Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Flash – opinia o serialu’

Korzystając z trwającej na uczelni międzysemestralnej przerwy, postanowiłem zabrać się za nadrabianie zaległości. Między innymi tych serialowych z katalogu stacji CW. I tak – Flasha obejrzałem do tego momentu, w którym na jaw wychodzi, kto kryje się za żółtą maską Reverse Flasha, natomiast Arrow zaliczyłem do powrotu Olivera do Starling City po połowie sezonu.
I tego, będą SPOILERY, czujcie się ostrzeżeni.

***

Flash – niestety – wciąż kurczowo trzyma się formuły potwora tygodnia, obrzucając widza tymi oklepanymi archetypami superzłoczyńców. Meta-ludzie kontrolujący elektryczność, ogień, sterujący umysłami, zamieniający swoją skórę w metal – nic, czego byśmy nie widzieli już wcześniej.

Na szczęście (dla widzów, nie głównego bohatera) tajemnica człowieka w żółtym kostiumie staje się coraz mniej tajemnicza, co pozwala mieć nadzieję na rozwijanie jakiejś prawdziwej historii, gdyż ciężko w ten sposób nazwać odcinki o tym, że Barry traci moc albo musi zmierzyć się ze swoim szkolnym prześladowcą, który w wyniku wybuchu akceleratora również zyskał nadludzkie zdolności.

W zasadzie, jeśli teraz co druga osoba w Central City jest meta-ludziem, to może powinni się w kilku skrzyknąć i zmierzyć się z Flashem w grupie? I tak co tydzień wrzucają nowego łotra, który kiedyś tam pojawił się na dwóch kadrach w jakimś komiksie. Czy tak trudno napisać dwuodcinkową fabułę, w której pojawia się pięciu lub sześciu takich gości, przez co będą stanowić wyzwanie nie tylko na zasadzie musimyznaleźćnaukowysposóbnapokonanietegonowegoprzeciwnika? Taką bowiem formę przyjmuje większość odcinków.

Jeśli chodzi o postacie, to Barry wciąż jest tym słodziasznym nerdem w trampkach, straszniebardzo mi się dobrze na Granta Gustina w tej roli patrzy. Na podobnej zasadzie pasował mi Andrew Garfield jako Parker, przy czym serialowy Allen jest autentyczniejszy i ma więcej entuzjazmu. Co właśnie w tej postaci cenię.
Iris wciąż jest cholernie niepotrzebna. Jej obecność podyktowana jest wymaganiami amerykańskiego rynku – hamburgerojady lubią oglądać miłosne perypetie, nawet jeśli historia jest o superbohaterach. Natomiast wszyscy rozsądni widzowie* klną pod nosem, zdając sobie sprawię, że po wycięciu tego kretyńskiego nieudanego romansu byłoby więcej czasu i pieniędzy na naprawdę istotne sprawy.
Wsparcie Flasha w postaci trójki naukowców ze S.T.A.R. Labs jest głównie po to, żeby wymyślać naukowe sposoby na pokonanie meta-ludzi. Doktor Wells, który im doktoruje jako najmądrzejszy z mądrych, wciąż jest jedynym, który interesuje widza. Chociaż ciężko uznać, że chęć zrozumienia, dlaczego facet jest taki dziwy, świadczy o tym, iż posiada głębię albo charakter.

***

Trzeci sezon Arrow natomiast zaczyna się jednym wielkim WHAT THE FUCK?! Oliver wyznaje miłość Felicity (sic!), okazuje się, że dziewczyna odwzajemnia jego uczucie (sic!), lecz on nie może być w związku, bo coś tam się mu wydaje, czym strasznie ją rani. Co za pierdolenie! Po pierwsze – to się wzięło znikąd! ZNIKĄD! Nie było żadnych przesłanek ku takiemu rozwojowi sytuacji, a jedynie pobożne życzenia trzynastoletnich fanek serialu. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak to potem ciąży i razi w niemalże każdym odcinku.
Troszkę mniejsze WTF jest takie, że Thea ścięła włosy. Chlip. ;(

Motorem napędowym sezonu jest śmierć Sary (która to już raz ta dziewczyna umiera? trzeci?) – Oliver i jego zespół muszą dowiedzieć się, kto ją zabił, bo raz – była ich przyjaciółką i dwa – Liga Zabójców się bardzo zeźli z powodu straty ukochanej córki ich przywódcy**.

Obok tego wątku rozwija się postać Raya Palmera, nowego właściciela Queen Consolidated – wizjonera, człowieka niezwykle zainteresowanego nowoczesnymi technologiami, w tym miniaturyzacją (to przyszły Atom, jakbyście nie załapali!). Gra go Brandon Routh i jest świetny. Nie spodziewałem się, że eks-Superman tak dobrze spisze się w roli ekscentrycznego biznesmena-wynalazcy, Tony-ego Starka. Szkoda tylko, że jak każdy w tym serialu musi mieć mroczną przeszłość, która pchnie go na superbohaterską ścieżkę. Nie każdy jest Batmanem. A już na pewno nie ten energiczny, gadający technobełkotem przystojniak.

Ostatnie odcinki, które widziałem, dotyczyły planu Danny’ego Brickwella aka Bricka, który przy pomocy armii oprychów zamierzał przejąć Glades i prawie by mu się to udało, gdyż Arrow przez dłuższy czas był poza miastem i czyimkolwiek zasięgiem.

