Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘bracia Russo’


Civil War jest wykonane nieprzyzwoicie wręcz wybornie, mimo iż nie ustrzegło się kilku błędów, a w zasadzie jednego, czyli odwiecznego problemu MCU – przeciwnik kolejny raz niedomaga. Zwłaszcza w zestawieniu z niesamowicie wypadającą ekipą herosów.
Naprawdę, relacje między postaciami robią ten film i maskują wszelkie fabularne wpadki. Civil War ogląda się przede wszystkim po to, żeby zobaczyć tych bohaterów w nowej sytuacji, w sytuacji, jakiej jeszcze nie było – otwartego konfliktu, wręcz wojny. Każdy ma swoje zdanie, swoje argumenty i – mimo usilnych prób – nie da się zniwelować tego napięcia w ramach rozmowy.

Fabularnie wygląda to następująco – Steve Rogers kieruje nową drużyną Avengers (którą zobaczyliśmy pod koniec Age of Ultron) i w trakcie misji w Nigerii dochodzi do tragedii – giną niewinni ludzie. Przelewa to czarę goryczy, opinia publiczna domaga się, aby superbohaterowie podlegali nadzorowi komisji ONZ, a ludzie, którzy marzyli o tym po nocach, wreszcie mogą z szuflady wyciągnąć przygotowany już wcześniej dokument, który ma posłużyć do rejestracji nadludzi.
Nieustannie dręczony wyrzutami sumienia Tony Stark, który wszelkimi siłami stara się odpokutować za stworzenie Ultrona, przystaje na propozycję władz i przyjmuje rolę przywódcy stronnictwa popierającego rejestrację. Rogers, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że każda organizacja może zostać po cichu zinfiltrowana lub nawet przejęta, staje na czele opozycji, nie godząc się na bycie cynglem grupki polityków. Kolejni bohaterowie opowiadają się po którejś ze stron i w ten sposób dochodzi do powstania pierwszych spięć w drużynie.
Być może wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie to, że Kapitan Ameryka czuje się zobowiązany do ratowania przyjaciela – Bucky’ego – który po dokonanym w Wiedniu zamachu jest poszukiwany przez cały świat. Kapitan nie chce bowiem wierzyć w jego winę i zamierza dotrzeć do niego przed przedstawicielami władzy, aby przekonać się, czy ma rację i w Zimowym Żołnierzu zostało coś jeszcze z jego przyjaciela. Naturalnie, stawia go to po tej drugiej stronie barykady, co zaostrza konflikt, mimo iż na tym etapie da się go wciąż polubownie rozwiązać.

Tak się jednak nie dzieje, a po szczegóły udajcie się do kina.
Dalej są SPOILERY.

***

Strasznie podoba mi się sekwencja początkowa, w której Avengers zastawiają sidła na grupę najemników, udaje im się pokrzyżować ich plany, wracają więc do domu zwycięsko. Nie licząc wybuchu, przez który ucierpieli cywile. Ale chodzi mi o to, że sama akcja oderwana jest od reszty fabuły. Ot, drużyna wykonywała misję, co jest dla superbohaterów codziennością, Kapitan oklepał superzłoczyńcę, co też stanowi dla niego chleb powszedni. Nie jest potem ani razu wspomniane, czemu najemnicy pojawili się w akurat w Afryce, kto ich tam wysłał etc. To świetnie pokazuje, że ten świat jest olbrzymi i nie kręci się wyłącznie wokół wielgachnych, epickich wydarzeń. W przerwach od walczenia z kosmicznymi najeźdźcami albo szalonymi robotami, bohaterowie ratują świat na mniejszą skalę.

***

Powtórzę jeszcze raz i będę to robił do znudzenia – film stoi relacjami i interakcjami między postaciami. O podejściu do rejestracji rozmawiają głównie Rogers i Stark, wszak są liderami poszczególnych stronnictw, jednak doskonale wiadomo, jakie są motywacje każdego z bohaterów. Dlatego tak łatwo się zaangażować widzowi w ten konflikt, bo każdy, nawet jeśli nie czytał komiksów (trochę gorzej, jeśli nie widział poprzednich filmów), rozumie, o co i dlaczego ci śmiesznie poubierani ludzie walczą. Sposób nakreślenia postaci i konfrontowanie ze sobą poszczególnych bohaterów odpowiada w tym filmie także za komizm. Nie ma tu ani jednego wymuszonego żartu, mimo iż od początku sceny na lotnisku pojawiają się jeden za drugim, czy to sytuacyjne, czy słowne, czy też wynikające z komizmu postaci.
Całościowo film pozostaje stosunkowo ciężki, lecz właśnie takie drobne rzeczy, choćby miny „pomagierów” Kapitana po jego pocałunku z Sharon Carter albo cały występ Ant-Mana, spuszczają powietrze i pozwalają złapać oddech przed kolejną dawką napięcia.

