Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Henry Cavill’


Mamy raptem końcówkę kwietnia, sezon blockbusterów się jeszcze nie zaczął, a już dostaliśmy film, którego w kategorii Zawód Roku raczej nic nie przebije. Produkcja, która miała nadać rozpędu całemu filmowemu uniwersum DC srodze zawodzi. Gdy film zaczął się sceną retrospekcji, w której była inna retrospekcja, a wszystko to się okazało snem z narracją Bruce’a Wayne’a, wiedziałem, że ta produkcja faktycznie jest tak zła, jak wszyscy pisali.

Być może jesteście świadomi gównoburzy, jaka przetoczyła się branżowych mediach oraz portalach społecznościowych, ale z kronikarskiego obowiązku przypominam – BvS został zmasakrowany w recenzjach (29% na Rotten Tomatoes), na co ekipa twórców wyskoczyła z hasłem, że zrobili film dla fanów, a nie dla krytyków. Wychodzi więc na to, że skoro mi się wybitnie nie spodobał, to muszę spalić wszystkie moje koszulki z Batmanem i wyrzucić zestawy LEGO, gdyż nie zasługuję na miano fana. Podsumowując ten akapit – ci ludzie mieli rację, ta produkcja niestety naprawdę jest aż tak mierna, a twórcy głupszej linii obrony wymyślić nie mogli.

W dalszej części tekstu będą SPOILERY. Czujcie się ostrzeżeni.

Batman i Superman się nie lubią

Konflikt, na którym powinna skupiać się fabuła tego filmu, nie istnieje. Superman uważa, że Batmana trzeba umieścić w więzieniu, natomiast on sądzi, że tamten stanowi zagrożenie dla ludzkości. No i niby obaj mają racjonalne powody, by się nie móc dogadać, ale fabuła nic sobie z tego nie robi i tytułowe starcie sprowadza się tak naprawdę do jednego pojedynku, w finale którego bohaterowie się dogadują, zostają najlepszymi przyjaciółmi i sojusznikami.

To brzmi bardzo źle, ale naprawdę tak było. Przez cały film nie czuć wzrastającego napięcia między Bruce’em i Clarkiem. Pamiętacie tę scenę ze zwiastuna, z przyjęcia u Luthora, w której Superman i Batman ścierają się bez peleryn? Po pierwsze – nie znają wtedy jeszcze swoich tożsamości, a po drugie – cały dialog został umieszczony w materiałach promocyjnych. Te dwie rzeczy wysysają do cna fajność tej sceny.

I mimo iż sama walka była satysfakcjonująca, odpowiednio zrealizowana i nawet mi się podobała, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że głównie dlatego, że Batman robił Supermanowi to, co ja chciałbym zrobić twórcom tego filmu za spartaczenie roboty. Ponieważ Batman – jako lepiej przygotowany – starcie wygrywa, co jest oczywiste dla każdego. W ogóle, przed potyczką wrzucony jest bezczelny montaż ćwiczącego na siłowni Bruce’a – podnoszącego ciężary, ciągnącego oponę etc. i to wygląda tak kiczowato, że w pierwszej chwili się spodziewałem melodii z Rocky’ego i przeplecenia tego ze scenami z Clarkiem, który się goli, idzie po zakupy albo wyrzuca śmieci.

***

Świat nie lubi Supermana

Superman na co dzień zajmuje się lataniem po świecie i ratowaniem Lois Lane. Reporterka już tak ma, że często wpada w jakieś tarapaty, na przykład podczas próby przeprowadzenia wywiadu z przywódcą terrorystów gdzieś w odległej Saharlandii. Na miejscu dochodzi do strzelaniny, którą rozpoczynają podstawieni Typowi Najemnicy z Filmów o Superbohaterach (przynajmniej jeden z nich należy do Hydry), no i cały świat uważa, że Superman jest za to odpowiedzialny. Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Chyba scenarzysta stwierdził, że coś takiego przeważyłoby szalę i skłoniłoby władze do postawienia Supermana przed sądem. Czy jakoś tak.

Ten nastrój ogólnoświatowego niepokoju związanego z wszechpotężnym kosmitą niby pasuje do motywu Bruce’a Wayne’a, który będąc naocznym świadkiem wydarzeń z Metropolis, zdaje sobie sprawę z tego, jakim zagrożeniem może być Superman, ale to tylko na papierze. W filmie to jest tak jakoś nieporadnie zgrane, dodatkowo chaotyczny montaż wcale nie pomaga.

***

Lex Luthor nie lubi Supermana

To zdecydowanie najgorszy element tego filmu. Po pierwsze interpretacja Jesse’ego Eisenberga zupełnie do mnie nie przemawia, chociaż przeważnie kreacje tego aktora przypadają mi do gustu. Już dawno nie widziałem tak poważnej pomyłki obsadowej. Po drugie plan Luthora nie ma sensu. Ponieważ – jak się dowiadujemy – ojciec go bił, Lex stwierdził, że Bóg nie może być jednocześnie wszechmocny i wszechdobry. Jako że tutaj Superman bez przerwy przedstawiany jest jako boska istota, to nic dziwnego, że znalazł się na celowniku geniusza.
Tylko że… to nie ma nic wspólnego z komiksowym Luthorem, który powinien dążyć do usunięcia Supermana z zupełnie innych pobudek. No ale dobra, komiksy swoją drogą, filmy swoją.
Zupełnie jednak nie rozumiem jego planu. Z jednej strony wskutek jego intrygi dochodzi do starcia bohaterów, chce, by Batman zabił dla niego Supermana, a jeśli mu się nie uda, to jako asa w rękawie schowanego ma Doomsdaya. Zachowuje się jak jakiś opętany wariat, przez swoją niepoczytalność bardziej przypomina Jokera niż Lexa Luthora.

***

Kobiety

Wątek Lois Lane do niczego nie prowadzi. Przez cały film dziennikarka gdzieś tam jeździ, z kimś tam rozmawia, próbując udowodnić, że Superman nie strzelał do ludzi na pustyni (sic!), że za wszystkim stoi Lex Luthor, ale nic z tego nie wynika. Równie dobrze można by ten element filmu wyciąć i nikt by nawet nie zauważył.

Wonder Woman ma nawet jeszcze mniejszą rolę. Jest tu tylko dlatego, że niebawem wychodzi jej solowy film. Pojawia się, ale równie dobrze mogłoby jej nie być. Ma dwie kwestie w dialogu z Wayne’em i później dołącza do finałowej walki.

Nie sposób tutaj nie wspomnieć o tym debilnym zakończeniu walki pomiędzy tytułowymi bohaterami. Batman już ma przebić Supermanowi głowę kryptonitową włócznią, ale ten mówi, że zabiją Marthę, więc Bruce odpuszcza, bo jego mama też tak miała na imię. I mimo iż zostało to zaznaczone na początku filmu i potem jeszcze raz w trakcie, to ponownie nam pokazują scenę śmierci Wayne’ów, lecące perły oraz szepcącego imię żony Thomasa Wayne’a.
Wiecie, żebyśmy nie mieli wątpliwości, o co chodzi.
W mgnieniu oka stają się więc najlepszymi na świecie kumplami i ta trwająca kilka sekund przemiana kompletnie nie gra.

***

Można by się jeszcze pastwić nad tym filmem, na przykład nad pierdyliardem odniesień do komiksów, które są, bo są, a same w sobie nic nie wnoszą, gnoić trzeba ten tragiczny montaż, beznadziejnie słabe „zapowiedzenie” Justice League, lecz szczerze mówiąc, nie chce mi się już, więc przejdę do podsumowania.

Plusy tego filmu?
– Ben Affleck jako Bruce Wayne/Batman;
– Lois Lane wie, że Clark Kent i Superman to ta sama osoba;
– finałowa scena walki i w ogóle wszystko wygląda ładnie, Zack Snyder to istny wizualny fetyszysta;

Minusy?
– Zack Snyder kazał Cavillowi ściskać dupę, ile wlezie;
– rola Lois Lane jest do pominięcia;
– Batman zabija, ale nie mamy pojęcia, co go złamało, nie dostajemy żadnej informacji o jego przeszłości;
– scena pościgu Batmobilem to istna wizytówka montażysty tego „dzieła”;
– Wonder Woman nic nie wnosi do fabuły;
– Lex Luthor to jakaś pomyłka i kpina;
– montaż sprawia, że film ogląda się niczym długaśny, dwuipółgodzinny zwiastun;
– kompletnie zawodzi tytułowy konflikt;
– Gotham i Metropolis leżą nad jedną rzeką;
– Zack Snyder jako reżyser;
– Luthor zgromadził informacje o innych nadludziach i każdy filmik opatrzył stosownym logo;
– siedemnaście razy wojskowi zaznaczają, że finałowa walka z Doomsdayem ma miejsce na niezamieszkanym terenie;

Mówić krótko – słabizna i jest mi niebywale przykro z tego powodu.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

Tak naprawdę, to nie siedemnaście, no ale skoro już się daliście nabić w butelkę, kliknęliście w ten jakże zachęcający tytuł, to zapraszam do przeczytania całości. Mam nadzieję, że nie pożałujecie.

Zacznijmy więc od tego, kim jest pan, o którym mowa w tytule? Otóż Zack Snyder* jest reżyserem. Bywa także scenarzystą filmowym, ale na tym polu jego dokonania są o wiele skromniejsze. Wygląda tak:

Robi bardzo fajne filmy. I celowo użyłem tutaj słowa fajne, gdyż co do ich jakości można by się długo spierać. No ale grunt, że mnie się większość podoba, w końcu to mój tekst, na moim blogu. Określiłbym go jako Michaela Baya, którego filmy da się oglądać i nawet sprawia to przyjemność. Tylko że… no właśnie, nie jest to jakiś wybitny tytuł albo hasło, które można by rozdawać na naklejkach i twórcy nosiliby je z dumą, przypięte do kurtek niczym odznaki dzielnego pacjenta. Ale cóż ja mam począć, skoro tak właśnie odbieram twórczość pana Snydera?

IMDb podaje siedem jego pełnometrażowych filmów, które już doczekały się premiery:
Świt żywych trupów
300
Watchmen: Strażnicy
Legendy sowiego królestwa
Sucker Punch
Człowiek ze Stali
Batman v Superman
Z tej grupy nie widziałem tylko tej animacji o sowach i BvS, na który się wybieram jutro, toteż pomijając te dwa tytuły, prześledźmy dokonania pana Snydera.

Świt żywych trupów pamiętam najsłabiej, gdyż widziałem go tylko raz kilka lat temu w telewizorni. Jest to film – co za szok – o apokalipsie zombie, będący remake’iem tytułu z 1978, w którym grupa ocalałych barykaduje się w centrum handlowym. Wizualnie jest paskudny, czyli bardzo dobrze, w końcu to film o żywych trupach. Wzorem innych z gatunku nie kończy się dobrze.

300 lubię, nawet bardzo, chociaż doskonale świadom jestem jego wad i to nie tylko tych w kwestiach historycznych, na których to temat wysłuchałem raz w gimnazjum wykładu pana od historii. Podoba mi się to, z jaką pompatycznością, a jednocześnie bardzo kiczowato nakręcona została adaptacja komiksu o Spartanach spod Termopil. Warto też dodać, że te dziesięć lat temu poleganie na komputerze i nasranie filtrami były dla mnie czymś nowym.
Trzeba także pamiętać, że kolejne podejście producentów 300 do tematyki, powiedzmy, antycznej Grecji, tym razem już bez Snydera na pokładzie, okazało się totalną porażką. Immortals to śmierdząca kupa i pozostaje zapytać – czy zabrakło trzymającego nad wszystkim pieczy Snydera, czy solidnego materiału źródłowego?
A, łapcie to – w Immortals Superman walczy z Hyperionem. :P

Watchmen to chyba najlepszy z dotychczas wyreżyserowanych przez Zacka Snydera filmów. Równocześnie jest to bardzo mocny kandydat do miana najlepszej produkcji o superbohaterach. Poczytajcie internety, pełno jest tam takich opinii, nawet sam byłem podobnego zdania. Czemu byłem? Gdzie jest haczyk?
Czytaliście Watchmen?
Nie?
To przeczytajcie. Warto.
Zack Snyder przeczytał, zachwycił się i stwierdził, że musi zrobić z tego film. Niestety, jak to u niego bywa, przekopiował kadry bezpośrednio z komiksu na klatki filmowe, a część materiału musiał wyciąć, by zmieścić się w i tak długaśnym czasie seansu.
No i jest, taka laurka dla dzieła Moore’a. Wielka, świecąca strzałka informująca, żeby przeczytać komiks. Ma naprawdę mocne elementy – napisy początkowe, które nosem wciągają te ciągnące się w nieskończoność sieci ze Spider-Mana Raimiego albo tę dziwaczną sekwencję z X-Men Singera. Osobiście uwielbiam również postać Rorschacha.
Także w sumie jest to najlepszy film wyreżyserowany przez Snydera, ale głównie dzięki temu, że jak długo jest w stanie, trzyma się pierwowzoru.

Ten film byłby ekstra, gdyby nie to, że jest mocno powalony. No bo ponoć było tak, że ankieta wykazała, co się męskim młodzieżom podoba najbardziej i co by takie młodzieże chciały oglądać. Nie licząc golizny, no bo wiadomo – #PG13.
I w tym filmie jest wszystko – robo-samuraje, pruscy zombie, mechy, orkowie, smok, walki na miecze, strzelanie oraz miłe dla oka dziewczęta.
Tylko że ubrane jest to wszystko w incepcjopodobny gównobełkot o wizji w wizji, żeby uciec od prawdziwego świata, w którym przez splot nieszczęśliwych wypadków główna bohaterka ma zostać poddana zabiegowi lobotomii. Przez Poe Damerona obdarzonego alfonskim wąsikiem.
Dlatego wyobraża sobie, że zamiast w szpitalu psychiatrycznym, jest w dziwnym burdelu… w którym tańczy dla klientów… hipnotyzuje ich tym tańcem, a sama wyobraża sobie, że w tym samym czasie przeżywa te wszystkie przygody, o których była mowa akapit wyżej.
Na tym etapie doskonale widać, jaki jest problem pana Zacka Snydera – no umie kręcić różnorodne sceny akcji i najwyraźniej sam ma z tego sporą frajdę, ale jest potrzeba, by ktoś go pilnował. Jak dziecko, które może podczas zabawy popsuć którąś z zabawek albo nabałaganić i nie posprzątać po sobie.

Niby po premierze nie zmieszałem tego filmu z błotem, ale jako start dla filmowego uniwersum nie bardzo się nadaje. Bo dzisiaj – kilka lat po premierze – naprawdę niewiele pamiętam. Przydługawy wstęp, dziwaczną postawę Costnera, Russela Crowe’a z kołkiem w dupie, przerysowanego Zoda, jego dziwaczny plan. I masę rozwałki. I wciąż uważam, że była wykonana porządnie, choć było jej zdecydowanie zbyt dużo. Bardzo spoko była ta końcowa scena ze strąceniem szpiegowskiego satelity, ale ona nijak się miała do tonu całego filmu.
Przykre, że nie udało się już wtedy zbudować potężnej marki, wszak Superman naprawdę zasługuje na porządny film.

***

Podsumowując to do kupy, ciężko nazwać Zacka Snydera wizjonerem. Na pewno jest zdolny i ma potencjał, ale jego zapał do rozwalania rzeczy na ekranie trzeba ostudzać. I wytłumaczyć mu, że czasem warto używać kolorów. Naprawdę lubię jego filmy, te sprzed Man of Steel, ale poza Watchmen, to bardziej w kategoriach guilty pleasure, mając świadomość tego, że są tylko fajne.

***

Jeszcze jedno, ale tym razem odnośnie aktorów:
Warner, ogarnij się i nie wkładaj tym ludziom kołka do dupy. Wystarczy, że Christian Bale wypadł, jak wypadł w roli Wayne/Batmana. To świetny aktor, a u Nolana zagrał tak mdło i beznamiętnie, jak Stephen Amell w Arrow. W CW główne role dostają modele bielizny męskiej, więc ciężko się czepiać, ale od flagowych produkcji studia przecież można czegoś wymagać.
A teraz to samo dzieje się z Cavillem. Zrobił taką niesamowitą robotę w Kryptonim U.N.C.L.E., że czapki z głów, a tu mu każą zaciskać zęby i robić groźne miny przez dwie i pół godziny. Zupełnie jakby aktor przed wejściem na plan tych filmów musiał zostawić część swojego talentu w garderobie.