Co jakiś czas wracają migawki z przeszłości Olivera. (Na końcu poprzedniego sezonu dowiedzieliśmy się, że nie spędził tych pięciu lat na wyspie. Pewien okres przebywał w Hong Kongu, gdzie wykonywał zadania dla Amandy Waller.) Pełnią jakąś tam rolę, wyjaśniają pewne rzeczy, jednak – szczerze powiedziawszy – wolałem sekwencje z wyspy. Stanowiły miłe urozmaicenie poprzez odmienną scenerię.

Śmierć Sary spowodowała, że maska Canary ostała się bez właściciela i okazję tę za wszelką cenę chce wykorzystać Laurel. Kiedy Oliver odmawia jej treningu, kieruje kroki do sali treningowej niejakiego Teda Granta – byłego boksera i emerytowanego zamaskowanego mściciela w jednej osobie, obecnie pomagającego ludziom się wyżyć poprzez krew i pot wylane na ringu.
Polubiłem tego gościa i mam nadzieję, że się jeszcze pojawi.

Wciąż w serialu jest za dużo z melodramatu. To wcale nie pomaga, jedynie zabiera cenne minuty.

***

Część rzeczy ciężko mi ocenić, niektóre wątki dopiero nabierają rozpędu. Nie mam zamiaru rezygnować z oglądania, całkiem przyjemne te seriale. Flash dzięki temu, że jest taki bezpretensjonalny i zdaje sobie z tego, czym jest, a Arrow mimo tego, że tyle tam bezsensownego gadania o miłości, poświęceniu i przeznaczeniu.

Fakt, iż serialowe uniwersum zapełnia się kolejnymi postaciami, jest zaiste złoty. Stwarza to nowe możliwości i daje okazję do pokazania na ekranie drugoligowych postaci z kart komiksów.

Jaskier

*Podejrzewam, że u Wujka Sama również ich nie brakuje.
** Fanfiki dotyczące związku Sary i Nyssy muszą być interesujące.

Reklamy

Read Full Post »

Flash jest kolejnym serialem o superbohaterach, które ostatnimi czasy wyrastają niczym grzyby po deszczu. Jak wypada? Czy warto poświęcać raz w tygodniu czterdzieści minut, by śledzić losy Najszybszego Człowieka na Świecie?

Omawiany serial rozszerza uniwersum dwa lata temu zapoczątkowane przez Arrow – inną serię stacji The CW. Tytułowy bohater zadebiutował właśnie w niej, w odcinku drugiego sezonu (moje teksty na temat Arrow możecie wygrzebać z archiwum bloga). Barry Allen – śledczy z Central City – przybył do Starling City, by wesprzeć pracę tamtejszej policji. Już wtedy można go było zakwalifikować jako uroczego nerda (określenie to pada w czwartym odcinku Flasha). Jest z gatunku tych miłych, przystojnych chłopców, którzy ekscytują się nauką, potrafią przynudzać dziewczynie na temat fizyki i charakteryzują się tym, że nie istnieją.
Po awarii ośrodka badawczego, która wyemitowała w świat najróżniejsze rodzaje promieniowania i energii, cząstki antymaterii etc. i porażeniu przez piorun, Barry zapada w śpiączkę, by po przebudzeniu zorientować się, że bez problemu i zadyszki, biegnąc, przekracza prędkość dźwięku. A! i dziewczyna, w której jest zakochany, znalazła sobie chłopaka. Dzień jak co dzień, nie?
W zasadzie jest sympatyczniejszy od Olivera, przede wszystkim bardziej ludzki oraz mniej sztywny.
Barry > Ollie

W dojściu do siebie, poznaniu własnych mocy oraz ograniczeń pomaga mu troje naukowców, pracujących niegdyś w ośrodku, w którym doszło do awarii.
Początkowo nie wydają się oni interesującymi postaciami. Po obejrzeniu dotychczas wyemitowanych odcinków stwierdzam, że wrażenie wciąż się utrzymuje – jedynie najbardziej naukowy naukowiec z tej trójki mnie obchodzi. Pozostała dwójka jest albo a)nudna, albo b)funkcjonuje jako wyjaśnienie tych wszystkich głupich pseudonimów superprzestępców, co jest na swój sposób urocze, ale nie wystarczy za całą charakterystykę.
Team Arrow > Team Flash

No właśnie – niefortunnie się okazało, że nie tylko Barry zyskał nadludzkie zdolności. Po mieście panoszą się superprzestępcy, których trzeba wyłapać. Paradoksalnie, jedynie Captain Cold daje radę (jako jedyny z dotychczas zaprezentowanych nie jest metaczłowiekiem). Pozostali wypadają blado – ot, zwykli chłopcy do bicia, których trzeba powstrzymać. Jak łotrzy ze Scooby-Doo.

Efekty specjalne to nie pierwsza liga (co jest oczywiste, gdyż mamy tu do czynienia z serialem), momentami wyglądają wręcz komicznie, jak coś wyjętego z filmu animowanego, ale tak jakoś pasuje to do lekko kiczowatej postaci oraz tonu tego serialu, który zdecydowanie odcina się od powagi obecnej w Arrow.

Na zakończenie tego wpisu dodam, że absolutnie kupuję relację Barry’ego z Joe, nie trawię tej jego miłości do Iris i zastanawiam się, dlaczego płacze za każdym razem, gdy rozmawia z ojcem?

Czekam na następne odcinki, kolejny tekst o serialu pojawi się zapewne w trakcie zimowej przerwy w emisji.

Jaskier

Read Full Post »