Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Bryan Cranston’

Po dwóch niezbyt udanych próbach zawładnięcia kinami oraz latach emitowania kolejnych serii, Power Rangers zaliczyli ponowny występ na wielkim ekranie, tym razem stanowiący reboot marki, dodatkowo będący remake’iem pierwszego sezonu, czyli kultowego Mighty Morphin Power Rangers.

Jak wyszło?
Cóż, ja liczę na to, że powstanie kontynuacja z historią Tommy’ego Olivera, czyli Ritą kontrolującą szóstego Rangera, który później przechodzi na właściwą stronę. Niestety, dane z box office’u nie nastrajają pozytywnie – film zarobił w USA marne 83mln$ i raptem 47lmn$ na zewnętrznym rynku*, nie natrafiłem również na żadne informacje dotyczące planów na kontynuację. Niby nie szukałem, ale zazwyczaj tego typu doniesienia wyskakują mi na tablicy facebooka. Najwidoczniej problemy produkcji oraz dłużyzny w pierwszym i drugim akcie przeważyły nad naprawdę satysfakcjonującą końcówką.

Co z tym filmem jest więc nie tak?
Niestety sporo. O ile zrozumiałe jest to, że w przeciwieństwie do serialu w filmie przemiana z nastolatków z odpowiednią postawą w Power Rangers musi chwilę potrwać, to mimo wszystko dzieje się to za wolno. Przez większość czasu obserwujemy tworzenie się relacji w drużynie i jasne – to jest ważne, a serial miał kilkadziesiąt odcinków, więc w pilocie mógł na to srać, ale siedziałem w kinowym fotelu, wyczekując chwili, gdy Jason krzyknie ITS MORFIN TAJM, przywdzieją swoje kiczowate kostiumy i ruszą tłuc kitowców, a dzieje się to dopiero pod koniec, ponieważ wcześniej nie mieli dostępu do Morphin Grid, ponieważ nie potrafili się dogadać, przez co ich chi było rozbalansowane. Czy coś.
Z zapowiadanego w zwiastunach The Breakfast Club też niestety niewiele się ostało. Ot, Jason i Billy poznają się właśnie podczas odbywania kary, ale potem i tak muszą jechać do jakiegoś kamieniołomu, gdzie zupełnym przypadkiem natrafiają na Zacka, Trini i Kimberly, ponieważ opuszczone kamieniołomy to supermiejsce do włóczenia się, gdy jesteś amerykańskim nastolatkiem. Ten cały początek spokojnie można by przemodelować, pozwolić im wszystkim się spotkać w kozie, skąd – zamiast pisać jakieś głupie wypracowanie – postanawiają się urwać. W międzyczasie Zordon odkrywa, że Rita po dziesięciu tysiącach lat w końcu jest wolna milionach lat powraca i znów stanowi zagrożenie, każe Alphie sprowadzić piątkę nastolatków. BANG! jesteśmy w domu po piętnastu minutach filmu. Rozwój bohaterów, scenę ogniska z wyznawaniem win, kolejne weekendy w kozie można by było dać już po tym.
Zamiast tego wyjeżdżają z jakimś przeznaczeniem, bo znaleźli monety, więc to oni są predestynowani do zostania nową drużyną. Dlaczego po prostu nie zostali przeteleportowani do centrum dowodzenia, dlaczego nie dostali morferów i nie ruszyli kopać tyłków? Koncept Power Rangers jest tak kretyński, że tego typu próby urealnienia go muszą zawieść. To jest problem, z jakim kino superbohaterskie uporało się już kilka lat temu. (Albo raczej tylko jego marvelowska część… jak widać). Mimo tego mhocznego tonu, film wielokrotnie odnosi się do swoich kiczowatych korzeni. Jest tutaj na przykład mowa o zordach, że zadziałały trochę jak transformersy i po przybyciu na Ziemię przybrały kształt najpotężniejszych żyjących ówcześnie istot – dinozaurów. Chuj tam z pterodaktylem, który dinozaurem nie był, ale mastodont i tygrys szablastozębny pojawiły się na świecie miliony lat później. Jest to oczywiste nawiązanie do pierwszego sezonu, gdzie zostało to w niemalże identyczny sposób ujęte.
Tego typu mrugnięć okiem jest znaczenie więcej, aczkolwiek wszystko się przez to rozjeżdża. Z jednej strony robią Kronikę, ból istnienia i nastolatków z różnej maści problemami w domu, z drugiej próbują robić laskę fanom, niczym Disney z nowym kanonem SW.

Odnośnie głównych bohaterów:
Jason jest typem kapitana drużyny, który w wolnych chwilach zostaje królem balu. Jednak za swoje wybryki rodem z Niecnych uczynków zostaje zawieszony, wyrzucony z drużyny, ma elektroniczny dozór i może zapomnieć o karierze sportowej, czym sprawia olbrzymi zawód ojcu.
Billy jest genialnym, ale nieco zwichrowanym chłopakiem. Nie umie w zdolności międzyludzkie i ma problem z pogodzeniem się ze śmiercią ojca. I jest czarnoskóry.
Kimberly to królowa balu, dziewczyna z idealnego domu, ale odwaliła niezłą imbę, wysyłając swojemu byłemu zdjęcie jego nowej dziewczyny. Takie, wiecie +18.
Zack jest szalony i lubi wagarować, ale ma dobre serce, bo opiekuje się chorą matką. I jest Azjatą.
Trini również ma problemy z akceptacją ze strony rodziców. Konserwatywna matka nie umie pogodzić się z tym, że jej córka jest lesbijką.

Jak widzicie, postacie może i nie są jakoś niesamowicie rozbudowane, ale nakreślone w dość precyzyjny sposób. Każda ma swoją archetypiczną rolę. Na plus zasługuje również pokazanie więzi i relacji z rodzicami. Obejrzałem jakiś czas temu siedemnaście odcinków pierwszego sezonu i w żadnym z nich nie pojawia się członek rodziny faktycznie mieszkający z którymś z Rangersów – za to pełno jest wyjętych z dupy wujków i kuzynów, którzy akurat przyjeżdżają w odwiedziny.

Drugi plan stanowią Zordon i Rita.
Zordon (twarz Bryana Cranstona) jest chujkiem, który chce bezwzględnie wykorzystać naiwność piątki młodych ludzi, by wrócić do pełni sił i samemu stanąć do walki z zagrożeniem ze strony Rity. Jak się nad tym zastanowić, to brzmi bardziej jak plan złoczyńcy. Wiadomo jednak, że Zordon w odpowiednim momencie zdecyduje nie robić w wała drużyny i zostanie gadającą twarzą ze ściany. No i cóż, to Bryan Cranston, ciężko powiedzieć o nim coś złego.
Natomiast grająca Ritę Elizabeth Banks błyszczy. Ta rola przepełniona jest kiczem oraz teatralnością. Aktorka doskonale bawi się na planie ubrana w ten groteskowy strój prosto z mokrych snów trzynastolatka. Filmowa wersja Rity znacznie różni się od serialowego pierwowzoru i to nie tylko pod względem wyglądu. Faktycznie stanowi zagrożenie, jest w stanie mordować zwykłych ludzi, a nawet uśmierca jednego z Rangerów… ale potem mu się polepsza, więc spoko. Jeśli coś z tego filmu jest warte zapamiętania, to jest to rola tej aktorki.

Za zmianą tonu poszła zmiana stylistyki – zordy i stroje Rangersów nie przypominają tego, co można było oglądać w serialu. Kostiumy są o wiele bardziej futurystyczne, przypominają zbroje. Jest oczywiste, że w wysokobudżetowym filmie bohaterowie nie mogą biegać w spandexie i hełmach, chociaż prywatnie bym wolał, by akurat tego nie zmieniano.
Zordy natomiast to osobna sprawa. Są spoko i jak tylko (w końcu) się pojawiają w akcji i przez chwilę gra kultowe Go Go Power Rangers, to są ciary, uśmiech od ucha do ucha, a wewnętrzne dziecko każe wstać z fotela i skakać z radości i ekscytacji. Również są o wiele bardziej futurystyczne niż odpowiedniki z pierwszej serii, ale troszkę dziwaczne. Musiałem w Internecie poszukać, czym jest zord Zacka, bo ni cholery nie rozpoznałem w nim mastodonta. W końcu też walczą zordami samodzielnie, zamiast od razu zmontować je w jednego wielkiego robota.

***

Summa summarum, Power Rangers nie było dla mnie wielkim rozczarowaniem. Ostatnie dwadzieścia minut – walka najpierw w zordach, późniejsze uformowanie megazorda, cała ta akcja – zrekompensowały mi dłużyzny pozostałej części filmu. Ewentualna kontynuacja nie byłaby już genezą, więc można by było od razu przejść do mięska, ale chyba się na nią nie zanosi.
W pewnym sensie jest to jednak zmarnowana okazja, ale zawsze pozostaje niemalże ćwierć setki sezonów serialu. Ten film niestety się gdzieś po drodze pogubił, nie umiał znaleźć własnej tożsamości i ostatecznie poległ w starciu z innymi marcowymi premierami.

*Za boxofficemojo.com.

Jaskier

PS Które sezony pamiętacie z dzieciństwa?
Ja oglądałem na stacji na „p” rano w sobotę i w niedzielę:
Mighty Morphin Power Rangers 1-3
Power Rangers Zeo
Power Rangers Turbo
Power Rangers in Space
Power Rangers Ninja Storm
Power Rangers Dino Thunder
Power Rangers Lost Galaxy

Czy ta seria stanowiła dużą część Waszego dzieciństwa?
Może byście byli zainteresowani przeczytaniem mojego nerdzenia i wspominania budowanych z LEGO zordów, wspartego odświeżeniem sobie serialu?
Dajce znać w komentarzach. ;)

Reklamy

Read Full Post »

Nie wiem, czy to tylko ja tak miałem, ale po zwiastunie spodziewałem się zupełnie innej produkcji.

Moim zdaniem to mizerniejszy film od ubiegłorocznego Pacific Rim, które swego czasu obszernie i niezbyt subtelnie skrytykowałem, albowiem mi się w ogóle nie spodobało, a ponieważ to Internet, to miałem takie prawo. Z Godzillą Garetha Edwardsa jest podobnie. Tylko gorzej, jak już zaznaczyłem na początku pierwszego zdania tego akapitu.

Dlaczego gorzej?
A co było najfajniejsze w Pacific Rim? No właśnie, starcia gigantycznych robotów z równie gigantycznymi potworami. Tutaj – co prawda – nikt nie obiecywał nam mechów ani nic takiego, ale spodziewaliśmy się, że Godzilla będzie robił ostry rozpierdol. I w sumie robi, gdy wreszcie pojawia się na ekranie. Na te góra(!) dziesięć(!) minut. Cały film trwa ponad dwie godziny, to tak na marginesie.
Nie bardzo wiem, co działo się przez pozostały czas. To znaczy – SPOILER – są te dwa inne potwory, których wygląd wywołuje skojarzenie, które zostało użyte w tytule (nie będę powtarzał żartu), ale także nie ma ich zbyt wiele na ekranie. W ogóle, przez bardzo długi czas wszystko ukryte jest za obłokami pyłu i dymu. Przez „wszystko” rozumiem Godzillę oraz te dwie giga-modliszki, rzecz jasna. Wiadomo, że sztuka polega na tym, żeby monstrum wprowadzać widzowi dawkami, ale w Godzilli zdecydowanie z tym przesadzono.

Pozostałe, nie wiem – półtorej godziny(?) – to wątki ludzi. Składa się na nie walenie widza w twarz kolejnymi stereotypami. Czego tu nie mamy? Naukowiec darzący monstra szacunkiem – jest. Podejrzewany o szaleństwo ojciec, który „coś wie” i zaniedbuje syna – jest. Rodzina syna, która liczy na ocalenie – jest. Syn, który zostaje bohaterem dnia i jest jedynym, który może ocalić miasto – jest. Wojskowy, który nie przejmuje się konsekwencjami i dąży do usunięcia zagrożenie za pomocą bomby atomowej – jest. No to chyba mamy komplet.

Bardzo podobają mi się odniesienia do przeszłości i podpinanie autentycznych wydarzeń do uniwersum świata przedstawionego, świetnie wypada również tytułowy jaszczur, jest tu jednak za dużo z dupy wziętych rzeczy i kretyńskich rozwiązań.
Przykładowo – wybuch bomby miał odciągnąć stwory na 20 mil od brzegu (gdyż żywią się promieniowaniem, czy jakoś tak). Ostatecznie jednak plan nawala (cóż za szok) i jedynie heroiczny wysiłek jednego z bohaterów umożliwia oddalenie widma nuklearnej zagłady San Francisco.
Czy aby na pewno? Jeden z czytelników w komentarzach na moim fejsbukowym fanpejczu zasugerował, że łódź zdążyła odpłynąć tylko kilka kilometrów wgłąb oceanu, nim nastąpiła detonacja. Filmowi najwyraźniej w ogóle nie przeszkadza to, że w rzeczywistości miasto zostałoby zmiecione z powierzchni ziemi (poczytajcie sobie, ile potrafiła zdziałać Car bomba, wydaje mi się, że w filmie również była mowa o kilkudziesięciu megatonach).
Aczkolwiek moim ulubionym najgłupszym momentem w tym filmie pozostaje przeszukiwanie składowiska odpadów nuklearnych. Wojsko wpada na teren ośrodka i kulturalnie zagląda do kolejnych wykładanych ołowiem cel, w których magazynowane są UFO, Megatron, ciała obcych z Roswell, Arka Przymierza oraz inne tego typu rzeczy. W końcu znajdują pomieszczenie, z którego wnętrza bije światło. Otwierają drzwi i widać dziurę. Na następnym ujęciu, które przedstawia ten ośrodek z lotu ptaka, też widać tę dziurę. Ma ona rozmiary mniej więcej połowy góry, w której składowane są te odpady. Nikt nie poczuł i nie usłyszał tego, co się tam działo? To dosyć dziwne. Bardzo dziwne.

Reasumując, Godzilla jest kolejną produkcją z wielkimi potworami, która mnie zawiodła. Co prawda, jest to lepszy film niż Godzilla Emmericha, ale to żaden wyczyn. Groza nieznanej, nieokiełznanej siły natury kurczy się i coraz mniej straszy, gdy przychodzi nam śledzić nudne i przewidywalne losy bohaterów.
Nie polecam.

 

Jaskier

* SPOILER Waltera nie wymieniam, bo szybko umarł. SPOILER

Read Full Post »