***

Na film idę jutro do Bonarki w Krakowie, seans o 17:00. Jeśli któraś z Was zechce, będę się podpisywał na piersiach.
Oby jednak nie było to takie gówno, jak wszyscy mówią.

***

*Nie mylić ze Scottem Snyderem, utalentowanym scenarzystą komiksowym, ostatnio autorem serii Batman, wcześniej Amerykańskiego wampira.

Jaskier

PS Konia z rzędem temu, kto będzie wiedział, dlaczego Snyder został przedstawiony jako Człowiek-Mikser.

Read Full Post »

Mam zaszczyt hurtem zaprezentować Wam najlepszych z najlepszych anno Domini 2015 w trzech kategoriach: Mała rola w filmie popcornowym, Duża rola w filmie popcornowym oraz Film popcornowy. Oto – co prawda spóźnione, ale przecież lepiej późno niż wcale – nominacje do Jaskierów 2015.

***

Mała rola w filmie popcornowym:

Colin Firth za rolę Harry’ego Harta w filmie Kingsmen

Najbardziej brytyjski ze wszystkich Brytyjczyków, urodzony, by grać dżentelmena, Colin Firth ląduje na tej liście za rolę tajnego agenta-mentora, który musi przekazać pałeczkę następnemu pokoleniu szpiegów. W czasach, gdy Bonda gra Daniel Craig, dobrze, że wciąż są tam gdzieś fani agentów zakutych w szyte na miarę garnitury, którzy muszą stawić czoła kiczowatym złoczyńcom, próbującym przejąć kontrolę nad światem.
Colin Firth idealnie spełnia powierzone mu zadanie. Ciężko wyobrazić sobie, by ktoś inny mógł walczyć ze złem z taką klasą i nienagannym akcentem.
Kliknij, by poczytać więcej.

***

Jeremy Renner za rolę Hawkeye’a w filmie Avengers: Age of Ultron

Hawkeye sportretowany w MCU przez Jeremy’ego Rennera w Age of Ultron w końcu stał się tym, kim powinien być od początku – w świecie półbogów, kosmitów, mutantów i superżołnierzy stanowi nośnik normalności, z którym widzowi najłatwiej się utożsamić. Pałęta się z tym swoim łukiem i strzałami, ale świadomy tego, że nie do końca pasuje do drużyny, w której przyszło mu walczyć. Jednocześnie w całej tej swojej śmieszności, która przeniesiona jest z komiksowego pierwowzoru, stanowi dla Avengers kotwicę. Jego normalność wnosi do ekipy pierwiastek czysto ludzki.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Nicholas Hoult za rolę Nuxa w filmie Mad Max Fury Road

Jak łatwo sobie wyobrazić, Mad Max pojawi się jeszcze na tej liście. Dla samego Nicholasa Houlta nie jest to natomiast pierwsze przyznane przeze mnie wyróżnienie. Kilka lat temu zagrał zombie w komedio-horrorze pt. Wiecznie żywy. Tym razem George Miller powierzył mu rolę fanatycznego wojownika, poddanego lokalnego watażki. Aktor kolejny raz przeszedł transformację fizyczną (w serii X-Men również spędza kupę czasu na fotelu u charakteryzatora), co powoli staje się jego znakiem rozpoznawczym.
No ale na ponowne wyróżnienie zasłużył sobie czymś innym – to w zasadzie jedyna postać, która w filmie ewoluuje, przechodzi jakąś przemianę i aktor z powierzonego mu przez reżysera zadania się wywiązał. Gdy Nux orientuje się, że Wieczny Joe jest tak naprawdę despotycznym tyranem, rozpoczyna się jego ścieżka na Jasną Stronę Mocy.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Kate Blanchet za rolę Macochy w filmie Kopciuszek