***

Wiadomo było, że zgraja ludzi, spośród których niektórzy wcielają się w dane role już od ośmiu lat, stanie na wysokości zadania. Niewiadomą byli dwaj nowi gracze czyli Spider-Man oraz Black Panther.

Zacznę od tego drugiego, w którego wciela się Chadwick Boseman. I – no cóż – zamiast jęczeć, że nie ma czarnych w filmach, powinien pokazywać się w mediach od swojej lepszej strony. Którą pokazał właśnie tutaj.
Najpierw kilka słów wyjaśnienia – Black Panther to bohater z fikcyjnego państwa, Wakandy. Jej mieszkańcom udało się przeżyć i utrzymać w izolacji dzięki bogatym złożom vibranium i niezwykle zaawansowanej technologii. Jednocześnie kultywują tradycje swoich przodków, więc codziennym widokiem są tam plemienne stroje, włócznie, tego typu rzeczy, które pokazuje w swoich programach Cejrowski, a obok tego stoją kosmiczne wręcz machiny i superkomputery. I wszystko to w środku dżungli w samym sercu Czarnej Afryki.
Tytuł Czarnej Pantery przechodzi tam w królewskim rodzie z ojca na syna, obecnie nosi go T’Challa, którego gra Boseman. I muszę przyznać, że wypada fenomenalnie. Doskonale oddaje to, z czym kojarzy się jego postać – jest wyniosły i dumny, lecz jednocześnie honorowy jak na władcę przystało. Film o przygodach Czarnej Pantery wejdzie do kin w 2018 roku i szczerze powiedziawszy, już nie mogę się doczekać.

Spider-Mana znają wszyscy. Sporo osób narzeka, że niepotrzebna jest następna filmowa inkarnacja tej postaci. Kiedy obejrzą w akcji Toma Hollanda, usłyszą go, zobaczą jego interakcje z innymi bohaterami, zmienią zdanie.
W końcu z pełnym szacunkiem i bez cienia wstydu ktoś podszedł do Pająka. Z całą sympatią, jaką darzę teen-dramę z serii Webba, to jest Spider-Man, na jakiego czekałem i jakiego chcę obejrzeć w filmie. Mimo iż jest na ekranie w sumie góra piętnaście minut, to kradnie dla siebie cały film.

***

Złoczyńcą w tym filmie jest Baron Zemo. Który nie ma nic wspólnego z komiksowym Baronem Zemo. Absolutnie. Ani nie jest nazistą po tacie, ani nie ma różowej maski, ani nawet nie macha mieczem. Członkowie Hydry nie mają lekkiego życia po wyjściu z komiksu na ekran. Von Strucker miał chociaż monokl w AoU, tutaj jedynie wzięli imię. Facet nawet nie jest z Hydry.
Kim jest?
Sfrustrowanym mieszkańcem Sokovii, którego plan polega na znalezieniu nagrania, na którym Bucky morduje rodziców Starka, pokazaniu tego nagrania Tony’emu, zmuszeniu go tym samym do walki z Kapitanem, w efekcie której pozabijają się nawzajem, co pomści śmierć rodziny Zemo.
Zajebisty plan. Nie ma co.
Gdyby nie to, że relacje pomiędzy bohaterami są tak autentyczne, to ten dziwaczny plan z pociąganiem za sznurki zza kulis pogrążyłby tę produkcję. Ale było tam więcej – Stark rozpaczliwie próbujący zadośćuczynić światu oraz nieufny wobec wszelkich instytucji Rogers. Brak płaszczyzny, na której mogliby się porozumieć oraz ostatecznie niewątpliwy udział Bucky’ego w morderstwie rodziców Tony’ego, doprowadziły do tego, że Zemo odniósł częściowy sukces – zadał Mścicielom cios potężniejszy niż Loki i Ultron razem wzięci, mimo że jego motywacją była po prostu częściowo nieuzasadniona chęć zemsty, a plan był mocno przekombinowany.

Smuci trochę to, że kolejny raz przeciwnik zawodzi, że wciąż się nie nauczyli dobrze pisać łotrów. W sumie lepiej by było, gdyby został wykreślony z fabuły. Dałoby się to zrobić – postawić naprzeciw sobie bohaterów bez kogoś pociągającego za sznurki.

***

Naprawdę dobrze się bawiłem w trakcie seansu i polecam wszystkim, którzy chcą się wybrać do kina na jakiś film akcji. Co prawda złoczyńca wypada naprawdę blado, jego plan jest bez sensu i nieco psuje odbiór dosyć mocnego finału, jednocześnie podważa całą tę rejestrację superludzi, ale i tak warto. Esencję tej produkcji stanowią rewelacyjnie nakreśleni i zagrani bohaterowie.
To naprawdę porządny film, jeden z lepszych, jeśli chodzi o filmowe uniwersum Marvela.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »