Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Tom Holland’

Po pierwszym seansie Spider-Man: Homecoming wyszedłem z kina z myślą: „Bardzo fajny, zdecydowanie najlepszy jak dotąd film o Pająku”. Nie sądziłem, by był przełomowy dla produkcji superbohaterskich i może byłem nawet lekko zawiedziony tym, że to po prostu bardzo fajny film. W tym sensie, że nic ponad to. Coś* jednak kazało mi wybrać się na kolejny seans. Po drugim obejrzeniu filmu uważam, że jest naprawdę świetny – moja opinia od „fajny” podskoczyła do „CHCĘ WIĘCEJ FILMÓW ZE SPAJDERMENEM!1!!11!!”

Tym razem postawiono na aktora, który faktycznie wygląda na nastolatka. Tom Holland jest co prawda tylko rok młodszy ode mnie, aczkolwiek w przeciwieństwie do Tobey Maguire’a albo Andrew Garfielda, czy też całej masy innych pełnoletnich aktorów, którzy na przestrzeni lat wcielali się w licealistów, łatwo można uwierzyć, że grany przez niego bohater faktycznie ma piętnaście lat. W sumie to naprawdę jego wiek mnie zdziwił, gdy przed chwilą sprawdziłem go w Internecie.
No ale – nie chodzi tylko o aparycję aktora. O wiele bardziej liczą się przecież umiejętności i tych Hollandowi zdecydowanie nie brakuje. Jego wersja Petera Parkera to trochę ciapa, nieśmiały, acz niezwykle inteligenty i uzdolniony chłopak, który ma urocze, typowo licealne problemy w życiu prywatnym, codziennie czeka na ostatni szkolny dzwonek, by móc założyć kostium i ruszyć na patrolowanie swojej dzielnicy. Tom Holland potrafi oddać zarówno nieporadność i niepewność Parkera, jak i jego ekscytację z możliwości walki ze złem i pomagania ludziom.

Peter zakłada maskę w ramach współpracy ze Tonym Starkiem, który po wydarzeniach z Civil War pozwolił chłopakowi zachować kostium. Parker nakręcony tamtą misją rwie się do akcji, ale brutalna nowojorska rzeczywistość powoli ściąga go na ziemię – zamiast walczyć z superprzestępcami, kosmitami albo wielkimi robotami, zajmuje się drobnymi kradzieżami, pomaga turystom odnaleźć drogę, czyli – jakby to ująć alegorycznie – ściąga koty z drzew.

Wszystko zmienia się, gdy trafia na trop gangu zajmującego się handlem bronią wzmocnioną za pomocą superzłomu, który wala się po ulicach po każdej superbohaterskiej nawalance. Niepomny na przestrogi Starka, chłopak postanawia zająć się tym na własną rękę, udowadniając swoją wartość, chcąc potwierdzić, że zasługuje na miano bohatera i miejsce w zespole Avengers. Niestety, brak doświadczenia sprawia, że nawala, Stark traci do niego zaufanie, a i sam Peter zaczyna chyba powątpiewać we własne możliwości.
Mimo to bohaterska natura i potrzeba czynienia dobra biorą górę i gdy sytuacja tego wymaga, chłopak postanawia stanąć do walki z łotrem. Bez zaawansowanego kostiumu, uzbrojony jedynie we własne zdolności, spryt i prototypowe wyrzutnie sieci** staje naprzeciw bezwzględnego złoczyńcy i niemal ginie. Wtedy coś w nim pęka. Bo widzicie – przez cały film, w każdej ze scen akcji Peter gada jak najęty. Rzuca sucharami, komentuje, dodając sobie w ten sposób animuszu. Tutaj jednak, gdy wydaje mu się, że przegrał, że jego przeciwnik zatryumfował, a jemu grozi śmierć, zaczyna wołać o pomoc, płakać. Gdy jednak pojmuje, że jest zdany wyłącznie na siebie, zbiera siły i udaje mu się wydostać spod gruzu. To jest najważniejsza i jedna z lepszych scen w filmie – pokazuje, że Peter się czegoś nauczył – że jest jest prawdziwym bohaterem, że stał się dojrzalszy.

Dlatego finał, który jest ciemny i bardzo dynamiczny, chaotyczny, wypada nieco słabawo. Jesteśmy po najważniejszym momencie i na końcu doczepione jest obowiązkowe mordobicie.