A tu być może zaskoczenie, bo nic na blogu na temat tego filmu się nie pojawiło. Więc w telegraficznym skrócie – czy sześćdziesiąt pięć lat po premierze animowanej wersji Kopciuszka można coś jeszcze z tego wycisnąć? Czy robienie aktorskich wersji każdej z Księżniczek Disneya ma sens?
Cóż, na pewno nie w postaci musicalu, w którym jest więcej tekstu śpiewanego niż w Nędznikach, ale próbować warto. Co prawda rzeczony Kopciuszek Kennetha Branagha fabularnie niewiele nowego ma do zaoferowania, aczkolwiek wygląda wprost przepięknie. Nominacje za kostiumy i scenografię posypały się ze wszystkich stron i mimo iż ostatecznie Oscara w tej kategorii wygrał Mad Max, to nie można pod tym względem nowej inkarnacji klasycznej opowieści niczego odmówić.
Jest jednak jeszcze coś poza sukniami i landszaftami, co wyszło – antagonistka. Zła macocha grana przez Cate Blanchett jest przesiąknięta złem do szpiku kości i zrobi wszystko nie tyle po to, by sobie i córkom zapewnić komfortowe życie, ale wyłącznie w celu uprzykrzenia go Kopciuszkowi. Aktorka wręcz rozkoszuje się tym, jak okrutna oraz niesprawiedliwa jest jej bohaterka i mimo że nie sposó jej kibicować, to musi na widzu zrobić wrażenie.

***

Harrison Ford za rolę Hana Solo w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Ostatnie z pięciu nazwisk w tej kategorii należy do legendy popcornowego kina. Pomimo sporych niedociągnięć filmu i według mnie kontrowersyjnych fabularnych decyzji, nie potrafię wyobrazić sobie tej listy bez zawarcia na niej Harrisona Forda, wracającego do roli gwiezdnego przemytnika i awanturnika, która niegdyś otworzyła mu na oścież drzwi do kariery.
W Przebudzeniu Mocy daje popis i wcale nie widzimy na ekranie podstarzałego aktora, a wiekowego bohatera, ściganego przez demony przeszłości. Już za sam fakt podejścia do roli na poważnie należą się brawa.
Kliknij, by przeczytać więcej.

***

To nie jest tekst sponsorowany, po prostu uważam, że Majonez Kielecki to najlepszy majonez we Wszechświecie.

***

Duża rola w filmie popcornowym:

Charlize Theron za rolę Furiosy w filmie Mad Max: Fury Road

Piątkę najlepszych aktorów w minionym roku otwiera w moim plebiscycie Charlize Theron. Tym razem jej występ w zmartwychwstałej marce sprzed lat nie ogranicza się do seksu z Idrisem Elbą (pamiętacie o jej postaci z Prometeusza coś więcej?), ba! w zasadzie Furiosa jest główniejszą bohaterką niż tytułowy Max. Pewna grupa ludzi w internetach nawet zaczęła się rzucać o to, że film miał zbyt feministyczny wydźwięk, ale ja się z tym zgodzić nie mogę. To znaczy – ja absolutnie nie neguję tego, że aktorka kradnie szoł Tomowy Hardy’emu, nie widzę jednak powodu, by nie mogło tak być. Nie ma ani krzty sztuczności albo wciskania widzowi czegokolwiek siłą w uczynieniu z kobiety głównego bohatera filmu akcji. Na pewno nie w takim wydaniu.
No i hej, aktorka dała sobie ogolić głowę i amputować rękę, więc podważanie kozackości jej postaci naprawdę mija się z celem.

***

Seth MacFarlane za rolę Teda w filmie Ted 2

Czy można tu zostać wyróżnionym za dubbingowanie postaci? Jak widać tak.
Seth MacFarlane po potknięciu, jakim przed rokiem był jego komediowy western, wrócił z kontynuacją filmu, który w 2012 szturmem wziął kina. Pomimo że Ted 2 finansowego sukcesu swojego poprzednika nie pobił, ani nawet nie był bliski wyrównania go, to ja poza jednym mocnym zgrzytem (gdzie się podziała Mila Kunis?!) zostałem kupiony, a wszystko to za sprawą przeklinającego, palącego zioło pluszowego misia. Umówmy się, ten koncept to komediowe złoto, a postawienie go w sytuacji, w której musi udowodnić, że zasługuje na traktowanie jako pełnoprawny obywatel, zdaje egzamin. Dlatego stwierdzam, że pomysłodawca i użyczający głosu twórca zasługuje na wyróżnienie.
Kliknij, by przeczytać więcej na temat tego filmu.

