nam pokazane co innego i to to należy oceniać.

I przez ocenianie rozumiem ostre krytykowanie.

Suicide Squad miało (i powinno) być produkcją o bandzie łotrów, którzy zostają zmuszeni do współpracy, wykonania jakiejś misji, której ze względów wizerunkowych superbohaterowie albo regularne służby nie mogą się podjąć. Powinien być o zgrai złoczyńców, z których każdy ma swój cel i chciałby się jak najszybciej zwinąć z tej imprezy, ale ładunek wybuchowy umieszczony w czaszce to uniemożliwia.

Film, jaki zobaczyłem w kinie, składał się w głównej mierze z pośladków Margot Robbie, Willa Smitha jako poczciwego mordercy na zlecenie, który robi wszystko dla swojej córki, kilku typów, którzy niby są źli, ale uczą się, że „rodzina” jest najważniejsza, Jokera z miłości uganiającego się za Harley Quinn, spadających śmigłowców i muzyki dodanej do scen może nie losowo, ale na pewno kompletnie nieudolnie.

Innymi słowy – Suicide Squad marnuje potencjał tych postaci, marnuje potencjał reżysera i stanowi bardzo słabe wprowadzenie postaci Jokera do DCEU. Po tych dwóch gównianych filmach Wonder Woman na poziomie Iron Mana 2  albo chociaż The Amazing Spider-Man będzie sukcesem.

***

Killing Joke reż. Sam Liu, scenariusz: Brian Azzarello

Killing Joke to jedna z tych komiksowych historii, które wymieniane są jako najważniejsze dla gatunku superhero albo i nawet ogólniej – jedna z ważniejszych powieści graficznych, jakie kiedykolwiek powstały. Historia Jokera, Batmana i – co najważniejsze – Jamesa Gordona, Białego Rycerza Gotham City.
Animowana adaptacja niby to zawiera, ponieważ jest i Joker, i Batman (powracający w swoich kultowych rolach Hamill i Conroy), i pan komisarz Gordon, ale jest też prolog z Batgirl, w którym bohaterka ma seks z Batmanem(sic!). Trzeba było coś dodać do fabuły (komiks liczy tylko nieco ponad czterdzieści stron) i zdecydowano się na zaakcentowanie roli Batgirl, ale zrobiono to w tak nieudolny sposób, że aż się smutno człowiekowi robi.
W dodatku całość wygląda naprawdę biednie, kreska jest paskudna, a animacja kuleje – nie rozumiem, dlaczego skierowali akurat ten film do kin.

Co ja się będę więcej produkował – zerknijcie do mojej recenzji tej animacji – KLIK.

***

Sekretne życie zwierzaków domowych reż. Chris Renaud, Yarrow Cheney

Po obejrzeniu zwiastuna tej animacji spodziewałem się ciepłego filmu o rozrabianiu zwierzaków pozostawionych w mieszkaniach właścicieli, kiedy ci wyszli do pracy. Zamiast tego dostałem do bólu typową komedię o psie i nowym psie, którzy początkowo się nie lubią, przeżywają przygody podczas podróży przez NY i na koniec dnia zostają najlepszymi przyjaciółmi. To jest wręcz obraźliwe.

Ja nie wiem, co jest z tym studiem, widzę potencjał w ich projektach, ale finalnie nie wychodzą z tego dobre filmy. Jak ukraść księżycSing to dwa, które mi się podobały, ale też nie mogę powiedzieć, że mnie urzekły. Mam wrażenie, że zarówno Minionki, jak i Sekretne życie zwierzaków domowych sprawdziłyby się o wiele lepiej jako krótkometrażówki albo może miniseriale?

No bo na początku rzucają nam jakieś fajne scenki ze zwierzakami, które robią masę szalonych rzeczy, kiedy są pozostawione same sobie, ale potem przechodzą do tej nudnej fabuły o uczeniu się, jak ważna jest przyjaźń. Robią z tego wielką przygodę, z pościgami samochodowymi, tajną organizacją anty-udomowionych zwierząt, bitwą na Moście Brooklińskim, obżeraniem się parówkami do tego stopnia, że ma się narkotykowe wizje – dajcie spokój.

Najlepsze sceny, zupełnie zresztą nieoddające bylejakości tego filmu, zostały pokazane już w zwiastunach – mówcie, co chcecie, mnie najbardziej bawi gruby kot wyjadający wszystko z lodówki, pudel słuchający metalu i jamnik masujący sobie plecy w robocie kuchennym.

Obejrzyjcie zwiastun, ale całość sobie darujcie. Nie warto.

***

Księgowy reż. Gavin O’Connor

Ben Affleck nie może zaliczyć minionego roku do udanych – najpierw BvS okazał się kupą gówna, potem Księgowy objawił się widzom jako nudny film marnujący potencjał pomysłu i zaangażowanych aktorów, również Live by Night, gdzie grał główną rolę i który reżyserował, nie został przyjęty entuzjastycznie. Na tej liście jest Księgowy, bo 1) ile można się pastwić nad Snyderem i 2) tego trzeciego filmu nie widziałem.

Miał to być trzymający w napięciu thriller z elementami akcji, genialnym głównym bohaterem i porywającą intrygą.
Wyszło nudne filmidło z nielicznymi scenami akcji, które niczym nie zachwycały, coś w sam raz na wieczorny seans w stacji na „p”.

Film stara się być czymś w rodzaju któregoś Bourne’a, ale zupełnie mu się to nie udaje. Finałowy zwrot akcji i ujawnienie sekretó bohaterów nie robi żadnego wrażenie, ponieważ się nimi zupełnie nie przejmujemy.

Księgowy marnuje potencjał obsady (prócz Afflecka wystąpili tu J.K. Simmons, Anna Kendrick i Jon Bernthal). Mimo iż ci utalentowani ludzie robią, co mogą, to dzisiaj – po kilku miesiącach od seansu – niewiele pamiętam. Scenariusz nie pozwolił im zabłysnąć, nie dostali niczego, z czym mogliby pracować.

Również sam Ben Affleck nie robi wrażenia. Dostał rolę osoby chorej, nieradzącej sobie w kontaktach z innymi ludźmi, ale gra to jakoś tak dziwacznie. Niby z jednej strony unika obcych i nie ma bliskich, ale gdy Anna Kendrick siada obok niego podczas przerwy na obiad, to wygląda na zupełnie zdrowego. W sumie, gdyby obok mnie usiadła Anna Kendrick z wyraźną chęcią nawiązania bliższej znajomości, to wyleczyłoby mnie to ze wszystkiego.

Szkoda gadać, mogło z tego być coś fajnego, ale twórcy się zupełnie pogubili.

***

No, to teraz mnie dopingujcie, żebym szybko napisał dwa następne zestawienia – o rolach i dobrych filmach.

Co Wam nie podobało się w 2016 roku?
Na czym się zawiedliście?
Piszcie w komentarzach.

Jaskier