Głównym złoczyńcą filmu jest Adrian Toomes, szef gangu zajmującego się wytwarzaniem i handlem bronią ulepszoną supertechnologią. Mam z tą postacią pewien problem – z jednej strony kreowany jest na ojca rodziny, człowieka, który zszedł na złą ścieżką tylko po to, by zapewnić byt rodzinie po tym, jak został oszukany przez możnych tego świata na potężny hajs. Z drugiej natomiast strony jest pieprzonym psychopatą – gdy stracił cierpliwość do jednego z podwładnych, to go rozwalił, postanawia zabić Pająka za mieszanie w jego biznesie, zaślepia go żądza bogactwa, tłucze jakiegoś przypadkowego zioma, który akurat stał na jego drodze.
Odczuwam niekonsekwencję w kreowaniu tej postaci, ale przeżywający renesans kariery Micheal Keaton daje z siebie w tej roli wszystko i jego charyzma sprawia, że w trakcie seansu zapomina się dwóch twarzach granego przez niego łotra. Poza tym, to jest niesamowite, co się przez ostatnie kilka lat dzieje z tym aktorem. Jego powrót do pierwszej ligi odbył się w takim stylu, że głowa mała. W pierwszej chwili aż było go żal do roli „tylko” Vulture’a, ale chyba mają co do tej postaci jakieś plany na przyszłość.

Bogatą przyszłość i przeszłość ma również inna postać pojawiająca się w tym filmie – Tony Stark. To jest w ogóle kosmos, jak potężnie bohater grany przez Roberta Downeya Jr. został rozwinięty na przestrzeni – nie bójmy się słów – dekady. Droga filmowego Starka od playboya-przemysłowca do playboya-superbohatera zasługuje na osobny, obszerny wpis. Może w 2018 z okazji dziesiątej rocznicy premiery Iron Mana
No ale Homecoming. Uprzedzając pytania i piętnując ból dupy sprzed premiery – wbrew zwiastunom i całej kampanii marketingowej, Tony’ego wcale nie ma aż tak dużo w tym filmie. To NIE jest Iron Man 4: Spider-Man: Homecoming.
Stark pełni tutaj ojcowsko-mentorską rolę wobec Petera. Tylko że tak naprawdę on sam potrzebuje tej relacji o wiele bardziej niż Parker. Z racji własnej trudnej historii z ojcem i tego, że czuł się przez niego niedoceniany (do czego jest odniesienie w tym filmie, ale wiemy to również z poprzednich), ma potrzebę bycia dla kogoś wzorem i oparciem, jakiego sam w młodości pragnął. I upatrzył sobie Petera do roli podopiecznego. Z tym że Stark nie bardzo umie w relacje międzyludzkie, dlatego miota się od chwalenia do karcenia, najpierw daje chłopakowi kostium, instaluje w nim pierdyliard ukrytych opcji, potem z powodu samowolki mu go zabiera, żeby na koniec stwierdzić, że Peter tego właśnie potrzebował, by nauczyć się własnej wartości.
Ostatecznie jednak to właśnie Spider-Man podejmuje dojrzałą decyzję, pokazując, że jest bohaterem i mimo iż będzie działał na małą skalę, trzymał się ziemi, pomagał maluczkim, to będzie to robił samodzielnie, będzie stał na własnych nogach, a to jest właśnie to coś, czego potrzebuje… przynajmniej przez pewien czas.

***

Warto wspomnieć jeszcze o kilku postaciach:
„Dodatkowi” łotrzy, którzy budzili niepokój przed premierą, okazali się być tylko tłem. Shocker to w gruncie rzeczy losowy rabuś, który akurat ma rękawicę. Jest to więc Shocker idealny. Tinkerer to tylko grubasek, który zajmuje się produkcją sprzętu. Nie widzimy go inaczej jak tylko w warsztacie, gdzie projektuje i buduje ekwipunek.

Ciocia May wypada bardzo dobrze (hehe). Martwi się o Petera i z dość zrozumiałych powodów może być przewrażliwiona i zbyt łatwo wpadać w panikę, ale kiedy trzeba, to rzuca wszystko, żeby pomóc chłopakowi.

Potężny ból dupy był także o Flasha, który tutaj nie jest łobuzem-sportowcem, tylko pozorem. Początkowo miałem wątpliwości, ale już po pierwszym obejrzeniu filmu stwierdziłem, że taka postawa ma w obecnych czasach o wiele więcej wspólnego z dokuczaniem w liceum niż bycie osiłkiem i kradzież drobnych młodszym uczniom albo spuszczanie im głowy w kiblu. Jestem w stanie uwierzyć, że bogaty, chamski typek z wybujałym ego potrafi zajść za skórę nawet bardziej niż przekonany o własnej wyższości kapitan szkolnej drużyny.

