Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 30th, 2014

Seans 47 roninówo dziwo – nie sprawił, że oplułem monitor. Czytałem dużo różnych rzeczy na temat tego filmu, głównie mało pochlebne opinie, toteż nastawiałem się na kompletną kaszanę, a tu taka niespodzianka.
Przyjrzyjmy się temu filmowi.

W gruncie rzeczy chodzi o to, że uwięziony w Macierzy Brodaty Neo wspierający w walce wszystkich czterdziestu siedmiu Japończyków, którzy przetrwali ten film z Tomem Cruise’em, zmaga się z Silver Samuraiem i czarownicą zamieniającą się w latającą szmatę, walczących po stronie Typowego Złego władcy. I tyle.

Tworzy to całkiem zgrabny miks japońskiej kultury, zwyczajów i tradycji okresu szogunatu oraz ichniejszych legend, obficie polany amerykańskim sosem. Tak mi się przynajmniej wydaje, w końcu nie jestem otaku, żeby się na tym znać, aczkolwiek na pierwszy rzut oka w ten właśnie na coś takiego ten film wygląda. Zapewne w rzeczywistości tyle ma to wspólnego z prawdziwą Japonią sprzed kilku wieków, co Herkules z grecką mitologią, ale jakie to ma znaczenie, skoro dobrze się 47 roninów ogląda?

Złote jest to, że Neo nie jest tu Prostaczkiem Wybrańcem Przeznaczenia. Właściwie wszyscy nim gardzą i mają go za nic, dopiero w obliczu zagrożenia zmuszeni są poprosić go o wsparcie. Na tej zasadzie:
– Mamy przewalone. Pomożesz nam?
– Jak trwoga, to do Neo? Już mną nie gardzicie?
– …
– Hm?
– Ta dziewczyna, którą kochasz, weźmie i umrze, jeśli nam nie pomożesz.
– Masz mój miecz.

I to jest istotne, że zwracają się do niego w ostateczności. Co więcej – nie każdy z czterdziestu siedmiu tytułowych wojowników jest do tego pomysłu nastawiony pozytywnie. Jednak, aby zachować się honorowo, chowają dumę do kieszeni swoich szlafroków. To obrazuje, do czego są gotowi Japończycy, jeśli się ich odpowiednio przyciśnie. W obronie własnej godności i dobrego imienia swojego pana zachowują się wbrew sobie.
To jest trochę dziwne, ale hej! mowa o narodzie, którego przedstawiciele wystawiają się na promieniowanie, działając dla dobra społeczności, bo i tak umrą na starość, nim rozwinie się u nich choroba popromienna.

Efekty specjalne trącą trochę plastikiem, widać, że nie jest to pierwsza liga efekciarskich filmów. Na szczęście choreografia walk daje radę. Sceny batalistyczne i potyczki są różnorodne, więc czego chcieć więcej? Fabuła trzyma się kupy i – co więcej – film nie usypia. Dotrwałem do końca, chociaż nastąpił on w środku nocy.

Występujący tu wątek miłosny opiera się na ogranych schematach (niedawno był w Wolverine’ie), aczkolwiek jest poprowadzony odpowiednio subtelnie i nie wypala dziury w mózgu.

Polecam na wieczór z czymś lekkim i nieco odmiennym od tego, co zazwyczaj rzuca nam Hollywood. ;)

Jaskier

PS Pamiętacie tę gównoburzę po ogłoszeniu, że w filmie pojawi się Zombie Boy?

Reklamy

Read Full Post »