Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Kung Fu Panda’

Netflix w kooperacji z Marvelem w końcu to zrobili – powstał nudny serial, który jakością spokojnie może powalczyć z najgorszymi sezonami Arrowa. A tak liczyłem na wzrost formy po słabawym Luke’u Cage’u.

Fabuła jest prosta i – jak pisałem na fanpejczu kilka tygodni temu – jebie Arrowem. Uznany za dawno zmarłego dziedzic fortuny i – poprzez 51% udziałów – także korporacji wraca do miasta i rozpoczyna walkę o odzyskanie tego, co mu się należy. Okazuje się jednak, że przez te piętnaście lat w Nowym Jorku wiele rzeczy się zmieniło i powrót do świata żywych nie będzie dla Danny’ego Randa taki prosty, jak mu się początkowo wydawało. I, wiecie, przez kilka pierwszych odcinków mamy potyczki prawne, posiedzenia zarządu, wizyty u prawników, rozmowy z prawnikami, straszenie prawnikami, sceny z życia w korpo, sceny z pracy w korpo, ludzi ubranych w garnitury i tego typu sprawy.
W serialu, który jest o najzajebistszym wojowniku kung-fu na świecie, ponad połowę czasu poświęca się sprawom majątku, firmy i członkostwa w zarządzie. Brak słów, więc rzucę po prostu dwoma hasłami – lol XD.
I tak jest już do samego końca. Jeszcze do szóstego odcinka, w którym ma miejsce coś na kształt tandetnego turnieju rodem z Mortal Combat czy czegoś w tym stylu, można się łudzić. Można mieć nadzieję, że koniec z tym korpo-bełkotem, że zaraz zaczną latać na sznurkach i w jakiś cudaczny, nierealistyczny sposób się okładać.
Ale nie…

***

Fabuła totalnie zawodzi, jak napisałem powyżej – cały czas się przewijają jakieś nudy związane z korporacją, z którą związani są bohaterowie. Może za to o nich samych można coś dobrego powiedzieć?
Nic bardziej mylnego.
Danny Rand, w którego wciela się Finn Jones, jest beznadziejny. Absolutnie nieautentyczny i nieprzekonywujący. Ma być mistycznym wojownikiem, człowiekiem, który przez piętnaście lat trenował sztuki walki i panowanie nad emocjami, niezniszczalną Żywą Bronią, ma być z niego król kug-fu jak lew jest król dżungli.
A jest jak rozpieszczony bachor. Dosłownie. Nie ma za grosz luzu, tylko chodzi wściekły i bez zastanowienia wszystkich chce tłuc. W dodatku cała jego motywacja związana jest z tym, że gdy kogoś zabija, to traci równowagę swojego chi, więc nie może używać wtedy mocy Iron Fista. Z tego powodu liczbę użycia przez niego tej zdolności można policzyć na palcach. To śmieszne, że akurat postać, która ma tytuł, oryginalny komiksowy pseudonim od samego początku serialu, kompletnie na niego nie zasługuje. W przeciwieństwie do pozostałych postaci z nadchodzących Defenders Danny nie przechodzi żadnej drogi, niczego się nie uczy, pod żadnym pozorem NIE widzimy w nim tytułowego bohatera.
Pizda, nie Iron Fist, jak powiedziałby mój były współlokator.

Postaci drugoplanowych jest kilka.
Jessica Henwick gra Colleen Wing*. Początkowo wydaje się spoko bohaterką, jest budowana między nią i Danny’m koleżeńska relacja, ma jakieś problemy z agresją, więc chodzi je rozładowywać na nielegalne walki, gdzie – O-CZY-WIŚ-CIE – rozkłada dwa razy większych od siebie facetów, co jest akurat fajne, ale, bo rzecz jasna musi być jakieś ale, zostaje to wyrzucone do kosza. Walki w klatce są raptem dwie, po jakimś czasie nawiązuje się między nią i Danny’m kiczowaty, wymuszony romans, okazuje się na koniec, że ona jest z Ręki, więc Danny jej nienawidzi, ale ją kocha, więc nie może jej nienawidzić…

Jest jeszcze Ward Meachum, taki człowiek w korpo, który kumplował się z Danny’m, gdy byli dzieciakami. On jest jedyną postacią, która naprawdę się rozwija, czegoś się uczy. Tylko jest jeden problem – to miał być serial o pieprzonych mnichach-wojownikach z mistycznego miasta z innego wymiaru, a nie historia zmagającego się z uzależnieniem i apodyktycznym ojcem korpo-wapniaka.

No bo jest ojciec, grany przez Davida Wenhama. Niby nie żyje, ale tak naprawdę po śmierci w wyniku raka wrócił do życia dzięki zawarciu umowy z Ręką i siedzi cały czas (w sensie kilkanaście lat) ukryty w luksusowym apartamencie, sterując firmą jako szara eminencja. W zamian za powrót do życia pozwolił Ręce na zinfiltrowanie swojej firmy, jednakże jako niecny biznesmen naturalnie knuje przeciwko nim.