Obiekt westchnień Petera – czyli Liz – jest właśnie taka, jaka powinna być. To starsza wcześniej urodzona koleżanka ze szkoły, w której chłopak jest zakochany. Szkolna klasyka. Dodatkowo – jest ratowana tylko raz i to nie w finale, a cały film nie kręci się wokół tego, czy Peter ma z nią być, czy ma być Spider-Manem. Więc miłosny wątek jest na swoim miejscu – jest dość istotny dla Petera, no bo chłopak ma piętnaście lat, a dziewczynie, w której jest zadurzony nie jest obojętny, ale film nie robi z tego megadramy i nie opiera na tym całego swojego ciężaru, jak robiły wszystkie poprzednie produkcje ze Spider-Manem.

Inna dziewczyna – Michelle  – grana przez Zendayę, co do której zarzuty wyglądały tak, że ktoś wyprodukowany przez Disney Channel jest totalnym dnem, pełni w filmie raczej marginalną rolę. Moja dziewczyna zwróciła mi po seansie uwagę, że ból dupy przed premierą nie miał sensu, bo prawie tej postaci nie ma. Jasne, należy do tej samej paczki co Peter, ale raczej trzyma się na uboczu. Więc tutaj została tylko wprowadzona i najprawdopodobniej jej rola zostanie rozwinięta w kontynuacjach. Czy natomiast stanie się tutejszą wersją MJ? Może. Nie wiem. Naprawdę było jej na tyle mało, że ciężko prorokować. Na pewno wypada na plus, wbrew pochopnym opiniom sprzed premiery.

***

To naprawdę jest film o Spider-Manie, na jakie czekaliśmy i na jaki zasługujemy. Sam Spider-Man zasługiwał na taki film. Nie ma tutaj miłosnej dramy, nie ma wałkowania genezy (żadnych retrospekcji!), humor, dowcipasy i sceny akcji są idealnie zrównoważone z emocjonalnymi momentami.
Przede wszystkim jednak bohater przechodzi jakąś drogę – od niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania i udowodnienia wszystkim i sobie własnej wartości do nieco dojrzalszej wersji niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania. Biorąc pod uwagę to, że MCU jest projektem długoterminowym, nie mogę się doczekać, dokąd Petera zaprowadzi droga, na której pierwszy krok uczynił w tym filmie.

***

*Być może to, że na pierwszy spóźniłem się piętnaście minut i ominęło mnie całe wprowadzenie.
**Uwielbiam projekt tego własnoręcznie stworzonego kostiumu i niezmiernie się cieszę, że pojawił się w filmie.

Jaskier

PS Kto Was bardziej ucieszył – Pepper Potts czy Mac Gargan?

Reklamy

Read Full Post »


Civil War jest wykonane nieprzyzwoicie wręcz wybornie, mimo iż nie ustrzegło się kilku błędów, a w zasadzie jednego, czyli odwiecznego problemu MCU – przeciwnik kolejny raz niedomaga. Zwłaszcza w zestawieniu z niesamowicie wypadającą ekipą herosów.
Naprawdę, relacje między postaciami robią ten film i maskują wszelkie fabularne wpadki. Civil War ogląda się przede wszystkim po to, żeby zobaczyć tych bohaterów w nowej sytuacji, w sytuacji, jakiej jeszcze nie było – otwartego konfliktu, wręcz wojny. Każdy ma swoje zdanie, swoje argumenty i – mimo usilnych prób – nie da się zniwelować tego napięcia w ramach rozmowy.