***

Paul Rudd za rolę Scotta Langa w filmie Ant-Man

Co się dzieje, gdy angaż w filmie Marvela dostanie grubawy komik?
Studio robi z niego gwiazdę kina akcji, jednocześnie nie marnując komediowego potencjału aktora.
Paula Rudda widziałem wcześniej w jednym filmie (o tym) i kiedy uświadomiłem sobie, że to ten gość ma grać życiowego nieudacznika, który zyskuje supermoce oraz szansę na stanie się superbohaterem, to wiedziałem, że wszyscy to kupią.
Po prostu jest coś takiego w tym aktorze, że fatłapowatość granych przez niego bohaterów jest niezwykle autentyczna. Scott Lang jest dupkiem dla większości ludzi, ale szczerze kocha córeczkę i potrafi wykazać się lojalnością wobec przyjaciół, dzięki czemu wnosi do marki, jaką jest MCU, nowy pierwiastek.
Kliknij, by przeczytać więcej o tym filmie.

***

Henry Cavill za rolę Napoleona Solo w filmie Kryptonim U.N.C.L.E.

O tej produkcji również nie miałem dotychczas okazji napisać. O filmie będzie więcej niżej, tu natomiast skupię się na postaci granej przez Henry’ego Cavilla, ponieważ jest w niej coś intrygującego. Otóż, w przeciwieństwie do innej ostatnio popularnej roli w blockbusterze, tutaj rzeczywiście coś gra. Nie rozumiem, dlaczego decyzyjni ludzie w Warner Brothers podjęli taką dziwaczną decyzję i wypompowali z jego interpretacji Supermana jakiekolwiek emocje. Najwyraźniej oni już tak mają (patrz – Christian Bale w roli Bruce’a Wayne’a/Batmana).
No ale o tym jeszcze popiszemy za miesiąc, tu chcę pochwalić tego aktora, ponieważ daje niewiarygodny popis. Po premierze Kingsman nie sądziłem, że 2015 przyniesie jeszcze jakiś dobry film o szpiegach, a tu taka niespodzianka. Napoleon Solo to – wprawdzie amerykański – ale Bond, jakiego potrzebujemy i na jakiego zasłużyliśmy.

***

Adam Driver za rolę Kylo Rena w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Nie stałem się fanem Przebudzenia Mocy, ale postaci i roli Adama Drivera będę bronił zawsze i wszędzie. Na początku, świeżo po pierwszym seansie, podobnie jak cała masa ludzi w Internecie, sądziłem, że takie podejście do Sitha jest głupie, ale potem mnie olśniło – to właśnie o to chodziło, żeby pokazać takiego emo-dzieciaka, którego największym marzeniem jest stanie się koszmarem i postrachem całej Galaktyki. Nie wie, jak się do tego zabrać, ma wątpliwości, czy sobie da radę, ale zżera go ta chora ambicja i pragnienie dorównania legendarnym postaciom. W zasadzie jest to Sith idealny do tego filmu – gdyby naprawdę chcieli zrobić Dartha Vadera dwa, to aktor, reżyser oraz scenarzyści musieliby zmierzyć się z tymi samymi rozterkami, z jakimi zmaga się Kylo Ren. Zewsząd otacza go presja, bo wszyscy chcą, by był groźny i zły do szpiku kości, on sam tego pragnie bardziej niż ktokolwiek inny, ale nie do końca sobie radzi z powierzonym zadaniem.

***

Tak oto wygląda moje podsumowanie 2015 roku w kinie rozrywkowym. Jeśli chodzi o same role, rzecz jasna. Jest mi wstyd i przykro, że takie opóźnienie, no ale#studia #praca. Nie mam siły i niestety czasu robić jakiegoś finału dla aktorów, wszyscy byli naprawdę ekstra. Na dniach powinien ukazać się jeszcze tekst z samymi filmami, potem przejdziemy do bieżących spraw – przeczytałem pierwszy polski numer Deadpoola, obejrzałem drugi sezon Daredevila, więc będę miał o czym pisać, a co za tym idzie – Wy będziecie mieli co czytać.

Jaskier

Read Full Post »