Ręką steruje Madame Gao. Z jakiegoś dziwnego powodu… Postać ta pojawiła się wcześniej w obu sezonach Daredevila, gdzie była przedstawicielką chińskiej mafii. Tutaj kieruje Ręką, a przynajmniej tym członem Ręki, który odpowiedzialny jest za robienie kasy na narkotykach. Bo tak – mistyczni zombie-ninja z Japonii w tym serialu są dresami koszącymi kasę na dragach. A druga część Ręki – bo są tutaj dwa takie jakby odłamy – zajmuje się zbieraniem młodych ludzi, uczeniem ich, wpajaniem własnych zasad i wysyłaniem w świat, gdzie mają czekać jako uśpienia agenci. Tak sądzę.

I jeszcze wspomnę o Claire Temple. Kurwa. Kiedy wcześniej pojawiała się, spajając te seriale, to było na swój sposób urocze. Memy I’m here to talk to you about The Defenders Initiative mnie śmieszą. Ale kiedy pojawia się tutaj i mówi, że wciąż wpada na ludzi o niezwykłych zdolnościach, że ma doświadczenie z tym całym pokręconym gównem, ale NIE zadzwoni do Matta Murdocka, żeby przyszedł skopać dupę Ręce, tylko sama wpycha się na wszystkie misje i robi za głos „rozsądku”, przypominając bez przerwy, że nie można nikogo zabijać, to mi się rzygać chce.

***

Jeśli mowa o Daredevilu, to tam były lepsze walki. Niby Matt był szkolony przez mistrza wschodnich sztuk walki, ale w dużej mierze polegał na swojej sile i agresji, przez co choreografia nabierała ulicznego, brudnego posmaku. Tutaj, gdzie karykaturalne wręcz ciosy rodem z Domu latających sztyletów sprawdziłyby się fenomenalnie, gdzie można by zaszaleć z akrobacjami, turbokopniakami mamy co? Poszatkowane i posklejane w montażowni scenki, w których twórcy starają się przekonać widza, że Finn Jones umie w kung-fu.

Wraz z brakiem widowiskowych starć na dłonie i nogi, których wszyscy się spodziewali, przychodzi odarcie z mistycyzmu. Nie ma żadnych scen z Kunlun, gdzie Danny przebywał przez piętnaście lat. Wychodzi na to, że całe to jego szkolenie polegało w głównej mierze na wkładaniu mu do głowy, że Ręka jest zła, ponieważ nie widać po nim, by nauczony został czegoś innego. Jasne, niby umie walczyć, ale nie idzie za tym roztropność, samokontrola i panowanie nad emocjami, które związane są z kung-fu. Równie dobrze Danny mógłby przez piętnaście lat mieszkać na ulicy w Rio de Janeiro i tam nauczyć się bić.

***

Żal. Nie traćcie na to nawet czasu.

To uczucie, gdy w serialu o wojowniku kung-fu najbardziej prominenty i rozwinięty jest wątek uzależnionego od leków przeciwbólowych kierownika korporacji.

***

Trzy filmy o kung-fu, które lepiej obejrzeć zamiast Iron Fista:

  • Kung Fu Panda
  • Karate Kid
  • Ip Man

*Yellow-washing?

Jaskier

Read Full Post »

TVN zorganizował maraton ósmego grudnia. Miedzy innymi dlatego, że Mam talent! się skończyło i trzeba czymś było wypełnić dzień.

Wyświetlone zostały kolejno: Madagwiazdka, Święta, święta i Po oraz Pada Shrek. Łączy je motyw świąteczny i na pierwszy rzut oka zdają się być tylko i wyłącznie produktem ubocznym  popularnych serii. Które same były świetnymi filmami, niektóre z nich wymieniane są jako klasyka animacji (albo jako pierwsza bajka animowana, jak powiedziała pani od WOK-u o Shreku, oczywiście oponowałem, ale weź się kłóć z nauczycielem).
Czy są jedynie próbą wydarcia cennych minut od widzów?
Trochę tak, ale nie do końca.

Przede wszystkim wprowadzenie motywu świąt (choć wypaczonego na obecną modłę) umożliwiło dodanie świetnych żartów. Król Julian jako osoba obchodząca swoje święto dwudziestego czwartego grudnia? Kapitalne. Świetny był również konflikt na linii pingwiny – renifery Mikołaja. Niedorzeczny, aczkolwiek cholernie satysfakcjonujący i zabawny.

To również okazja do spędzenia większej ilości czasu z ulubionymi postaciami, choć osobiście mogę w ten sposób powiedzieć chyba tylko o Julianie i Ośle. Oczywiście nie twierdzę, że pozostali bohaterowie występujący w tych trzech seriach są słabo napisani, ale tych dwóch wyraźnie się wybija się ponad pewien poziom. Zakładam, że wiele innych osób również tak uważa, co z pewnością jest po części zasługą p. Stuhra i p. Boberka, którzy odwalają kawał dobrej roboty, dubbingując tych dwóch pajaców.

Jednakże wymienione na początku wpisu filmy mają pewną poważną wadę – pod względem morału i przebiegu wydarzeń są identyczne. Postacie uczą się, że trzeba być dobrym i miłym, i pomagać innym, i inne tam takie. Oglądanie tych produkcji w formie maratonu mija się więc z celem. O wiele lepiej robić przerwy. Najlepiej roczne.
I wyszło na to, że w TVN-ie nie myślą.

Jaskier

Read Full Post »