Fabularnie wygląda to następująco – Steve Rogers kieruje nową drużyną Avengers (którą zobaczyliśmy pod koniec Age of Ultron) i w trakcie misji w Nigerii dochodzi do tragedii – giną niewinni ludzie. Przelewa to czarę goryczy, opinia publiczna domaga się, aby superbohaterowie podlegali nadzorowi komisji ONZ, a ludzie, którzy marzyli o tym po nocach, wreszcie mogą z szuflady wyciągnąć przygotowany już wcześniej dokument, który ma posłużyć do rejestracji nadludzi.
Nieustannie dręczony wyrzutami sumienia Tony Stark, który wszelkimi siłami stara się odpokutować za stworzenie Ultrona, przystaje na propozycję władz i przyjmuje rolę przywódcy stronnictwa popierającego rejestrację. Rogers, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że każda organizacja może zostać po cichu zinfiltrowana lub nawet przejęta, staje na czele opozycji, nie godząc się na bycie cynglem grupki polityków. Kolejni bohaterowie opowiadają się po którejś ze stron i w ten sposób dochodzi do powstania pierwszych spięć w drużynie.
Być może wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie to, że Kapitan Ameryka czuje się zobowiązany do ratowania przyjaciela – Bucky’ego – który po dokonanym w Wiedniu zamachu jest poszukiwany przez cały świat. Kapitan nie chce bowiem wierzyć w jego winę i zamierza dotrzeć do niego przed przedstawicielami władzy, aby przekonać się, czy ma rację i w Zimowym Żołnierzu zostało coś jeszcze z jego przyjaciela. Naturalnie, stawia go to po tej drugiej stronie barykady, co zaostrza konflikt, mimo iż na tym etapie da się go wciąż polubownie rozwiązać.

Tak się jednak nie dzieje, a po szczegóły udajcie się do kina.
Dalej są SPOILERY.

***

Strasznie podoba mi się sekwencja początkowa, w której Avengers zastawiają sidła na grupę najemników, udaje im się pokrzyżować ich plany, wracają więc do domu zwycięsko. Nie licząc wybuchu, przez który ucierpieli cywile. Ale chodzi mi o to, że sama akcja oderwana jest od reszty fabuły. Ot, drużyna wykonywała misję, co jest dla superbohaterów codziennością, Kapitan oklepał superzłoczyńcę, co też stanowi dla niego chleb powszedni. Nie jest potem ani razu wspomniane, czemu najemnicy pojawili się w akurat w Afryce, kto ich tam wysłał etc. To świetnie pokazuje, że ten świat jest olbrzymi i nie kręci się wyłącznie wokół wielgachnych, epickich wydarzeń. W przerwach od walczenia z kosmicznymi najeźdźcami albo szalonymi robotami, bohaterowie ratują świat na mniejszą skalę.

***

Powtórzę jeszcze raz i będę to robił do znudzenia – film stoi relacjami i interakcjami między postaciami. O podejściu do rejestracji rozmawiają głównie Rogers i Stark, wszak są liderami poszczególnych stronnictw, jednak doskonale wiadomo, jakie są motywacje każdego z bohaterów. Dlatego tak łatwo się zaangażować widzowi w ten konflikt, bo każdy, nawet jeśli nie czytał komiksów (trochę gorzej, jeśli nie widział poprzednich filmów), rozumie, o co i dlaczego ci śmiesznie poubierani ludzie walczą. Sposób nakreślenia postaci i konfrontowanie ze sobą poszczególnych bohaterów odpowiada w tym filmie także za komizm. Nie ma tu ani jednego wymuszonego żartu, mimo iż od początku sceny na lotnisku pojawiają się jeden za drugim, czy to sytuacyjne, czy słowne, czy też wynikające z komizmu postaci.
Całościowo film pozostaje stosunkowo ciężki, lecz właśnie takie drobne rzeczy, choćby miny „pomagierów” Kapitana po jego pocałunku z Sharon Carter albo cały występ Ant-Mana, spuszczają powietrze i pozwalają złapać oddech przed kolejną dawką napięcia.

***

Wiadomo było, że zgraja ludzi, spośród których niektórzy wcielają się w dane role już od ośmiu lat, stanie na wysokości zadania. Niewiadomą byli dwaj nowi gracze czyli Spider-Man oraz Black Panther.

Zacznę od tego drugiego, w którego wciela się Chadwick Boseman. I – no cóż – zamiast jęczeć, że nie ma czarnych w filmach, powinien pokazywać się w mediach od swojej lepszej strony. Którą pokazał właśnie tutaj.
Najpierw kilka słów wyjaśnienia – Black Panther to bohater z fikcyjnego państwa, Wakandy. Jej mieszkańcom udało się przeżyć i utrzymać w izolacji dzięki bogatym złożom vibranium i niezwykle zaawansowanej technologii. Jednocześnie kultywują tradycje swoich przodków, więc codziennym widokiem są tam plemienne stroje, włócznie, tego typu rzeczy, które pokazuje w swoich programach Cejrowski, a obok tego stoją kosmiczne wręcz machiny i superkomputery. I wszystko to w środku dżungli w samym sercu Czarnej Afryki.
Tytuł Czarnej Pantery przechodzi tam w królewskim rodzie z ojca na syna, obecnie nosi go T’Challa, którego gra Boseman. I muszę przyznać, że wypada fenomenalnie. Doskonale oddaje to, z czym kojarzy się jego postać – jest wyniosły i dumny, lecz jednocześnie honorowy jak na władcę przystało. Film o przygodach Czarnej Pantery wejdzie do kin w 2018 roku i szczerze powiedziawszy, już nie mogę się doczekać.

Spider-Mana znają wszyscy. Sporo osób narzeka, że niepotrzebna jest następna filmowa inkarnacja tej postaci. Kiedy obejrzą w akcji Toma Hollanda, usłyszą go, zobaczą jego interakcje z innymi bohaterami, zmienią zdanie.
W końcu z pełnym szacunkiem i bez cienia wstydu ktoś podszedł do Pająka. Z całą sympatią, jaką darzę teen-dramę z serii Webba, to jest Spider-Man, na jakiego czekałem i jakiego chcę obejrzeć w filmie. Mimo iż jest na ekranie w sumie góra piętnaście minut, to kradnie dla siebie cały film.

***

Złoczyńcą w tym filmie jest Baron Zemo. Który nie ma nic wspólnego z komiksowym Baronem Zemo. Absolutnie. Ani nie jest nazistą po tacie, ani nie ma różowej maski, ani nawet nie macha mieczem. Członkowie Hydry nie mają lekkiego życia po wyjściu z komiksu na ekran. Von Strucker miał chociaż monokl w AoU, tutaj jedynie wzięli imię. Facet nawet nie jest z Hydry.
Kim jest?
Sfrustrowanym mieszkańcem Sokovii, którego plan polega na znalezieniu nagrania, na którym Bucky morduje rodziców Starka, pokazaniu tego nagrania Tony’emu, zmuszeniu go tym samym do walki z Kapitanem, w efekcie której pozabijają się nawzajem, co pomści śmierć rodziny Zemo.
Zajebisty plan. Nie ma co.
Gdyby nie to, że relacje pomiędzy bohaterami są tak autentyczne, to ten dziwaczny plan z pociąganiem za sznurki zza kulis pogrążyłby tę produkcję. Ale było tam więcej – Stark rozpaczliwie próbujący zadośćuczynić światu oraz nieufny wobec wszelkich instytucji Rogers. Brak płaszczyzny, na której mogliby się porozumieć oraz ostatecznie niewątpliwy udział Bucky’ego w morderstwie rodziców Tony’ego, doprowadziły do tego, że Zemo odniósł częściowy sukces – zadał Mścicielom cios potężniejszy niż Loki i Ultron razem wzięci, mimo że jego motywacją była po prostu częściowo nieuzasadniona chęć zemsty, a plan był mocno przekombinowany.

Smuci trochę to, że kolejny raz przeciwnik zawodzi, że wciąż się nie nauczyli dobrze pisać łotrów. W sumie lepiej by było, gdyby został wykreślony z fabuły. Dałoby się to zrobić – postawić naprzeciw sobie bohaterów bez kogoś pociągającego za sznurki.

***

Naprawdę dobrze się bawiłem w trakcie seansu i polecam wszystkim, którzy chcą się wybrać do kina na jakiś film akcji. Co prawda złoczyńca wypada naprawdę blado, jego plan jest bez sensu i nieco psuje odbiór dosyć mocnego finału, jednocześnie podważa całą tę rejestrację superludzi, ale i tak warto. Esencję tej produkcji stanowią rewelacyjnie nakreśleni i zagrani bohaterowie.
To naprawdę porządny film, jeden z lepszych, jeśli chodzi o filmowe uniwersum Marvela.

Jaskier

Read Full Post »

Po tym jak okazało się, że bujająca po internetach ponapisowa scena z Age of Ultron jest jednak dziełem grupki upartych i utalentowanych fanów (TA scena) do tematu Pająka w MCU wróciłem ponownie miesiąc później (KLIK) w tekście, w którym pisałem również o Civil War oraz Suicide Squad.

Znamy już odtwórcę głównej roli, jakieś tam informacje powoli do nas docierają, wiemy, że Spidey zadebiutuje we wspomnianym wyżej Civil War. Latino Review rzuciło ostatnio nieco światła na solową produkcję o przygodach Pająka i – wiadomo – trzeba patrzeć na to przez palce, gdyż wszystko może okazać się jednym wielkim zmyśleniem, napisanym pod marzenia fanów, ale przeczytałem dziś coś ciekawego, toteż postanowiłem zakręcić się wokół Spider-Mana raz jeszcze, mimo iż do premiery solowego filmu jeszcze kupa czasu, a i na debiut tego bohatera przyjdzie nam czekać jeszcze kilka miesięcy.

Obrazek, który linkują ostatnio wszystkie portale i fanpejcze poświęcone nerdowskiej tematyce, nie jest co prawda oficjalnie opublikowanym projektem kostiumu, ale tajny informator donosi, że grafika ta jest bliska ostatecznemu wyglądowi stroju Spider-Mana.
Nie mam pojęcia, ile w tym prawdy, ale taki kostium bardzo mi się podoba.

Po pierwsze – wygląda na zrobiony przez nastolatka w piwnicy z tego, co akurat było pod ręką. Taki improwizowany styl sprawdził się w serialu Daredevil i ma dużo sensu – skąd oni niby mieliby brać te wymyślne kostiumy? No i też jakoś się to łączy z samozwańczością tych bohaterów. S.H.I.E.L.D. nie jest w stanie monitorować każdego człowieka obdarzonego mocami, odkąd poszło w rozsypkę i musi pozbierać się do kupy, więc ci wychodzą na ulice, by pomagać ludziom na własną rękę i nikt ich za tę rękę nie złapie i nie zahamuje superbohaterskich zapędów.

Po drugie – w stworzeniu wypasionego stroju może maczać palce Stark. Być może kostium będzie kartą przetargową, dzięki której niedoświadczony Peter miałby dołączyć do #teamTony. W komiksach był obecny podobny motyw, ale oczywiste jest, że nie sposób przełożyć go jeden do jednego na taśmę filmową. Z różnych przyczyn – między innymi dlatego, że Parker nie jest jednym z popularniejszych herosów z bagażem doświadczeń, a nastolatkiem, który dopiero rozpoczął karierę zamaskowanego stróża prawa. Możliwe, że Stark będzie próbował wesprzeć go technologią, by ten chętniej stanął po jego stronie w superbohaterskim konflikcie. Jakże musiałby być zdesperowany, by wykorzystywać dzieci w starciu z Rogersem.

***

Drugim zdjęciem, chyba nawet istotniejszym – a na pewno wywołującym więcej zamieszania – jest to, rzekomo przedstawiające listę aktorów, którzy zaliczą występ w filmie o Spider-Manie w 2017 roku.
Jeżeli nie okaże się jutro, że to wszystko ściema, to mamy tu dwie ważne informacje odnośnie tego filmu – Vulture i Scorpion jako wrogowie i Hugh Laurie jako redaktor Daily Bugle J. Jonah Jameson.
Ta para trepów do bicia dobrze by się nadała do pierwszego filmu z serii – nie było ich jeszcze na ekranie, a moim zdaniem obaj pasują do historii o młodzieżowym Pająku. W końcu Toomes swego czasu zajmował się wysysaniem energii witalnej, żeby się odmłodzić, a nastoletni i obdarzony nadludzkimi mocami Peter stanowiłby dla niego idealny cel. Natomiast Scorpion został niejako stworzony przez Jamesona do złapania Spider-Mana. Jakoś łatwo przychodzi mi wyobrazić sobie, że pierwsze, co robi ten gość po pojawieniu się w mieście nowego herosa, jest próba złapania go, nawet kosztem powołania do życia innego nadczłowieka.
No i sam Jameson – ciężko dzisiaj wyobrazić sobie, by ktoś mógł zastąpić w tej roli J.K. Simmonsa, który ponoć jeszcze niedawno wyrażał chęć powrotu do postaci choleryka-naczelnego nowojorskiej gazety, aczkolwiek jeśli włodarzom Marvela zależy na odcięciu się od poprzednich filmów, to wybór innego aktora jest raczej konieczny. A nuż serialowy doktor House pokaże, na co go stać i pociągnie tę role równie pięknie co jego poprzednik.

***

Póki co, pozostajemy w sferze domysłów i możemy tylko liczyć na to, że coś nam łaskawie wyjawią. Troszkę to wszystko na razie brzmi zbyt pięknie, więc podchodzę do tego z rezerwą, ale z drugiej strony jest w tym sporo sensu, dlatego też dzisiaj postanowiłem o tym napisać.
Co Wy myślicie? A może Waszym zdaniem kolejny reboot jest zbędny?

Jaskier

PS Jeśli jeszcze nie czytaliście, to tutaj możecie sprawdzić, co myślę o poprzednich filmach o Spider-Manie:
Trylogia Raimiego
The Amazing Spider-Man
The Amazing Spider-Man 2

 

 

Read Full Post »